Partnerzy

Beata Sadowska i Paweł Kunachowicz: "W związku powinno być tyle miłości, ile zaufania"

Beata Sadowska i Paweł Kunachowicz: W związku powinno być tyle miłości, ile zaufania
Fot. CANNELLE CAUSSE

Łączy ich ciekawość świata i pęd ku przygodzie. Życiowa odwaga i dwójka superaktywnych dzieci. Dziennikarka Beata Sadowska i przewodnik wysokogórski Paweł Kunachowicz uciekli z Warszawy w samo serce Alp. I są otwarci na to, co może ich spotkać za kolejnym zakrętem.

Kim jest Beata Sadowska?

Beata Sadowska - dziennikarka, mentorka, autorka książek. Fanka biegania i zdrowego stylu życia. Ukończyła politykę społeczną na UW i dziennikarstwo w Warsaw Journalism Center. Pracowała m.in. w MTV Polska, Radio ZET, TVN, Polsat i TVP2. Mama 13-letniego Tytusa i 10-letniego Kosmy.

Kim jest Paweł Kunachowicz?

Paweł Kunachowicz - międzynarodowy przewodnik wysokogórski IFMGA. Ultramaratończyk, alpinista, trener motywacyjny. Absolwent prawa UW, uniwersytetów w Amsterdamie i Strasburgu. Współprowadził kancelarię prawną w Warszawie. Autor książki „Zmiana. Jak na nowo napisać swoją życiową historię”.

BEATA SADOWSKA O ZWIĄZKU Z PAWŁEM

Z naszego pierwszego spotkania zapamiętałam tylko jego loki. Przyjechałam na chwilę do Warszawy z Londynu, gdzie wtedy robiłam program dla TVN. Miałam dwadzieścia kilka lat. Umówiłam się ze znajomymi w kawiarni Między Nami, nagle dzwoni do mnie Rafał Sławoń i prosi: „Przy stoliku siedzi gość z kręconym włosami. Powiedz mu, że się spóźnię”. Podeszłam więc i powiedziałam: „Dzień dobry, nazywam się Beata Sadowska, Sławoń się spóźni”. Potem mijaliśmy się na różnych imprezach i zaczęliśmy się kumplować. Paweł od zawsze był związany z górami: narty, wspinaczka, Spitsbergen. Był prawnikiem z gigantycznymi sukcesami, ale nie był szczęśliwy. Gdy zakładał garnitur, czuł, jak po plecach spływa mu lodowata stróżka potu. Pewnego wieczoru, gdy po raz kolejny zaczął mówić, że chce rzucić prawo, nie mogłam już tego słuchać: „Paweł, zadręczysz wszystkich, siebie też. Zrób coś z tym albo przestań o tym gadać”. Podobno bardzo go to wtedy zabolało.

Beata Sadowska: "Od początku wspierałam Pawła w jego decyzji o zmianie"

Kiedyś wpadłam do Pawła na Saską Kępę, żeby przeczytał kontrakt, który miałam podpisać z telewizją. I jak od niego wyszłam, ugięły się pode mną kolana. Pomyślałam: „Jestem zakochana. Nienormalna! Przecież znam go od kilku lat…”. Wieczorem wysłał mi SMS: „À propos, rzuciłem prawo”. I wszystko mi się skleiło. A potem była Prowansja. Paweł pojechał wspinać się z kimś, kogo nie znał. Okazało się, że to jakiś nieodpowiedzialny wariat. Pytam przez telefon: „I co zrobisz?”. Na co on: „Namówię Sadzię, żeby przyjechała do Prowansji”. Pojechałam. Od tego się zaczęło. Łaziliśmy po tej Prowansji, spaliśmy na matach rozłożonych pod gwiazdami. Cudne to było.

Od początku wspierałam Pawła w jego decyzji o zmianie. To był bardzo trudny proces. Dla mnie też. Gdy zaczął robić kurs na Międzynarodowego Przewodnika Wysokogórskiego IVBV, górale nazywali go „Mecenas”. Zdał bardzo wymagające egzaminy z alpinizmu, narciarstwa, skitouringu, wspinaczki skalnej, lodowej itd. Spakował do worków szyte na miarę garnitury i buty i zawiózł do domu pomocy społecznej. W krótkich spodenkach i klapkach poszedł oddać legitymację radcy prawnego. Sekretarka nie mogła uwierzyć, chciała mu ją przechować, na co Paweł: „Pani Krysiu, może ją pani spalić”. (śmiech) Przeciwstawił się drabinie społecznej, rodzinie, prestiżowi.

Od prawie ośmiu lat naszym domem, poza Warszawą, jest Chamonix. Bo tam jest Mont Blanc, czyli Pawła „biuro”. (śmiech) Dopadła go klątwa francuskiego, bo choć jako jedyny w jego rodzinie odmówił nauki tego języka, teraz musi zakuwać słówka. Dużo rozumie, ale mało mówi, bo jest perfekcjonistą i nie chce popełnić błędu. Ja gadam, bo się nie wstydzę. Jestem bardziej otwarta, znam się ze wszystkimi sąsiadami. Pawłowi do szczęścia wystarczy jego plemię, czyli nasza czwórka i dwójka jego przyjaciół. No i natura.

Beata Sadowska: "W związku powinno być tyle miłości, ile zaufania"

Jest wspaniałym ojcem. Obecnym, uważnym. Takim, którego dzieci na pewno zapamiętają jako przygodę. Kiedy pracuję, Paweł się nimi zajmuje, robią pizzę, idą nad rzekę, wspinają się, jeżdżą samochodem terenowym i zdejmują z niego dach. W górach Paweł musi być bardzo skupiony, pilnować reguł, bo od tego zależy życie jego i jego klientów. A w domu - odpuszcza. Nasz syn powiedział kiedyś, że jak mama mówi „nie”, to znaczy „nie”. Jak tata mówi „nie”, to trzeba do niego pójść trzy razy.

Myślę, że długo obawiał się, że dzieci zabiorą mu wolność, niezależność, przestrzeń. A one idealnie wpisały się w nasz świat. Biegaliśmy z nimi w wózkach biegowych, byli z nami na maratonach w Nowym Jorku i Londynie. Od początku bardzo dużo z nimi podróżujemy, zjeździliśmy całą Europę, byliśmy w Brazylii, Argentynie, Tajlandii, na Bali i Sri Lance. Paweł jest do trzewi autentyczny, prawy, uczciwy, totalnie lojalny w przyjaźni. I rozśmiesza mnie do łez. Oczywiście też najbardziej na świecie wkurza. Jest piekielnie uparty. Chociaż twierdzi, że to ja jestem uparciuchą, a on – japońską żoną, która nic nie może. (śmiech) Jest zbudowany ze sprzeczności: ADHD i bałaganiarz, który kocha porządek. Furiat, a jednocześnie superłagodny dla świata. Ciągle czegoś szuka i uważa, że w domu jest za dużo rzeczy. Chciałby mieć pusto, bo wtedy wiedziałby, że nic nie zgubi. No to mówię: „Pawełeczku, powinieneś być mnichem. Zamknij się w jaskini. Będziesz tam miał swój kamyk i to ci wystarczy. Ale wtedy nie da się mieć ludzi”.

Myślę, że w związku powinno być tyle miłości, ile zaufania. Ja do Pawła mam zaufanie bezgraniczne. I on go nie zawiódł. Nie mamy ślubu. Dla mnie to formalność. Jeśli przetrwaliśmy jego zmianę, życie na dwa domy, na dwa kraje, posiadanie dwójki superaktywnych dzieci i psa, funkcjonowanie w dwóch kulturach – to jest to bardziej niż „mąż”. Ale jeszcze wszystkich zaskoczę z tym ślubem! Tylko nie wiem kiedy. (śmiech).

 

PAWEŁ KUNACHOWICZ O ZWIĄZKU Z BEATĄ

Od kiedy jesteśmy razem? Tego nie wie nikt. (śmiech) Cały czas mam poczucie, że dwa lata, że nie może być więcej. Ale to się nie zgadza, bo w tym czasie mieliśmy dwa psy i mamy dwoje dzieci. Jeśli liczyć z psami, to długo, na sto procent ponad 20 lat. Legenda głosi, że poznaliśmy się w Między Nami. Wróciłem ze Stanów, a Sadzia z Londynu. Pamiętam ten moment olśnienia, gdy zobaczyłem ją na schodach. Była niesamowicie kolorowa, w jakiejś fantastycznej czapce. Pracowała w MTV, o czym nie wiedziałem. Bardzo się wyróżniała, wyglądała jak ludzie, których spotykałem w Nowym Jorku. Byłem wtedy zafascynowany tym wielkim światem. A jak się to potem rozwinęło, już nie za bardzo pamiętam.

Paweł Kunachowicz: "Beata ma w sobie niezwykle szczerą, wspierającą energię" 

Kilka lat później postanowiłem rozmontować system, w którym żyłem. Całe moje otoczenie uważało, że to fanaberia, kompletna głupota, loserstwo. Jedyną osobą, która nigdy nie kwestionowała mojej decyzji i wierzyła we mnie, była Beata. Bez jej wsparcia i zaangażowania ta zmiana by się nie dokonała. Beata ma w sobie niezwykle szczerą, wspierającą energię. Nie tylko w stosunku do mnie, tylko w ogóle do świata i ludzi. To jest w niej wyjątkowe. I czy to sfoszeni Francuzi, czy zdystansowani Japończycy, wszyscy, obcując z Beatą, zaczynają się uśmiechać. Bo ta jej radość życia, ciepło udzielają się innym. Ludzie zyskują przy niej poczucie: „Też mogę. Dam radę!”. Śmiejemy się, że Beata nawet na głównej ulicy w Paryżu uważa, że znajdzie miejsce do zaparkowania.

Nie jesteśmy tacy, jak 15 czy 20 lat temu. Ja ze zgorzkniałego, nieszczęśliwego, niesprawczego człowieka stałem się kimś, kto jest na swoim miejscu i w swojej opowieści. Z kogoś zaciętego, zapiekłego i nietolerancyjnego zrobiłem się bardziej do życia. (śmiech) Bo ten świat prawników czy mediów, w którym byliśmy zanurzeni po uszy, ma w sobie elementy bardzo toksyczne. Beata przez ten czas zyskała taki zdrowy luz. Pozostaje w świecie mediów, ale działa na własnych warunkach. I jest wspaniałą, superciepłą mamą.

Paweł Kunachowicz: "Łączy nas ciekawość świata i pęd do przygody"

Na pewno nie jesteśmy taką milutką, łagodną parką, która chodzi pod rękę i spija sobie z dzióbków. Mamy wspólny świat, ale też dużo niezależności. Nie wisimy na sobie w żadnym aspekcie - ani zawodowo, ani nie odbijamy się nawzajem w swoich oczach. W byciu razem szukamy sensu, perspektywy, bo „fajnie” to za mało. Więc czasem się zderzamy. Bardzo łączy nas ciekawość świata i pęd do przygody. Kiedy decydowaliśmy się na wyjazd do Chamonix, na pewno to ja byłem prowodyrem całego zamieszania. Ale myślę, że Beata też miała w sobie ochotę na zmianę, na przygodę.

Niesamowicie daje sobie radę w różnych sytuacjach, często nieoczywistych. Przejechanie elektrykiem z Warszawy do Chamonix 1600 km? Pach, proszę bardzo. I uśmiechnięta wysiada. Po iluś godzinach szukania ładowarek po całej Europie. Gdy ja wracam z takiej trasy, to mam kwadratowe oczy. Kiedy chłopcy byli mali i nie za bardzo miałem czas na treningi, pobiegłem w ultramaratonie wokół masywu Mont Blanc. 170 kilometrów, w górach. I pamiętam jak dziś: jestem na 160. kilometrze, w środku nocy, już zupełnie bez siły i motywacji. Przebiegam tuż obok naszego domu i nagle widzę Beatę z dziećmi, jak machają do mnie. Z jednej strony mnie to totalnie rozkleiło, z drugiej powiedziałem sobie: „Nie, dam radę”. I dobiegłem. Jeśli chodzi o czynności czysto domowe, to ze mną jest katastrofa. Mam dwie lewe ręce. Dzieci chodzą w brudnych ubraniach, gdy ze mną zostają. Nie radzę sobie z nadmierną ilością bodźców i zadań. Beata to widzi i rozumie. Gdy zamiast pięciu rzeczy, o które mnie poprosi, zrobię dwie, bo o dwóch zapomnę, a jedną spartaczę, macha tylko ręką: „Dobrze, że powiesiłeś pranie ”. (śmiech)

Paweł Kunachowicz: "Na pewno nie wrócę do miasta"

Jedno z „przykazań” Leszka Kołakowskiego brzmi: zrozumieć swój świat. Myślę, że umiejętność rozumienia tego, kim się jest, kim są twoje dzieci, kim jest twój partner, to jest rozumienie swojego świata. Mnie zajęło bardzo dużo czasu w życiu, żeby złapać tę uważność. Z gościa z super ego, z przemądrzałego chwalipięty, wyewoluowałem na bardziej umiarkowane pozycje. Co powoduje, że lepiej się rozumiemy i dobrze nam się żyje razem. Co mogłoby zagrozić naszemu związkowi? Gdyby Beata chciała zamieszkać w jakiejś metropolii. Bo ja na pewno nie wrócę do miasta. Ale ona też kocha przyrodę. Wyciągam ją czasem, żeby ze mną posiedziała, popatrzyła na ocean, góry, niebo. Mówię jej: „Chodź, usiądź tu ze mną na chwilę”. I gdy tak sobie trochę pokontemplujemy, ja ponarzekam trochę, a Beata powie: „Będzie dobrze”, to są dla mnie te najfajniejsze momenty między nami. Bo następuje zespolenie – jestem z najbliższą mi osobą i jednocześnie w przyrodzie, która też jest mi najbliższa. Wtedy jestem szczęśliwy.

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 07/2026