Partnerzy

"Mało kto wróżył nam sukces - duża różnica wieku, różne charaktery"

Mało kto wróżył nam sukces - duża różnica wieku, różne charaktery
Fot. MASSIMO PECA

Gdy się spotkali, ona miała za sobą małżeństwo. On, 12 lat młodszy, nie skończył jeszcze liceum. 34 lata później Jola Słoma-Trymbulak i Mirek Trymbulak wciąż są razem. I to w Wenecji!

Kim jest Jola Słoma-Trymbulak?

Jola Słoma-Trymbulak – projektantka mody, biżuterii, autorka książek kulinarnych. Kiedyś wokalistka rockowa, występowała i tworzyła popularny na początku lat 90. program „Lalamido”. Wraz z mężem prowadzą markę niesztampowej biżuterii SOUL BIJOU. Tworzyli też popularne programy telewizyjne na kanale Kuchnia+ „Atelier smaku”.

Kim jest Mirek Trymbulak?

Mirek Trymbulak - projektant mody, biżuterii, autor wraz z żoną książek i programów kulinarnych, prowadzą markę biżuterii SOUL BIJOU. Mirek Trymbulak - Powołali też Fundację La Via dell’Ambra promującą polski bursztyn, ale i łączącą środowiska artystyczne, budującą most między miejscami, kulturami, twórcami.

JOLA SŁOMA-TRYMBULAK O ZWIĄZKU Z MIRKIEM

Od ponad 34 lat czujemy, że jesteśmy po tej samej stronie według rzymskiej zasady: „Gdzie ty, Kajus, tam ja, Kaja”. Mamy w sobie zgodę na to, że jesteśmy razem, bez tego młodzieńczego: „Jak ci się nie podoba, to się rozchodzimy…”. Nauczyliśmy się siebie nawzajem, ale nie próbujemy zmieniać się na siłę. Na początku wad się nie widzi, potem się z nimi walczy, a później przychodzi taki moment, że się je akceptuje i oswaja. To trudne, ale bywa jednocześnie siłą i my jesteśmy właśnie na tym etapie.

Jola Słoma-Trymbulak: "W naszym życiu bywały kryzys"

Gdy się poznaliśmy, Mirek miał 18, ja 30 lat, ale od początku był odpowiedzialny, i to się nie zmieniło. Teraz uczy się odpuszczać, odpoczywać, mniej pędzić. Oczywiście, że w naszym życiu bywały kryzysy, tylko my nie mamy cichych dni.

Czasem się kłócimy, ale to krótkie, intensywne, oczyszczające burze. Kiedyś obrażałam się, rzucałam półsłówka, Mirek mnie tego oduczył. Powiedział: „Jeśli nie powiesz, o co ci chodzi, masz stuprocentową pewność, że nic się nie zmieni. Jeśli powiesz, jest szansa, że uzyskasz to, czego chciałaś”. Zrozumiałam. Wiem, że kiedy fuka, może być zmęczony. On z kolei rozumie, że gdy marudzę, schodzi ze mnie stres.

Jola Słoma-Trymbulak o życiu w Wenecji: "Dojrzeliśmy do tego, żeby tu naprawdę być"

Wenecja nie jest dla nas ani przypadkiem, ani kaprysem. Przewijała się w naszej historii od początku, tylko dojrzeliśmy do tego, żeby tu naprawdę być. Możemy się rozwijać, bo dzieje się tak wiele rzeczy, które inspirują nas zawodowo i artystycznie. W Wenecji nie ma dnia bez wernisaży, spotkań, dni, kiedy nie można wejść do pracowni artystów i rzemieślników. Na początku chłonęliśmy to jak szaleni. Teraz wybieramy to, co jest dla nas ważne zawodowo, bo nie da się utrzymać takiego tempa. Robimy wystawy, współpracujemy z Gdańskiem, promujemy bursztyn. Powołaliśmy Fundację La Via dell’Ambra, która ma łączyć środowiska artystyczne, budować most między miejscami, kulturami, twórcami. Chcemy pokazywać, że sztuka nie ma granic, że warto się wymieniać, inspirować, uczyć od siebie nawzajem. To otwieranie kolejnych dróg, jednak nie da się być „pomiędzy” bez końca. Dlatego przesuwamy ciężar w stronę sztuki i biżuterii, bo to jest kierunek, który nas teraz najbardziej pociąga.

Od półtora roku mamy tu studio i apartament Ponte de le Erbe, który urządziliśmy na wynajem. Wciąż jesteśmy jedną nogą w Trójmieście, ale gdy sprzedamy dom w Orłowie, przeniesiemy się na stałe. Wcześniej funkcjonowaliśmy na walizkach, wynajmowaliśmy różne apartamenty. W pewnym momencie poczułam, że potrzebuję swojego kawałka przestrzeni. Zaczęło się niewinnie od oglądania witryn biur nieruchomości. Mirek od razu powiedział: „Przecież to nierealne”. Ale ja chciałam chociaż zobaczyć, i to był błąd. Przy Mirku nie wolno głośno mówić, że czegoś się chce. On natychmiast zaczyna myśleć, jak to zrobić. To, co było myślą, zaczyna być projektem, a za chwilę – rzeczywistością. Ale może dlatego to działa - ja się waham i analizuję, a on przekuwa marzenia w konkret. Jestem refleksyjna, buduję w głowie różne scenariusze. Mirek działa, a na wątpliwości przychodzi czas później. Cenię jego determinację, nigdy nie odpuszcza i zawsze doprowadza sprawy do końca.

Jola Słoma-Trymbulak: "Bałam się samotności w związku"

Mirek ma teraz nowe fascynacje, np. kręcenie rolek – uczy się, montuje i sprawia mu to ogromną frajdę, zwłaszcza że w Wenecji jest tyle do pokazania. Ale jego największą pasją jest weneckie wiosłowanie po kanałach, gdzie odkrywa nowe miejsca. Zapytał mnie, czy też chcę się tego uczyć. Kiedyś pewnie byłoby mi trudno odmówić, ale teraz spokojnie mówię: „Na razie nie”. Bałam się samotności w związku. Pochodzę z rozbitej rodziny i każde odsunięcie się Mirka, jego potrzebę bycia samemu odczytywałam jako sygnał alarmowy. Potem przyszedł etap, że to zaakceptowałam, choć wciąż tego nie lubiłam. A dzisiaj bywa, że sama go pytam, czy nie mógłby gdzieś wyjść. Dojrzałam do tego, że ta przestrzeń tylko dla siebie jest nam potrzebna.

W codzienności mamy jasny podział: ja ogarniam dom od strony kuchni, zakupów, gotowania, bo to lubię. Sprzątania nie znoszę, więc Mirek bierze na siebie resztę, łącznie z rachunkami, których nawet nie chcę znać. W pracy też się uzupełniamy, ja jestem od detali, on od całości i koncepcji. Zawsze konfrontujemy pomysły, bo drugie oczy są niezbędne. Nie rywalizujemy o to, kto coś wymyślił. Czasem nawet nie pamiętamy, czyje było, i to jest chyba najzdrowsze. Jesteśmy w tym razem, a nie obok siebie.

Trzyma nas razem też poczucie humoru. Śmieszą nas te same rzeczy, codzienne sytuacje: scena na ulicy, dziwny gest, spojrzenie, absurd chwili. To nie wyśmiewanie się z ludzi, tylko uważność na świat, która nas jednocześnie bawi i inspiruje. Mirek ma lekkie, sytuacyjne poczucie humoru, ja jestem bardziej powściągliwa. On wnosi lekkość, ja refleksję. I gdzieś pośrodku spotykamy się w tym samym śmiechu.

 

MIREK TRYMBULAK O ZWIĄZKU Z JOLĄ

Jola lubi sobie wyobrażać wszystko od razu. To, jak będzie wyglądał projekt, działania, z kim trzeba współpracować. Ja najpierw w coś wchodzę, rozpoznaję i dopiero planuję, dlatego czasem się ścieramy. Kiedy wstajemy po wspólnej medytacji, ja robię kawę i od razu wchodzę w obowiązki, załatwiam najważniejsze rzeczy, żeby potem mieć trochę luzu. Jola potrzebuje swoich rytuałów na start dnia. Włącza telewizję, ogląda coś lekkiego, oswaja się z dniem. Gdy wspólnie tworzymy na różnych etapach prac nad biżuterią czy kolekcją mody, ja pilnuję struktury, organizacji, tego, żeby wszystko się zadziało, Jola bardziej wchodzi w detal, w formę. Częściej niż na papierze czy komputerze pracuje z żywą materią, układa, drapuje. Potem konfrontujemy pomysły, poprawiamy się nawzajem. Czasem któreś z nas wywraca coś do góry nogami już na ostatnim etapie, ale nie po to, żeby udowodnić, kto ma rację, tylko żeby projekt był lepszy. W Wenecji to wszystko jeszcze się wyostrzyło, dłużej pracujemy nad ostateczną wersją. Widzimy, że tutaj robi wrażenie pracowitość, oryginalność, dbałość o detal, nieoczywistość. Działamy intensywnie, tworzymy biżuterię, a także przygotowujemy wystawy w ramach Venice Design Week i Venice Fashion Week.

Mirek Trymbulak: "Uczymy się tego, żeby nie przywiązywać się za szybko do planów"

Za nami dość męczący czas. Spędziłem sam dwa miesiące w Wenecji. W środku remontu mieszkania, nierzadko w kurzu, na dmuchanym materacu, z ciągłą niepewnością, czy wszystko dojedzie, zadziała. To nie jest łatwe, szczególnie we Włoszech, gdzie „zaraz” potrafi znaczyć „kiedyś”. Ten remont i przygotowanie wystawy to był moment, w którym naprawdę działaliśmy na granicy możliwości: brak snu, stres, a mimo to się udało. Jola była najpierw w Polsce, ogarniała przeprowadzkę. I kiedy w końcu się spotkaliśmy, oboje byliśmy zmęczeni, ale też mieliśmy poczucie, że robimy coś naprawdę dużego. Stoimy przed kolejnymi decyzjami: sprzedaż domu w Orłowie, atelier w Warszawie, zamknięcie pewnych etapów w Polsce, bistro, przeniesienie życia tutaj. I jak zwykle uczymy się tego, żeby nie przywiązywać się za szybko do planów. Już dwa razy wydawało się, że znaleźliśmy idealne miejsce, i życie to zweryfikowało. Ale jesteśmy do tego przyzwyczajeni i umiemy reagować.

Wszystko zaczęło się przed laty od masek i podróży Canal Grande, wtedy pierwszy raz poczuliśmy się w Wenecji, jakbyśmy byli w domu. To było niedługo przed naszym ślubem. Po liceum nie dostałem się do szkoły projektowania w Łodzi, ale przed kolejnymi egzaminami miałem już na koncie trzy własne kolekcje. Zupełnym przypadkiem podczas Poznańskiego Tygodnia Mody moje projekty dla magazynu „Superlinia”, stworzone z myślą o kobietach noszących większe rozmiary, zobaczyła Grażyna Hase. Doceniła mnie i przyznała nagrodę, którą specjalnie ustanowiła z tej okazji, „Pół Żartem, Pół Serio”. Był to wyjazd na karnawał do Wenecji. To zmieniło nasze życie.

Mirek Trymbulak: "Nasza historia to seria niezwykłych prezentów od losu"

Zwiedzając, trafiliśmy do pracowni braci Sergia i Massima Boldrinów, najstarszej maskarerii w mieście. To właśnie m.in. oni reaktywowali wenecki karnawał. Po powrocie zrobiliśmy z Jolą maski i kostiumy do „Etiudy weneckiej” inspirowanej komedią dell’arte. Miała premierę w 1996 roku, w naszej kawiarni-galerii CLOSED w Orłowie. Kiedy rok później wraz z przyjaciółmi wróciliśmy na karnawał z własnymi kostiumami, Sergio był zdumiony i wypożyczył nam swoje maski do sesji, a następnie postanowił dać nam maski na wystawę. Z tej niezwykłej przyjaźni, z potrzeby częstszego bywania tutaj narodziła się nasza biżuteria z maskami. Sergio stał się częścią naszej historii, a na nasz ślub przekazał w prezencie przez przyjaciółkę wyjątkową maskę-pióro. Gdy spotkaliśmy się po latach, powiedział, że pewnie następnym razem zobaczymy się już „w lepszym świecie”. Tak nas to dotknęło, że pojawialiśmy się w Wenecji kilka razy w roku i zaczęliśmy uczyć się włoskiego. Teraz mówię dość płynnie, a Jola, która nienawidzi szkoły, uczenia się regułek, nagle wszystkich zaskoczyła. Jak widać potrzeba porozumiewania się na przykład z naszą zaprzyjaźnioną sąsiadką Patrizią, właścicielką pobliskiego pałacu, czyni cuda.

Kiedy patrzę na nas z perspektywy ponad 30 lat, widzę, jak wszystko układa się w spójną całość. Na początku pewnie mało kto wróżył nam sukces - duża różnica wieku, różne charaktery, a jednak to właśnie stało się naszym fundamentem. Nasza historia to też seria niezwykłych prezentów od losu i spotkania wspaniałych osób. Ludzie często myślą szablonowo, a my od początku robiliśmy wszystko po swojemu i otwieraliśmy się na to, co przyniesie los. W Wenecji uczymy się siebie na nowo, ale wciąż mamy ten sam kod porozumienia. Nie czujemy się samotni, choć zostawiliśmy w Polsce kawał życia. Tam tworzyliśmy „włoską rodzinę” z moimi rodzicami, bratem. Ale teraz budujemy coś nowego.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2026