Relacje

Kocham męża, ale kogoś poznałam. Co robić, gdy nowa miłość nie oznacza końca starej

Kocham męża, ale kogoś poznałam. Co robić, gdy nowa miłość nie oznacza końca starej
Fot. Getty Images

Można darzyć kogoś przywiązaniem i czuć bliskość, a jednocześnie tęsknić za innymi doświadczeniami. Można kogoś kochać, a nie być do końca szczęśliwym. Co robić, jeśli w naszym życiu pojawia się nowa, kolejna miłość? – pytamy psycholożkę Katarzynę Kucewicz.

PANI: Chciałam panią spytać: „Czy można kochać dwie osoby naraz?”, ale przecież wszyscy wiemy, że można – kochamy jednocześnie partnera, dzieci, przyjaciół, rodziców. Zapytam więc, czy można kochać dwie osoby tak samo?

KATARZYNA KUCEWICZ: Myślę, że każda miłość jest inna. Tak samo jak uczucie sympatii – lubimy różne osoby, ale każdą nieco inaczej, bo ma inny charakter, inny repertuar zachowań. Pamiętajmy, że miłość jest zbiorem różnych uczuć: czułości, zachwytu, przywiązania, podziwu, bliskości, przynależności. Kochając, doświadczamy całej kaskady różnych emocji. I to jest trochę tak jak z pieczeniem ciasta – w zależności od ilości i proporcji składników wyjdzie nam słodkie lub wytrawne, puszyste lub kruche. Jedno będzie smakowało wybitnie, a inne trochę mniej. Tak samo jest z miłością.

Ale jak to się dzieje, że kochając kogoś, mamy dostatecznie dużo wolnego miejsca w sercu, że zakochujemy się w kimś innym?

Można kogoś kochać, a jednocześnie nie być do końca szczęśliwym. Można darzyć kogoś przywiązaniem, czuć bliskość i mieć poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie tęsknić za innymi doświadczeniami, mieć potrzebę przekroczenia granic, w których się żyje. Pojawia się w naszym życiu ktoś nowy i wzbudza właśnie „zakochanie”, czyli wyrzut porywających emocji, ekscytacji, namiętności. Wtedy osoba, która jest kochającym mężem czy kochającą żoną, doświadcza jednocześnie spokojnej miłości do partnera i burzy emocji w stosunku do kogoś innego.

Johnny Depp powiedział kiedyś: „Jeżeli kochasz dwie osoby jednocześnie, wybierz tę drugą. Bo gdybyś naprawdę kochała pierwszą, nie zakochałabyś się ponownie”.

O dylemacie „zostać czy odejść” często słyszę w gabinecie. I zawsze zachęcam: „Daj sobie czas, przemyśl to, nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji, w pośpiechu”. Nie dlatego, że odejście to zawsze zły pomysł, ale jak mówił Carl G. Jung: czasem trzeba zrobić coś niewybaczalnego, żeby pójść dalej. Nawet jeśli to rani. Jednak jako psychoterapeuci obserwujemy często prawidłowość, że nowe związki naszych pacjentów stają się wkrótce podobne do poprzednich. Bo wybieramy nasze „obiekty miłości” według wewnętrznego klucza – zakochujemy się w osobach o zbliżonych cechach, choć na pierwszy rzut oka mogły wydawać się odmienne. Wielokrotnie spotkałam ludzi, którzy żałowali decyzji o rozstaniu. Pamiętam pacjentów, którym pomagałam w skruszonym powrocie do pierwszej miłości z dobrym skutkiem. I takich, których porzuceni partnerzy nie dali się przeprosić. Ale w słowach Deppa pobrzmiewa też romantyczne przekonanie, że każdemu jest pisana jedna prawdziwa miłość. A tak nie jest. Możemy kochać głęboko niekoniecznie raz. I ta druga miłość nie jest dowodem na to, że pierwsza była fałszywa.

Wciąż wierzymy w jedyną miłość. Z zeszłorocznych badań Gedeon Richter Polska wynika, że 83 proc. Polaków w wieku od 18 do 69 lat, będących w związku hetero lub homoseksualnym, uważa, że on może być na całe życie.

Tak, myślę, że chcemy w to wierzyć. Świat wokół nas jest zmienny, niestabilny, tak dużo wokół rozwodów, rozpadów relacji, konfliktów, samotności – to sprawia, że tęsknimy za stabilnymi formami, często za bardziej tradycyjnymi wartościami. Chcemy wierzyć w miłość aż po grób i deklarujemy, że nasza taka będzie. To dobrze, bo może oznaczać, że będziemy pracować nad swoimi relacjami, a bardzo nam tego trzeba. Ale muszę też powiedzieć coś, co zabrzmi mniej optymistycznie. Esther Perel, znana amerykańska psychoterapeutka, szukała odpowiedzi na pytanie: jak to jest, że ludzie odchodzą z dobrych związków? Nie od toksyków, ale od partnerów, z którymi byli szczęśliwi? Odkryła, że robią to wcale nie z chęci opuszczenia dotychczasowego życia ani nie dlatego, że nowa miłość jest prawdziwsza. Motywem jest to, co się dzieje w nas samych wraz z upływem lat. Możemy być zmęczeni rolą odpowiedzialnego partnera, rodzica, tęsknić za tym, jacy byliśmy kiedyś – bardziej beztroscy i spontaniczni. I pewnego dnia spotykamy kogoś, przy kim czujemy się inni, bardziej dynamiczni, odważni, sprawczy, młodsi. Stajemy się nową wersją siebie, czujemy nową energię i to nas oczarowuje, pochłania. Wtedy wszystkie wartości mogą wziąć w łeb.

Ale czy to jest miłość?

Nieraz pacjentki mówią: „Miałam taki moment, czułam się nieatrakcyjna, samotna, zapomniana. Trochę jak pożółkła, zakurzona książka już dawno odstawiona na półkę. I nagle ktoś mnie z tej półki zdejmuje i mówi: »fascynująca!«”. Tak się czujemy, odnalezione, odkurzone: co za obwoluta, jakie ciekawe wnętrze! Nietrudno się zakochać, poczuć się znowu młodą, żywą. Można powiedzieć, że ta trzecia osoba jest jakby dowodem na to, że za czymś tęsknimy, że czegoś nam brak. I przestrogą, że w naszym związku o czymś nie rozmawiamy, nie dajemy sobie dość czułości i uwagi.

 

Moja znajoma kocha swojego partnera, ale zależy jej też na relacji z przyjacielem z młodości. Mówi, że on patrzy na nią inaczej, przy nim czuje się dawną sobą. Nie chce rezygnować z żadnego z nich.

I przez jakiś czas, przez chwilę będzie jej z tym dobrze, bo sekret budzi ekscytację, daje poczucie autonomii i jeszcze dreszcz emocjonalny związany z robieniem czegoś zakazanego. Ale jej postępowanie rani dwie osoby, a ona sama musi żyć w kłamstwie, niedomówieniach. To wymaga stałej czujności, generuje napięcie.

Niedawno usłyszałam od jednej z psychoterapeutek, że ma coraz więcej pacjentów prowadzących podwójne życie. Mówią: „Nie chcę wybierać”.

Ja z kolei mam taką obserwację, że coraz więcej ludzi godzi się na bycie tą trzecią, tym trzecim. Tak się dzieje, bo chcemy kogoś mieć, cierpimy z poczucia samotności, lepszy taki związek niż żaden. Przez pewien czas mówimy sobie: to wielka miłość, tylko okoliczności są trudne, na razie tak musi być. I żyjemy w trójkącie, mamy weekendową i popołudniową miłość, dopóki kłamstwo nie wyjdzie na jaw.

To nie jest poliamoria? Pragnienie posiadania wielu związków romantycznych jednocześnie?

Absolutnie nie. Poliamoria to praktykowanie wielu związków za wyraźną zgodą i wiedzą wszystkich zaangażowanych osób. Pani znajoma może mówić, że ma dwóch ukochanych mężczyzn, ale po prostu zdradza swojego partnera. Prowadzi podwójne życie, o którym jej partner nie wie. Do czasu, bo z moich obserwacji wynika, że wszystkie nasze zdrady pewnego dnia przypadkowo wychodzą na jaw. Wciąż słyszę o tym w gabinecie. On się nie wylogował, położył smartfon na stole, córeczka wzięła telefon taty i zaczęła na głos czytać wiadomości. Inna historia: kot strącił torebkę, która otworzyła się i wysunęło się zdjęcie. Podniósł je mąż. To się przydarzyło kobiecie, która perfekcyjnie ukrywała drugi związek latami. Nie ma kłamstwa doskonałego.

Spojrzałam na statystyki, mniej więcej 11 proc. Polaków chętnie zdecydowałoby się na poliamorię. Czy to jest dobra opcja, jeśli kochamy dwie osoby jednocześnie?

Chyba nie można do tego podejść w ten sposób jak do opcji. Bardziej trzeba się zastanowić, czy mamy w sobie otwartość na brak wyłączności, że nie jestem tą jedyną, jedynym. Zgodę na to, że miłością i ukochaną osobą można się podzielić. To jest punkt wyjścia i podstawa. Poliamoria wymaga dużej pewności siebie, to znaczy świadomości, że doświadczenia emocjonalne i seksualne partnera z inną osobą nic o mnie nie mówią. Nie oznaczają na przykład, że on woli inną, że ja jestem gorsza(y), niewystarczająca(y), nie dość dobra(y). Jeśli mamy w sobie gen rywalizacji i skłonność do porównywania się z innymi, poliamoria nie jest dla nas.

Jest jeszcze zazdrość.

Jeżeli świadomie godzę się, że kochana przeze mnie osoba nie jest mi przypisana, że będzie całowała się i sypiała z innymi – pole zazdrości zostaje z zasady ograniczone. Rzadko się o tym mówi, ale poliamoria opiera się właśnie na szeregu zasad, chociaż potocznie kojarzy się ludziom z rodzajem swobody, z rozwiązłością. Tymczasem żeby układy poliamoryczne mogły trwać, wymagają wręcz kodeksu zasad wzajemnych: co wolno, a czego nie wolno, na co jest zgoda, a na co jej nie ma. Długodystansowe związki mają całe regulaminy: weekendy spędzamy oddzielnie, od poniedziałku jesteśmy razem, jest seks, ale bez nocowania – wszystko trzeba ustalić, ponieważ poruszamy się w delikatnej sferze emocji. Reguły służą temu, żeby każdy czuł się bezpiecznie, bo to są układy nowe, w których nie mamy żadnych wzorców. W związkach tradycyjnych mamy ich mnóstwo, punktem odniesienia są relacje naszych rodziców, dziadków, mamy filmy, literaturę; każdy wie, jak wyglądają układy monogamiczne. Poliamoryści nie mają się na czym wzorować.

Pamięta pani film „Vicky Cristina Barcelona”? Jego bohaterowie spróbowali stworzyć poliamoryczny trójkąt. Wszystko się udało, tylko Cristina nie do końca czuła się szczęśliwa.

Bo tak to często jest: tworzenie związku z jedną osobą bywa trudne, a co dopiero z dwiema. Spotkałam wiele osób szukających spełnienia w takich układach, wiem, że to niełatwe. Sądzę, że źródłem cierpienia bywa POZORNA zgoda na poliamorię. Znałam pary, w których jedna osoba pragnęła tego naprawdę, a druga godziła się na poziomie racjonalnym, czasem w lęku, że inaczej zostanie porzucona, zostanie sama. Trochę w poczuciu „nie mam wyjścia, jeśli chcę utrzymać ten związek”. Ale emocjonalnie nie były w stanie tego unieść, zachować dobrą samoocenę, poczucie własnej wartości, godności. Mam wrażenie, że wiele kobiet godzi się wbrew sobie na różne konfiguracje. Z perspektywy gabinetu widzę, jak bardzo to rani. Ale wiem też od seksuologów, którzy zajmują się związkami nienormatywnymi, że znają wielu szczęśliwych poliamorystów. Ulegamy często takiemu złudzeniu, że wszyscy, których znamy, żyją podobnie do nas. Moglibyśmy się bardzo zdziwić, gdyby szczerze opowiedzieli nam o swoim życiu uczuciowym. Ludzie żyją bardzo różnie, eksperymentują, szukają adrenaliny, nowych wrażeń. Znam parę, która postanowiła otworzyć związek, żeby urozmaicić życie seksualne: zdecydowali się na klub swingersów. Ale po paru tygodniach ona powiedziała: „Wiesz, nie dźwigam tego, to jest jednak nie dla mnie. Czuję, że musimy to przerwać”. I przerwali. On nie powiedział: „Ale obiecałaś”, nie marudził: „Ale dla mnie to jest fajne”. Od początku ustalili, że jeśli jemu lub jej się nie spodoba, wycofają się. W tym momencie przeszli sprawdzian miłości i dojrzałości – własnej i związku. Umówiliśmy się i to jest ponad wszystko. 

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 07/2026