Poznaj siebie

Psycholog o pułapkach romantyzowania ryzyka. Dlaczego potrzebujemy ciągłych wyzwań?

Psycholog o pułapkach romantyzowania ryzyka. Dlaczego potrzebujemy ciągłych wyzwań?
Fot. GettyImages

Brawura, trudne relacje, nieustająca pogoń za adrenaliną. W filmach i mediach społecznościowych takie zachowania często przedstawia się jako wyraz wolności, pasji i wielkiego uczucia. Dlaczego tak łatwo ulegamy urokowi ryzyka? I kiedy fascynacja zagrożeniem zaczyna niszczyć nasze prawdziwe życie? — wyjaśnia psychoterapeutka, Marlena Ewa Kazoń.

Żyjemy w epoce wyzwań. Dawniej wystarczyło zacząć biegać, dziś wielu od razu zapisuje się na Ironmana, by udowodnić sobie i światu własną siłę. Internet premiuje tych, którzy odważnie przesuwają granice: fizyczne, psychiczne i emocjonalne. 19-letnia Zoja Skubis – influencerka i podróżniczka – jako najmłodsza Polka, zdobywa Mount Everest, znany tiktoker Łatwogang, w ramach akcji charytatywnej, przejeżdża rowerem, niemal bez postojów, całą Polskę: od Giewontu po Bałtyk. To, że narażają życie i zdrowie schodzi na dalszy plan. I dla nich, i dla nas. „Challenge” przestał być domeną mediów społecznościowych, a niezauważalnie stał się sposobem naszego myślenia. Nawet sztuka coraz częściej opiera się na ekstremalnym wysiłku. Dowód? 24-godzinny spektakl „The Second Woman” (w ramach Festiwalu Malta), w którym Magdalena Cielecka bez snu i przerwy odgrywała tę samą scenę, przekraczając granice swojej wytrzymałości. Ale czy tak skrajnie niebezpieczne wyzwania naprawdę są godne podziwu? Dlaczego je romantyzujemy?

– Kiedy czytałam komentarze o tych akcjach, uderzyło mnie to, jak mocno popieramy piękne, ale i niebezpieczne działania, nawet te charytatywne. Oczywiście, zachwycała mnie gotowość do pomagania potrzebującym. Wzruszała idea wspólnego działania, jednocześnie nie mogłam przestać myśleć o tym, jak bardzo nasz świat lubi historie, w których człowiek przekracza własne granice – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń. 

Im bardziej ktoś się poświęca, cierpi czy ignoruje własne potrzeby, tym większy budzi w nas podziw. Rzadko pytamy: „Jakim kosztem to robi?”, znacznie częściej: „Jak on to zrobił/a?” A to nie jest to samo. Jako psychoterapeutka, często myślę o tym, że żyjemy w kulturze, w której większość ludzi ma poważny problem z odróżnianiem odwagi od samoprzemocy. Odwaga jest czymś pięknym. To zdolność do działania mimo lęku. Gotowość do stanięcia po stronie wartości. Umiejętność robienia czegoś ważnego, nawet jeśli jest to trudne. Tyle że samoprzemoc wygląda bardzo podobnie. Wymaga od nas takiego samego wysiłku. Takiej samej determinacji. I też często budzi ludzki podziw. Różnica polega na tym, że odwaga szanuje człowieka, który ją podejmuje. A samoprzemoc wykorzystuje go jako narzędzie.

W pułapce siły i adrenaliny

W moim gabinecie spotykam ludzi, których świat nazywa silnymi. Przedsiębiorców, którzy przez lata spali po cztery godziny. Lekarzy, którzy nie pamiętają, kiedy ostatni raz byli na urlopie. Matki, które od dekady nie mają przestrzeni wyłącznie dla siebie. Mężczyzn, którzy trafiają na terapię dopiero wtedy, kiedy organizm zaczyna im odmawiać posłuszeństwa. Kobiety, które opiekują się wszystkimi, ale nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego same potrzebują. To są ludzie podziwiani. Ale bardzo często są też głęboko zmęczeni. Nie dlatego, że są słabi – tylko właśnie dlatego, że przez całe życie nauczyli się ignorować własne granice.

  • Pamiętam pacjentkę, która opowiadała z dumą, że od sześciu lat nie miała ani jednego dnia całkowicie dla siebie. Na początku mówiła o tym jak o sukcesie. Potem rozpłakała się. Bo kiedy zaczęłyśmy rozmawiać głębiej, okazało się, że od lat żyje w przekonaniu, że ma prawo odpoczywać dopiero wtedy, gdy wszyscy wokół będą zaspokojeni. A ten moment nigdy nie nadchodził.
  • Inny pacjent opowiadał, że wrócił do pracy tydzień po operacji. W firmie wszyscy go chwalili. Mówili, że jest twardy. Odpowiedzialny. Niezastąpiony. Dopiero podczas terapii zaczął rozumieć, że od dziecka nosił w sobie przekonanie, iż jego wartość zależy od tego, ile potrafi wytrzymać. Nie od tego, kim jest. Od tego, ile zniesie.

Temat romantyzowania zachowań ryzykownych jest dziś niezwykle ważny. Bo bardzo często nie podziwiamy samego działania, tylko czyjąś gotowość do przekroczenia siebie. A czasem zniszczenia. Problem polega na tym, że kultura uwielbia opowiadać historie o bohaterach. Nie lubi natomiast mówić o konsekwencjach. Nie pokazuje człowieka kilka miesięcy później – jego wypalenia, depresji, rozbitych relacji ani problemów zdrowotnych. Nie pokaże nam układu nerwowego, który przez lata żył w stanie alarmowym. Widoczny jest triumf – niewidoczny jest rachunek. A ten zawsze istnieje. Kiedy słyszę przedsiębiorcę mówiącego, że śpi trzy godziny dziennie, nie myślę: „Ależ on jest ambitny", tylko: „Co sprawiło, że uznał, że jego organizm nie zasługuje na odpoczynek?”. Kiedy matka mówi mi, że od lat nie miała chwili dla siebie, nie myślę „Niesamowita kobieta", tylko: „Kto nauczył ją, że opieka nad sobą jest mniej ważna niż opieka nad wszystkimi innymi?”. Gdy widzę człowieka pracującego podczas choroby, zastanawiam się: „Czy on naprawdę chce tam być, czy może panicznie boi się, że przestanie być potrzebny?”. Bo pod wieloma zachowaniami, które społeczeństwo nazywa siłą, często ukrywa się coś bardzo kruchego – lęk przed byciem niewystarczającym czy zwyczajnym. Lęk przed odrzuceniem, utratą kontroli i zatrzymaniem. To nie przypadek, że tak wielu ludzi potrafi biec do całkowitego wyczerpania, ale nie umie odpoczywać bez poczucia winy. I nie bez powodu podziwiamy człowieka ignorującego własne potrzeby, a jednocześnie podejrzliwie patrzymy na kogoś, kto stawia granice.

„Dam radę. Jeszcze trochę wytrzymam”

Osoba mówiąca: „Muszę odpocząć” często budzi mniej zachwytu niż ta, od której slyszymy: „Dam radę. Jeszcze trochę wytrzymam.” Nawet wtedy, kiedy wiemy, że to „jeszcze trochę” może ją kosztować zdrowie. Nieporozumieniem jest to, że dzisiaj utożsamiamy dojrzałość z wytrzymałością. A dojrzałość nie polega przecież na tym, że człowiek daje radę coraz więcej znieść, tylko na tym, że umie rozpoznać moment, w którym dalsze znoszenie przestaje mieć sens. Że potrafi usłyszeć własne ciało – emocje, ale też ograniczenia. I traktuje je poważnie. Z pełną odpowiedzialnością.

Nie pomagajmy innym kosztem siebie

Może największym problemem nie jest to, że brakuje ludzi gotowych do poświęceń, tylko, że tak rzadko podziwiamy tych, którzy potrafią o siebie zadbać? Tych, którzy zatrzymują się przed granicą i mówią „nie” i rezygnują z poklasku, żeby pozostać w kontakcie ze sobą. Bo pomaganie innym ma granice. Tak samo jak zaangażowanie i poświęcenie. A kiedy człowiek przestaje je widzieć, bardzo łatwo może pomylić miłość, pasję, odpowiedzialność czy determinację z czymś, co w rzeczywistości jest powolnym odwracaniem się od samego siebie. I może właśnie dlatego warto czasem zadać sobie pytanie: Czy podziwiam tę osobę za jej siłę? Czy może podziwiam ją za to, że robi coś, czego sam nigdy nie odważyłbym się zrobić własnemu organizmowi?