Wywiad

Emi Buchwald o filmie, którym olśniła krytyków: "Trzeba czerpać z siebie, żeby zrobić coś dobrego"

Emi Buchwald o filmie, którym olśniła krytyków: Trzeba czerpać z siebie, żeby zrobić coś dobrego
Emi Buchwald
Fot. Maciek Edelman/VDA

Na festiwalu w Gdyni Emi Buchwald rywalizowała w kategorii reżyseria z wielkimi kina: Holland, Pasikowskim, Smarzowskim. Ale to po projekcji Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej owacja trwała pięć minut i 48 sekund. Złote Lwy dostała debiutantka. Mówi, że szanuje uznanych twórców, ale się na nich nie wzoruje. Wytycza nowe ścieżki w starym filmowym lesie. Robi filmy osobiste.

Franek ma problemy z narkotykami i dziewczyną, jego bliźniaczka Nastka szuka miłości. Najmłodszy Benek czuje się odrzucony, a najstarsza, Jana, artystka, stara się zaopiekować resztą. Czwórka rodzeństwa w domu, w którym słychać echa wspomnień. Ale też gdzie splatają się silne rodzinne relacje. Każdy z każdym ma tu sprawy, zależności. Fabule dodaje głębi postać z zaświatów – Dusiołek, który męczy jednego z braci. Zjawa tu nie pasuje? Przeciwnie. Oglądając film, możemy zrozumieć, jak brakuje we współczesnym polskim kinie duchowości, która nie łączy się tylko z religią. I zastanawiamy się: duchów na pewno nie ma?

Emi Buchwald: "Nie boję się, że komuś nie dorównam"

Twój STYL: Sześć minut braw po projekcji. Co pani czuła tego wieczoru?

Emi Buchwald: W takich chwilach przede wszystkim się stresuję. Ale oczywiście czuję też radość. Prawie wszyscy twórcy oglądali wtedy zmontowane, gotowe Duchy pierwszy raz. Na widowni była też moja rodzina. Zarówno dla moich bliskich, jak i ekipy to bardzo ważny film, dlatego uważają, że powinien być oklaskiwany jak najdłużej, więc – szczerze mówiąc – brawa to chyba ich zasługa.

Nagrodę przyznało surowe profesjonalne jury, zostawiając za pani plecami mistrzów.

Słyszałam, że jestem pierwszą kobietą debiutantką, która dostała Złote Lwy za reżyserię. Doceniam to. Myślę, że takie wyróżnienie może pomóc w dalszej drodze. Dlatego idę do przodu i myślę, co wydarzy się z filmem. Czy będzie szansa pokazać Duchy w innych krajach? Czy widzowie pójdą do kin? Co do reżyserów, którzy pokazywali swoje filmy w konkursie – to uznani twórcy, ale staram się o tym nie myśleć. Nie chcę zabrzmieć jak ktoś, kto obala autorytety, jednak nie boję się, że komuś nie dorównam. Prezentujemy swoje filmy i to one mają się obronić, nie nasze nazwiska. Naturalnie pojawiają się nowi twórcy, którzy za jakiś czas zostają tymi doświadczonymi, więc nie lekceważyłabym młodych. Szczególnie w polskim kinie, gdzie czujemy potrzebę świeżości. To fajne i symboliczne, że na 50. festiwalu w Gdyni o debiutach mówiło się więcej niż o filmach twórców z dużym dorobkiem.

Temat Duchów wypełnia pewną lukę. Nie przypominam sobie polskiego filmu, w którym osią scenariusza są relacje między rodzeństwem pokazane bez obecności rodziców.

Sama mam pięcioro rodzeństwa, wychowaliśmy się w bliskich relacjach. W kinie rzadko podejmuje się tę kwestię, a jeśli już, to czerpie się z wzorców antycznych: siostra zdradza siostrę, brat zabija brata – trudne tematy opierające się na archetypach kulturowych, które nie do końca są mi bliskie. Zależało mi, żeby w domu, który pokazuję, nie było tylko „przygnęby” (to z języka bohaterów), ale również spokój. Mam inne podejście niż większość filmowców, którzy traktują rodzinę jak zło konieczne. W mojej wydarzają się oczywiście trudne sytuacje, ale uważam, że w domu dostałam dużo dobrego. W dyskursie publicznym w naszym kraju wszystko musi być białe albo czarne, rodzina też – dobra albo zła. Chciałabym robić kino, które wychodzi poza te schematy. Osobiste. Inspiracją Duchów było między innymi Dziewięć opowiadań J.D. Salingera, książka o rodzeństwie Glassów. Każdy z nich miał talent, a jednocześnie był w jakiś sposób skażony, nie mógł odnaleźć się w świecie. To ważny dla mnie temat. W Polsce jest sporo wielodzietnych rodzin. Ale wiedziałam też, że jeśli w filmie pojawią się rodzice, kompletnie go zdominują. Jest więc tylko jedna scena, kiedy bohaterowie o nich wspominają. To krótka wymiana zdań, których długo szukaliśmy z moim współscenarzystą, dobór słów jest dla mnie istotny. Brzmi tak: „Ej, nie wydaje wam się, że z mamą jest gorzej? Tak, zdecydowanie. Jak zaczęła mówić o tym przerażającym dźwięku, jaki wydaje pralka… Dobra, nie, nie gadajmy o tym. No dobra, nie będziemy o tym rozmawiać”.

Emi Buchwald: "Nie można zrobić dobrego filmu, nie przykładając wagi do szczegółu"

Pani to zna na pamięć?

Jak większość dialogów. Poza tym, że wiele zdań jest wyciągniętych z życia mojego i mojego rodzeństwa, to bardzo intensywnie pracuję na każdym etapie powstawania filmu – od pomysłu na bohaterów po kolor napisów w planszach rozdziałów. I na koniec znam go na pamięć. Staram się komunikować najlepiej, jak potrafię, z każdym współtwórcą. Nie można zrobić dobrego filmu, nie przykładając wagi do szczegółu.

Przeczytałam w recenzji, że ma pani „czutkę” pokoleniową – czule rezonuje z problemami swojej generacji. Między bohaterami Duchów dzieją się, mówiąc pani słowami, „małe sprawy, duże emocje”. To nie są wielkie fundamentalne „rozdrapy”, ale widz szybko się w nie wciąga.

Nie planowałam robić filmu o konkretnym pokoleniu. Nie identyfikuję się specjalnie ani z milenialsami, ani z generacją Z. Do szkoły filmowej poszłam, kiedy skończyłam 18 lat, koleżanki i koledzy z roku mieli po dwadzieścia parę. Ale może też dlatego, że mam starsze i młodsze rodzeństwo, potrafię się odnaleźć wśród wszystkich. Wiek nie ma znaczenia. Moi rodzice są w jakimś sensie ponadpokoleniowi, żyją niestandardowo. Wychowaliśmy się na wsi. Dziadek pochodził z Warszawy, babcia z Dąbrowic, wsi między Łodzią a Warszawą. Tam został dom po rodzinie babci, w którym zamieszkali rodzice. Tata zajmuje się architekturą krajobrazu, mama poświęciła się pracy w domu, wychowywaniu i kształceniu nas. Gdy byliśmy mali, wyrzuciła telewizor. Czytaliśmy książki, rysowaliśmy, dużo czasu spędzaliśmy na dworze. Tata stawiał krzesło na stole, a my rysowaliśmy je z zachowaniem perspektywy. Byliśmy trochę odseparowani. Stworzyliśmy swój świat, dzięki czemu później nie czułam presji, że muszę przynależeć do jakiegoś pokolenia, grupy. Teraz nie czuję specjalnie przynależności do polskiego środowiska filmowego.

Jak siostry i bracia, rodzice odebrali Duchy...?

Podobały im się. To moi najważniejsi widzowie. Wiedzieli, że film powstaje, musieli go zaaprobować. Znają zasady gry, bo większość zajmuje się sztuką. Rozumieją, że trzeba czerpać z siebie, żeby zrobić coś dobrego. Pewnie film jest „psychoanalityczny”, ale nadużywamy ostatnio języka psychologii, więc podchodzę do niego ostrożnie. Na pewno stanie się powodem poważniejszych rozmów w rodzinie.

Uważna, wnikliwa rozmowa rodzeństwa nie jest czymś powszechnym ani łatwym. Ujmujące, że w filmie bohaterowie tak dobrze się rozumieją, wystarczy spojrzenie, dwa słowa…

Rodzina kreuje własny język, tworzy kod. U nas dużo się opowiadało. W dzieciństwie wracały do mnie sny w stylu: jadę z bliskimi powozem przez las i nagle zza drzew wypadają bolszewicy, atakują. Wychowywałam się na historiach z tamtych czasów. Podczas spotkań rodzinnych dzieci słuchały, a starsi opowiadali. Chodząc do szkoły dwa kilometry pieszo, rozmawialiśmy z rodzeństwem. Tak samo odrabiając lekcje przy wspólnym biurku. Może m.in. to dało mi lekkość pisania dialogów. W polskich filmach rozmowy często są toporne, ludzie porozumiewają się strzępkami zdań. Strzępki zawsze były mi dalekie.

Emi Buchwald 2
Maciek Edelman/VDA

Emi Buchwald: "Tajemnica i metafizyka to coś ważnego w kinie"

Ale niedopowiedzenia już chyba nie? Domysły, inne stany świadomości, zjawy u pani ważą tyle co fakty.

Moim zdaniem tajemnica i metafizyka to coś ważnego w kinie. Nie wszystko musi być dopowiedziane. W każdym, również w dwudziestolatkach, o których opowiada się w filmach i serialach, najczęściej przez pryzmat internetu, seksu i narkotyków, jest potrzeba poszukiwań w sferze duchowej. Wychowałam się w rodzinie chrześcijańskiej. W domu od pokoleń mówiło się o aniołach i diabłach, duchach złych i dobrych. Dla mnie są naturalną częścią życia. Przypominanie sobie o Aniele Stróżu, o którym mówili babcia i dziadek, daje spokój w momentach stresu i przygnębienia. Ale metafizyka w filmie może nawiązywać do innych źródeł, np. mitologii słowiańskiej obecnej w poezji i literaturze romantycznej. Mamy dużo ciekawych zasobów, z których mało korzystamy, bo koncentrujemy się na współczesnym realizmie. A to może funkcjonować obok siebie.

Kasper Bajon w scenariuszu Heweliusza umieścił wątek rozważań nad „życiem po życiu” – lekarka opowiada o pacjencie, który w momencie śmierci klinicznej widzi swoje ciało i szczegóły zdarzenia. Zadziwiające, jak to się nie gryzie z dotkliwym realizmem tego serialu…

Znam podobne uczucie ze snów. Zresztą z Kasprem znamy się i współpracujemy, często rozmawiamy o odchodzeniu od realizmu w kinie. Cenię kino realistyczne, dokumentalne, sama też się nim zajmuję. Jednak film daje nam możliwości i narzędzia, które pozwalają dostać się na inne poziomy wyobraźni, odczuwania. Przypominam sobie Ucieczkę z Kina Wolność Wojciecha Marczewskiego, gdzie ludzie wychodzą z ekranu kinowego. XX wiek w sztuce był bardziej metafizyczny, duchowy – Tarkowski, Antonioni, Fellini. W Polsce m.in. Kieślowski nie bał się świata niewytłumaczalnego. Dużo myślałam o Podwójnym życiu Weroniki – bohaterka przeczuwała, że w innym miejscu na świecie jest ktoś taki sam jak ona. Kieślowski nie daje odpowiedzi, mówi jedynie, że istnieje sfera niewytłumaczalna, poza kontekstem wiary. Do tego obszaru zalicza się także intuicja. Zawsze ją miałam, szczególnie wobec bliskich. Jestem przekonana, że nasze relacje działają nie tylko wtedy, kiedy się spotykamy i rozmawiamy. A intuicja może dotyczyć relacji między ludźmi, ale też kontaktu jednostki ze światem.

Na przykład decyzji, które się podejmuje.

O tym jest Przypadek Kieślowskiego.

Ale też przypadek Emi, bo pani podkreśla, że dzięki intuicji wybrała studia, a nawet wyszła za mąż. Osiemnastolatka w filmówce – trudne?

Na pewno wymagające. Wiedziałam, że to początek trudnej drogi, ale nie myślałam o tym, jaka to szkoła. Chciałam robić filmy, będąc w liceum, więc postanowiłam zdawać na studia do szkoły filmowej. Łódź była bliżej niż Katowice. Nie miałam powodu się bać. Tak samo z małżeństwem. Wydaje mi się, że im prościej się do tego podejdzie, tym lepiej.

Kochasz człowieka, czujesz, że będzie ci z nim dobrze, więc postanawiasz z nim być?

Tak. I to są wybory faktycznie intuicyjne. Nie boję się kolejnego filmu. Czuję, że temat jest tym właściwym i że będę miała wystarczająco dużo siły, by emocjonować się nim przez najbliższe kilka lat.

O czym opowie nam pani teraz?

Możliwe, że film będzie o moim domu, do którego często wracam. Po naszej wyprowadzce do Warszawy rodzice nie zrobili z niego muzeum, nie ma pokojów z naszymi zdjęciami. Ten dom wciąż się zmieniał. Czasami po powrocie ze szkoły zastawaliśmy zerwaną podłogę albo zburzoną ścianę, bo mama i tata nagle postanawiali coś zmienić. Wracam tam też po to, żeby być blisko natury, wśród lasów, łąk. W wielu miejscach przeszłość i teraźniejszość funkcjonują razem. Przenikanie się czasu mnie ciekawi.

Chcę jeszcze spytać o coś, co mnie frapuje: jest pani orędowniczką oglądania filmów w kinie. Dlaczego?

Obejrzenie filmu w kinie to dla mnie przede wszystkim przeżycie audiowizualne. Chłonięcie obrazów, dźwięków, muzyki. Seans filmowy to sytuacja wyjątkowa. Muszę mieć przestrzeń na to, co za chwilę zobaczę, co pochłonie moją głowę i emocje. Wyjść z kontekstu domowego, kiedy jednym uchem słyszę, że pralka wiruje i trzeba będzie zrobić pauzę, powiesić pranie. W kinie dochodzi wątek wspólnotowości, zostało stworzone po to, by poczuć coś zbiorowo. W związku z tym, że mój film jest o rodzeństwie, tym bardziej dobrze oglądać go w kinie. A potem rozmawiać. Polecam, żeby iść na seans z rodziną albo przyjaciółmi.

Zachęciła mnie pani, nie pamiętam, kiedy byłam w kinie z bratem. Wojtek, zapraszam!

Kim jest Emi Buchwald?

Emi Buchwald - Rocznik 1991. Reżyserka i scenarzystka filmowa. Absolwentka PWSFTviT w Łodzi. W 2025 roku zdobyła nagrodę za reżyserię na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za film "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". W swoim dorobku ma filmy:  "Nauka", "Droga mleczna", "Echo", "Pięć utworów", "Piękna łąka kwietna". Prywatnie związana z reżyserem Maciejem Buchwaldem.

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 01/2026