Wywiad

Ewa Szykulska: "Moja twarz opowiada moje życie". Wywiad magazynu PANI

Ewa Szykulska: Moja twarz opowiada moje życie. Wywiad magazynu PANI
Ewa Szykulska
Fot. Agencja AKPA

Jej urodę i zmysłowy głos zna kilka pokoleń Polaków. I ten zmysłowy głos pyta w rozmowie z nami: „A po diabła człowiek żyje?”. Co więcej, wybitna aktorka stara się udzielić odpowiedzi.

Ewa Szykulska: "Ostatnie lata są dla mnie bardzo obolałe"

PANI: Przyszła pani z Sarą. Cieszę się, chciałam ją poznać. Siwieje już...

EWA SZYKULSKA: Ja też. To zabawne, czas na obie z nas działa. Nie tylko zresztą na nas, ale obie jesteśmy cudowne, prawda?

Prawda!

I obie jesteśmy łase na komplementy pomimo naszego wieku. Niestety Sari słabo słyszy. Nie słyszy już otwierania lodówki. Wie pani, jakie to ważne? Każdy pies z najdalszego kąta mieszkania wpada do kuchni, gdy tylko się uchyla drzwi lodówki. I trzeba było usunąć jej ząbki... Ale dajemy sobie radę. Ciągam ją wszędzie, wiedząc, że gdyby w tym czasie pospała w domu, może byłoby to dla niej zdrowsze. Ale ona ubóstwia to wspólne łażenie. Bardzo fajnie mieć takiego kudłatego przyjaciela czy przyjaciółkę, którymi można się opiekować.

„Zwierzęta mnie uczłowieczają, aktorstwo lekko zezwierzęca” – przeczytałam w „Entliczku, pentliczku”, pani wspomnieniach.

Ja to nazywam kaleką książeczką.

Spodobała mi się ta „kaleka książeczka”.

Dziękuję. To podtrzymuje na duchu, dlatego że ona jest taka niekompletna jak ja. Składa się głównie z rzeczy pomijanych. Nie jest tak, że ja czuję się osobą pominiętą w życiu, w kontaktach z ludźmi. Wręcz odwrotnie. Jestem usatysfakcjonowana życiem. Bardzo je lubię, a nawet znacznie więcej. Jako człowiek, jak my wszyscy przecież, składam się z radosnych fantastycznych chwil i z różnych smutnych, nieraz traumatycznych momentów. Ale przez kilkadziesiąt lat wiedziałam, że jestem osobą szczęśliwą, że tak czy inaczej los traktuje mnie łagodnie. Potem zaczął się okres powolnego zanikania. Najpierw moich bliskich według starszeństwa, choć nie zawsze, niestety. Co znaczy niestety? Śmierć w jakimkolwiek wieku jest stratą. Ostatnie lata są dla mnie bardzo obolałe, bo skumulowały się te odejścia. Za każdym razem coś się nieodwołalnie kończy i trzeba ułożyć sobie inaczej resztę życia. Wtedy okazuje się, że wiek ma duże znaczenie.

Dlaczego?

Przedtem nie mniej mocno przeżywałam pewne rzeczy, ale byłam silniejsza, a teraz bardzo się staram, ale sił brak – i fizycznych, i psychicznych. Zwyczajnie czuję, nie ukrywając tego – choć nie jest to modne w dzisiejszych czasach, gdzie wszyscy mają być młodzi i ruchliwi – jak cichnę z niemocy wszelakich. Jak by to powiedzieć - nie rechoczę, nie śmieję się głośno, ale staram się być osobą pogodną, która nie osacza swoimi problemami innych. Przedtem wystarczało energii na to, żeby ludzi wprowadzać w dobry nastrój, pomagać. Teraz też próbuję, ale… No dobra, już dosyć! Wcale nie chcę być smutasem. Jeszcze walczę o życie, bo je bardzo lubię. Bardzo jest atrakcyjne, choć potrafi być wstrętne w różnych aspektach. Dzisiaj na przykład… No i widzi pani, znowu do tego wracam.

Widocznie dzisiaj jest czas na taką właśnie rozmowę.

No dobrze... Pierwsza wiadomość, jaką rano usłyszałam, to ta o odejściu Piotra Cieplaka, fantastycznego reżysera. Ci, którzy oglądali jego spektakle, wiedzą, że był kimś niezwykłym: erudytą z ogromnym poczuciem humoru. Spotkałam go dzięki Krystynie Jandzie. Kryśka, w moim wieku dojrzałym, podarowała mi najbardziej rozczulającą, otulającą mnie rolę w Teatrze Polonia. Mianowicie „Krzesła” Ionesco w reżyserii Piotra, gdzie zagraliśmy we dwójkę z Leonem Charewiczem. To sztuka o starości, o dojrzałości mózgu, który nam się z czasem trochę rozpada. O gasnącej miłości, ale nie dlatego, że miłość wygasa, tylko życie się kończy. Spotkanie było nieziemskie, ale rola bolała. Kiedy mieliśmy wznowić spektakl, mój wspaniały partner Leon powiedział, że zbyt dużo krwi go kosztował. Miał rację, mnie również to dotyczyło. Powtarzałam tę rolę w czasie choroby mojej siostry. Baśka odchodziła w szpitalu w Austrii. Codziennie przy niej byłam. Myślę, że „Krzesła” mnie uratowały. Dostałam od Piotra cudowne ciepełko, bardzo wtedy dla mnie ważne. Tyle… I znowu zrobiło się pusto.

Ewa Szykulska aktorka
fot. agencja akpa

 

Ewa Szykulska: "Chciałam być aktorką codzienną. Aktorką bez pozłotki, bez nadymania się"

Stara w „Krzesłach” to jedna z pani najwspanialszych ról. Wczoraj ponownie obejrzałam „Dziewczyny do wzięcia” – film, w którym mnie pani zachwyciła. Miała pani 21 lat. Reżyserował Janusz Kondratiuk, pani pierwszy mąż.

„Dziewczyny do wzięcia” wyznaczyły tor, po którym szłam. Janusz był moim ciceronem po życiu zawodowym i prywatnym także. Nauczył mnie szeroko patrzeć na ten świat, w tym na aktorstwo. Wprowadził do towarzystwa ludzi będących w awangardzie wydarzeń, jakie się działy w kulturze: Himilsbach, Maklakiewicz, Andrzej Kondratiuk, brat Janusza, Janusz Głowacki. Odmieńcy, nadwrażliwcy, histerycy, ale fantastyczni najczęściej. I mieli porozwijane mózgi. Nieraz ich nie rozumiałam, bo oni nie chodzili utartymi ścieżkami. Tworzyli inną rzeczywistość niż ta naokoło. Traktowali sztukę bardzo poważnie, ale też bawili się nią. Przejmując stylistykę Kondratiuka, chciałam być aktorką codzienną. Aktorką bez pozłotki, bez nadymania się. Taką z kina prawdy pokazującego także trudne życie, marne życie, czyli świat, jaki on jest. Lekcją w praktyce takiego podejścia były właśnie „Dziewczyny do wzięcia”.

Ewa szykulska 2
fot. instagram @polskie_aktorki_forever_

Mam słabość do tego filmu. Opowiada o trzech naiwnych dziewczynach z prowincji, które przyjeżdżają do stolicy w pogoni za przygodą, szczęściem, może miłością. Myślę, że wiele z nas wyruszyło kiedyś w taką podróż.

Boże, czy większość młodych dziewczyn nie myśli o tej białej sukience, żeby ją włożyć? Ze mną było trochę inaczej, bo dzięki ludziom, którzy mnie otaczali, nie patrzyłam na świat tylko przez różowe okulary. Dwa śluby brałam, nigdy nie miałam białej sukienki. Na ślubie z Kondratiukiem miałam indiańską spódnicę z kawałków zamszu, obszytą koralikami. Uszyły ją dla mnie dziewczyny z ASP. Do tego białą batystową bluzkę i - dziwowisko wtedy - przypięty do niej storczyk, który sama sobie kupiłam w kwiaciarni na Tamce. Wie pani, czego najbardziej teraz mi żal? Że nie mam zdjęć z tego ślubu. Z drugiego też mam tylko amatorskie. A przecież na tym pierwszym byłam z pewnością bardzo ślubna i apetyczna. Miałam szczęście spotkać fantastycznych mężczyzn i nie wstydzę się powiedzieć, że to nie była ta jedyna największa miłość. Moje wszystkie związki były wielkie i dosyć gejzerowate, dlatego chciałabym dzisiaj zobaczyć siebie na tych zdjęciach. Nie, nie siebie. Nas. Tylko że my to wtedy olewaliśmy. Przepraszam, nieraz świadomie używam dziwnego języka, nazwałam go sobie barokiem ulicznym.

Barok uliczny – pasuje do pani!

Pewna życzliwa mi pani powiedziała, że niektórych z tych barokowych ozdobników nie akceptuje. Muszę trochę uważać.

Ewa Szykulska: "Z perspektywy lat myślę sobie, że nie przegrałam swojego życia osobistego"

Pozwalała się pani „kształtować” mężczyznom, których kochała?

Tak. Każdy z tych trzech facetów - bo jeszcze jest moja pierwsza miłość, chłopak, którego przezywano Piccolo – był odmienny i fascynował mnie. Do związku z Januszem wskoczyłam spod skrzydeł rodziców, z którymi czułam się bardzo związana. W domu miałam ciepły wychów, długo byłam dziecinna. Patrzyłam na świat przyjaźnie i to mi zostało, pomimo że widzę brud tego, co dzieje się dookoła. Na tej zasadzie patrzę na stare połamane krzaczory stojące w rozpadających się donicach na moim podwórku i mówię: „Boże, jakie one są piękne w tej starości”. Właściwie dlaczego nie powiedzieć o kobiecie: „Ona jest taka piękna w tej starości”? Ludzie dojrzali mają niezwykłe twarze. To jest swoistego rodzaju uroda. Cały czas dostrzegam urodę tego, co wokół mnie. Co metr ode mnie, dziesięć kilometrów i na drugiej półkuli. Ale już nie muszę wszędzie być. Całe szczęście. To znaczy nie mam takiej wewnętrznej potrzeby, że jak tego nie zobaczę, to będę niepełna. Wracając do wątku. Byłam kimś, kogo Janusz kształtował troszkę na swoją modłę, a jednocześnie zachęcał, żebym myślała samodzielnie. Przy nim szybko się dojrzewało. Tyle atrakcji nas otaczało, tyle zdarzeń niesamowitych, wybuchowych, nie tylko między nami przecież. Nasze życie to był niezwykle twórczy moment dla nas wszystkich. Ja jestem kobietą z przeszłości, z tamtej epoki, ona nie była dla nas czarno-szara, tylko intensywnie kolorowa. Trudne okresy są zazwyczaj dobre dla artystów.

To prawda. A jednak rozstaliście się po siedmiu latach. Dlaczego?

W młodym wieku szybko podejmuje się decyzje. Myślę, że nasza decyzja o rozstaniu nie była do końca przemyślana, bo to wszystko jeszcze buzowało. Natomiast zdarzały się też złe rzeczy, a ja byłam krnąbrna. Gdy dostawałam kopa, to dosyć chamsko oddawałam.

Nie spodziewałabym się.

A widzi pani. Walczyłam. Janusz w gruncie rzeczy nauczył mnie walczyć o swoje. Byłam pojętnym uczniem. Czy to źle, czy dobrze? Zmiany są bardzo potrzebne mimo wszystko. Z perspektywy lat myślę sobie, że nie przegrałam swojego życia osobistego. Miałam ksywę Koń nadaną przez tatę, bo byłam ciągle w pełnym ruchu. Ten ruch się zmieniał, przechodził różne fazy. Pomyślałam niedawno, że może miałam i mam ADHD, o którym wtedy się nie mówiło i nie diagnozowało? Jakoś przeżyłam bez diagnozy. Ale też pomyślałam, że jestem niezłym terapeutą samej siebie.

Ewa Szykulska 3
fot. agencja akpa

Rzadki dar.

Myślę, że zawód, który wybrałam, utrzymuje moją równowagę lub nierównowagę psychiczną. Dzięki niemu się wyciszam, skupiam. Zaczynam myśleć, analizować, bo taka jest potrzeba przed kamerą czy na scenie, a za sekundkę to wybucha. Ale wychodzę od ciszy. Mam skłonności do przerysowań, lubię to bardzo. Zbyt łatwo mi przychodzi rozwichrzenie i atrybuty szaleństwa, gesty, dźwięki. Muszę mieć sposoby na tę histerię. Nie bez powodu niektórzy mówią, że najlepiej się sprawdzam, kiedy gram „do środka”, gdy się samoograniczam. Lubię przeźroczystość, czyli coś, co jest niewidoczne, coś, co najwspanialej potrafiła Jadźka Jankowska-Cieślak. Boże święty, każde drgnienie jej twarzy, zapatrzenie… Do szkoły przyszła rok po mnie, wtedy ją wypatrzyłam. Była rodzajem wzorca. Chociaż ja nie jestem osobą, która umie się wzorować, powtarzać i zagrać dublurę w teatrze. Dostaję kota. Ale w Jadźkę byłam wpatrzona. Taka chciałam być! Parę lat temu z Jadźką i Mirosławą Marcheluk zagrałyśmy w filmie „Wspólna kamienica”. Temat był taki, że po 50 latach niewidzenia się przyjeżdżamy we trzy na pogrzeb naszej koleżanki i co z tego wynika. Mam świadomość, że jesteśmy, jesteśmy, dzwoneczek i... już nas nie ma. Bo przecież Jadźki i Mirosławy też już nie ma.

Podróżujemy w czasie w tej rozmowie między młodością, miłością a... odchodzeniem. Miała pani 28 lat, kiedy poznała Zbigniewa Perneja. „On – umysł ścisły, inżynier, ja – rozchełstana aktorka”, pisze pani w książce.

Miałam chyba w tym momencie przesyt tej karuzeli emocji. Potrzebny był mi spokój, bezpieczeństwo i inny rodzaj adoracji. Aczkolwiek wcale się nie okazało, że jestem z człowiekiem wyważonym, spokojnym. Uprawiał szaleństwo, być może nie wiedząc o tym. Zodiakalny Baran i z nim się uporałam. (śmiech) Zbyszek o samochodach wiedział wszystko. Ja wiedziałam tyle, że samochód ma jechać. Mówił: „To nie twoja sprawa, od czego ja jestem”. Wszystko jedno, czy to dotyczyło wnoszenia siat z zakupami na piętro, czy mojego telefonu: „Słuchaj, właśnie chcę zapalić samochodzik, a on nie chce. Co mam zrobić? – Naciśnij ten guzik, tamten przycisk, zrób to, zrób tamto…” Gdy nie pomagało, przyjeżdżał do mnie w ciągu 20 minut.

To poczucie bezpieczeństwa da się opisać?

A po co? Jest to po prostu rodzaj szczęścia. I tyle.

Adorował panią jako aktorkę?

Nie. Byłam do tego przyzwyczajona. W gruncie rzeczy nigdy nie byłam chwalona. I to wcale nie jest takie złe. Chociaż w pewnym sensie byłam zazdrosna, że rodzice chłopaków, czyli Andrzeja i Janusza, nosili ich na rękach. Mówili, jacy chłopcy są wspaniali, że niedługo dostaną Oscara. A oni pozwalali się głaskać. Ja tego nie miałam, a jednak… miałam. Tylko że to polegało, jeśli chodzi o ojca, na położeniu łapy na moim ramieniu i powiedzeniu: „Dobrze, Koniu. Wszystko dobrze”. Ale co dobrze, już nie wyjaśniał. Albo na milczeniu. Najbardziej zwracała uwagę na to, co robię, dając mi mądre uwagi, moja siostra. Basia skończyła Akademię Sztuk Pięknych, była fantastycznym konserwatorem sztuki. Mówiłyśmy podobnym językiem. Dużo w tym było emocji, dlatego tak mi jej brakuje.

Ewa Szykulska: "Fakt, że wyglądam, jak wyglądam, jest sprawą tego, co przyszło mi przeżyć"

Podobno źle pani znosi komplementy.

Bardzo źle znoszę. Jeśli chodzi o stare filmy, to ja je odbieram tak, jakbym patrzyła na inną, obcą osobę, która przez przypadek nazywa się tak samo jak ja. Nie muszę koniecznie pluć na to, co zrobiłam. O, znowu nadużywam tego baroku... Czasem się akceptuję, często widzę, że jest do banieczki. Ale już jest zarejestrowane. Koniec. Zważywszy, ile ja tego nakręciłam, wiele lat życia by się zebrało. To zawsze przedłuża młodość, przynajmniej psychiczną. Patrzę na mój pysk, tak często mówię o swojej twarzy, i nie wstydzę się rozpadu tegoż pyska. Żałuję jednak, że nie mam tych zdjęć… No cóż, nie szkodzi.

Piękna kobieta, której uroda zwalała z nóg, mówi o rozpadzie pyska… Nie ściga się pani desperacko z czasem. Jest odporna na pokusę wiecznej młodości.

Nie wiedziałam, że będę. Słowo daję. Nawet się o to nie posądzałam. Przez lata nie potrzebowałam myśleć o tym. A potem, kiedy kobiety, i nie tylko kobiety, postanowiły zmienić swoje twarze, to ja sobie pomyślałam, że nie chcę być podobna do koleżanek z rzędu. Byłam świadkiem rozmów między reżyserem a aktorkami: „Może czas coś zrobić?”. Zdolna, inteligentna koleżanka powiedziała: „Idź, zrób sobie te wory i powieki, bo za chwilę opadną ci na źrenice i nie będziesz widziała”. To było ze 20 lat temu, głupoty gadała. Teraz to dopiero mam wory! A będzie jeszcze lepiej, jak mi dadzą trochę pożyć. Boże, to logiczne przecież, że zapracowałam sobie na ten pysk. Moja twarz opowiada moje życie. Kiedyś była gładziutka, „non-iron”, niewymagająca prasowania, jak mawiał mój pierwszy mąż. Teraz jest niewyprasowana. Fakt, że wyglądam, jak wyglądam, jest sprawą tego, co przyszło mi przeżyć. Wszystkich dobrych i niedobrych chwil.

Rozmawiała pani z mężem o przemijaniu?

Nie można było z nim rozmawiać na ten temat. Wytłumaczę dlaczego. Bo za każdym razem ucinał: „O czym ty mówisz?”. Facet marki facet. Ale kiedyś, gdy schudłam, zapytał: „A co się stało z twoją szyją?”. I wtedy ją zobaczyłam, bo wcześniej nie widziałam. Czy się obraziłam? Nie. Stwierdziłam, że ma rację. Prawda czy nieprawda? Mam taką, jaką mam. No i co?

„Nie mogę się przytulić do siwych włosów mojego mężczyzny, bo go nie ma przy mnie. A może jest. Zawsze był na wyciągniecie ręki”. Po 44 wspólnych latach została pani sama z Sarą. Jak wam się żyje?

Nam się żyje bezpiecznie. To już kolejny rok. Czas mija niezauważalnie. W biurze męża kilka miesięcy temu stanął zegar, trzeba baterie wymienić. Myślę sobie: „A po co? Po co się mam wkurzać na ten czas, że tak szybko leci?”. Od 2021 roku ile to już lat minęło?

25 grudnia miną cztery lata. (milczenie)

No… Zawsze mną się opiekowano i ja się kimś opiekowałam. Mogłabym nie mieć takiego instynktu, ponieważ nie mam dziecka. Okazuje się, że mam. Nieraz mi zarzucano: „Nie musisz być tak nadopiekuńcza”. A mnie to po prostu sprawiało przyjemność. Sprawia. Człowiek wszystko zapamiętuje i te zdjęcia zostają w oczach. Ale po co o tym mówić?

Ewa Szykulska 4
fot. agencja akpa

A co z tym zegarem?

To nie jest zegar słoneczny. Dlatego w piątek kupiłam baterie, niech dalej wędruje, niech tyka… Nie sprzątam biura mojego męża. A kiedyś ciągle biegałam ze szmatą, a potem, jak zaczęłam latać przy Zbyszku, to zawsze zwracał mi uwagę, nieraz nietaktownie, że sobie nie życzy, żeby mu sprzątać w jego biurze. No i jest burdel. To znaczy bałagan. (milczenie).

Właściwie cała ta rozmowa dzisiaj to sprawa Piotra Cieplaka… Chciałabym się tak przyjaźnie uśmiechać. Energię to ja mam, tylko nie umiem jej wykorzystać w tej chwili. Nie zawsze mogę w związku z niedoskonałościami mojego organizmu zagrać bardzo ekscytujących - mając takie propozycje - ról w teatrze. Nie dlatego, że nagle tekst nie wchodzi do głowy, tylko ciało odmawia współpracy. Mam genialnego pana fizjoterapeutę. Jest fantastyczny. Dziękuję, panie Andrzeju. Ćwiczę, staram się, tylko że powoli to wszystko idzie. Są ludzie, którzy chcą do końca żyć intensywnie. Chwała im za to. Natomiast mnie tak skopała rzeczywistość, że teraz próbuję spowolnić życie jako takie we wszystkich aspektach. Bo gdzie ja się spieszę? Przecież wiadomo... Chrzanić to.

„Nie jestem aktorką na pokaz. Mogę schować się w mysiej dziurze, wyjść z niej, zagrać i pożyć w innym, nierealnym świecie, i znowu się zaszyć” – to też z książki. Prawdziwe.

Zawsze, a teraz tym bardziej. Nie uznaję tych półuśmiechów, że gram epizod. To, kurczę, idź i spróbuj zagrać. Bardzo proszę. Nigdy nie byłam pożeraczką ról. Nie mam, ale też z tego powodu nie cierpię wypełnionego kalendarzyka, jak tenor w operze. Jestem żywą antyreklamą samej siebie. Pokłosie Kondratiuka. A może zbyt to mitologizuję, bo potem życie przyniosło kolejne cudne warstwy, 44 lata ze Zbyszkiem. Wiem, że jeszcze „pozdarza” mi się w życiu coś nieoczekiwanego. Odkrywam te karteczki, ale tylko niektóre. Przypadkowe. Tajemnica jest najwspanialsza. Co będzie za tym rogiem? Strach nieraz sprawdzać. Ale jak się człowiek odważy, to bywa fajnie. Nie zawsze, ale nieraz fajnie.

 

Kim jest Ewa Szykulska?

Ewa Szykulska - Rocznik 1949. W wieku 22 lat ukończyła PWST. Grała już w czasie studiów, m.in. w filmach pierwszego męża Janusza Kondratiuka. Ogromną popularność zdobyła dzięki roli w serialach „Pan Samochodzik i templariusze”, „Rodzinie Połanieckich” czy „Karierze Nikodema Dyzmy”. Ma na koncie ponad 100 filmów i wiele wybitnych kreacji teatralnych, np. Starą w „Krzesłach” w reż. Piotra Cieplaka. Przez 44 lata była związana z inżynierem Zbigniewem Pernejem.
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2026