Poznaj siebie

Eksperci ostrzegają przed cyberchondrią. Gdzie leży granica między troską o zdrowie a obsesją?

Eksperci ostrzegają przed cyberchondrią. Gdzie leży granica między troską o zdrowie a obsesją?
Fot. Getty Images

Co mi jest? To pytanie, które zamiast lekarzom często zadajemy czatowi GPT. Ignorujemy zaproszenia na bezpłatną mammografię i cytologię, a wydajemy pieniądze na drogie testy, np. nietolerancji pokarmowych. Dlaczego? Bo... drżymy o zdrowie. Przejmujemy się przemęczeniem, złym samopoczuciem, bólem głowy i żeby uspokoić ten lęk, za wszelką cenę chcemy diagnozy. Eksperci ostrzegają: granica między troską a obsesją jest cienka. Lepiej jej nie przekraczać.

Trzeba mieć zdrowie, by chorować – padło podczas konferencji medycznej, na której specjaliści zastanawiali się, co zrobić, byśmy żyli dłużej w dobrej kondycji. Eksperci powtarzali modne hasło „longevity”, długowieczność, ale bez przekonania, bo czy to możliwe w polskiej rzeczywistości? Warunki mamy dobre jak nigdy: dokładna diagnostyka, nowe terapie. Tylko że najpierw… trzeba dostać się do lekarza. Fundacja Watch Health Care zbadała, że kolejki do specjalistów wydłużają się: na wizytę u endokrynologa czy laryngologa w ramach NFZ czeka się średnio osiem miesięcy. Nie lepiej jest z badaniami: termin na USG tarczycy – pół roku. Ale pojawia się też paradoks: brak zainteresowania bezpłatną profilaktyką. Nie chodzimy na badania przesiewowe, np. cytologię, która wykrywa zmiany w kierunku raka szyjki macicy. Za to prywatne przychodnie notują wzrost zainteresowania kompleksowymi „skanami” ciała czy badaniami krwi „na wszystko”. W mediach społecznościowych szukamy ciekawszych recept na lepsze samopoczucie niż „nie przejadać się, więcej się ruszać, odstawić palenie i alkohol”, pisze w książce Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu amerykańska reporterka Rina Raphael. Gdy czujemy się źle, zamiast skupić się na podstawach zdrowego stylu życia, tropimy u siebie choroby, o których opowiadają influencerzy na TikToku. Gdzie jest granica między profilaktyką a obsesją? Czym, prócz straty pieniędzy, grozi niepotrzebne badanie się?

Strach przed boreliozą

Najpierw pojawiło się zmęczenie, potem bóle stawów. Kleszcza nie znalazłam, rumienia nie miałam, ale to podobno o niczym nie świadczy, bo utajona borelioza może przebiegać bezobjawowo. Poszłam do internisty, ale mnie zbył! Piszecie, że to typowe. Co robić? Do kogo iść, żeby dostać antybiotyki? Nie chcę, żeby ta choroba gdzieś w środku tykała jak bomba. Marta (wypowiedź z grupy na FB).

– Borelioza stała się jedną z częściej klikających się i najbardziej zmitologizowanych chorób w internecie – uważa dr Aneta Cybula z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie. Regularnie trafiają do niej pacjenci z autodiagnozą, którą postawili sobie sami, śledząc grupy dyskusyjne. Borelioza to choroba, na którą nie ma szczepionki, w przeciwieństwie do odkleszczowego zapalenia mózgu. Przedstawiana jest jako utajona i ciągnąca się latami. – Fakty są inne: mówimy o infekcji bakteryjnej, którą leczy się antybiotykami, z reguły doksycykliną, dwa do czterech tygodni. Nie istnieje borelioza przewlekła, czyli taka, której nie można wyleczyć – dementuje dr Aneta Cybula. – I o to toczy się bój między medycyną opartą na dowodach naukowych a zwolennikami alternatywnych terapii, które stają się popularne, bo sfrustrowani ludzie domagają się odpowiedzi na pytanie: dlaczego źle się czuję? Demonizuje się chorobę całkowicie wyleczalną, ponieważ bycie „przewlekle chorym” to stan, w którym można zmieścić swój lęk o zdrowie i na nim się skupić – uważa specjalistka. Efekt? Długa, zbędna terapia antybiotykami może nieść poważne skutki uboczne: zaburzenia żołądkowo-jelitowe, reakcje alergiczne, uszkodzenia wątroby, grzybice, antybiotykooporność i PTLDS, czyli zespół poantybiotykowy: przewlekłe zmęczenie, bóle głowy.

A może mam pasożyty?

Ciągła senność, mgła mózgowa, świąd, przelewanie w żołądku – wszystko się zgadza. Mam psa i dwa koty, a mimo to lekarz rodzinny nie widział wskazań do diagnostyki w kierunku pasożytów. Kupiłam ziołowy syrop i leki bez recepty, takie combo podobno najskuteczniejsze. Boli mnie brzuch, czy to naturalny objaw obumierania pasożytów? Na razie czekam. Ogólnie jest lepiej, tylko martwię się, że zmęczenie i senność nie zniknęły. Ale przynajmniej skóra już mnie nie swędzi. Klaudia (komentarz pod postem na Instagramie).

Kolejny „demon” – pasożyty. Pod wpływem zaleceń wellnessowych influencerów (a zdarza się, że niektórych lekarzy) Polacy oddają próbki kału do badań w laboratoriach, przyjmują leki przeciwpasożytnicze w odpowiednich fazach Księżyca, również profilaktycznie, bo uważają, że „wszyscy jesteśmy zarobaczeni”. Skąd to przekonanie? Rzekome objawy obecności pasożytów – zmęczenie, ból głowy, kłopoty jelitowe, skórne – zdarzają się większości z nas. Przyczyn może być wiele, ale pasożyty brzmią groźnie i przyciągają uwagę. Jakie są fakty? Wyjaśnia dr Aneta Cybula: – Najczęściej występującą chorobą pasożytniczą jest owsica, typowa dla małych dzieci. Łatwo ją wyleczyć, zachowując proste zasady higieny – oprócz przyjmowania leków pod kontrolą pediatry trzeba wyprać ubrania i pościel.

Nieuzasadnione i długie kuracje lekami przeciwpasożytniczymi: albendazolem, pyrantelum, a czasem antybiotykami, mogą zaburzać naturalny mikrobiom, a w efekcie nasilać problemy jelitowe. Tak tworzy się błędne koło – mówi specjalistka.

Na scenę wkracza SIBO

Najpierw myślałam, że to zespół jelita nadwrażliwego, potem podejrzewałam SIBO, IMO i nieszczelne jelito. Mam ciągle wzdęty i wystający brzuch, zaparcia na zmianę z biegunkami, niestrawność, refluks. Oczywiście zrobiłam sobie gastroskopię i kolonoskopię. Wszystko OK. Przeszłam już trzy diety eliminacyjne i boję się jeść cokolwiek poza ryżem i cukinią. Zrobiłam też testy oddechowe – nic nie wykazały. Gastrolog mówi, że to psychosomatyka, reakcja na stres, że ma wielu takich pacjentów. Jak tu się zrelaksować, skoro objawy mam codziennie? Wiktoria (komentarz na TikToku).

Gdy życie przytłacza nieprzewidywalnością, proste narracje – „to musi być borelioza”, „to na pewno pasożyty” – dają pozorną ulgę. Problem w tym, że medycyna nie lubi uproszczeń. – Pacjenci nie chcą słyszeć od lekarza „nie wiem”, „to zależy”. Stąd wiara w działanie alternatywnych terapii. Zawsze znajdzie się ktoś, komu „pomogły” – tłumaczy prof. Piotr Eder, gastroenterolog z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Przyznaje, że w jego dziedzinie istnieje pojęcie „scelebrytyzowanych” chorób, na przykład zakwaszenie organizmu czy nietolerancja glutenu. Niedawno na scenę wkroczyło SIBO, zespół rozrostu bakteryjnego jelita cienkiego. To między innymi pod wpływem kilku influencerek, które opowiedziały o swojej diagnozie. Leczenie? Odpowiednio dobranymi antybiotykami oraz dietą zwaną low FODMAP, polegającą na czasowym wykluczeniu mleka, pszennego pieczywa, niektórych owoców i warzyw. Prof. Eder mówi, że ani diagnoza, ani terapia zaburzeń jelitowych nie są łatwe. – Wiemy o tym, że na prawidłowe funkcjonowanie przewodu pokarmowego wpływa układ nerwowy, predyspozycje psychiczne i podatność na stres. Znaczna część dolegliwości jelitowych to tzw. somatyzacje, czyli fizyczne objawy napięcia psychicznego. Przybywa chorych, którzy mają prawidłowe wyniki badań, a mimo to cierpią: mają bóle, zaparcia, biegunki. Nie wymyślają sobie dolegliwości, ale przez lekarzy bywają odsyłani z kwitkiem. Wiele osób robi wtedy na własną rękę testy oddechowe, które analizują skład wydychanego powietrza, by stwierdzić przyczyny problemów trawiennych. – Ich przydatność diagnostyczna jest wątpliwa, bo mikrobiota naturalnie się zmienia, co bywa interpretowane jako patologia wymagająca leczenia – tłumaczy ekspert. Ryzyko? Niepotrzebna, kosztowna i nieskuteczna terapia „normalizująca jelita”, podczas gdy wskazana byłaby raczej zmiana stylu życia, praca nad stresem, a tylko gdy to konieczne – farmakologia. Pojawia się też ryzyko niedoborów żywieniowych, które mogą wystąpić, gdy rezygnujemy z dużych grup pokarmów jak w diecie low FODMAP.

Dlaczego jestem nieogarnięta?

Najpierw oglądałam TikToki. „Masz problem z kończeniem rzeczy? To ADHD”. „Zapominasz, gdzie odłożyłaś telefon? ADHD”. „Przepalasz się emocjonalnie? ADHD”. Po tygodniu miałam checklistę z 42 objawami, większość pasowała. Poszłam po diagnozę do prywatnej poradni – w sumie to były trzy spotkania. Koszt: tysiąc złotych. Po dwóch tygodniach dostałam opinię psycholożki: napisała, że to nie ADHD. A ja czuję, że coś jest ze mną nie tak. Potrzebuję, żeby ktoś mi wyjaśnił, dlaczego jestem taka rozbita i nieogarnięta życiowo. (anonimowy post z forum dla dorosłych z ADHD)

Eksperci szacują, że „zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi” może dotyczyć nawet dwóch milionów dorosłych Polaków. Ale niektórzy uważają, że ADHD zrobiło się… modne. „Dziś każdy coś ma, jeśli nie ADHD, to spektrum autyzmu albo borderline” – słyszy się takie opinie. Gdzie leży prawda? – Prawidłowe rozpoznanie zaburzeń tego typu jest trudne – przyznaje dr Kajetana Foryciarz, psychiatra. – Z jednej strony obserwujemy tendencję do medykalizacji ludzkich zachowań i emocji, z drugiej nie możemy bagatelizować cierpienia osób, które nie rozumieją, skąd biorą się ich trudności – mówi specjalistka. – Szczęśliwie wizyta u psychiatry przestaje być tabu, trzeba jednak pamiętać, że nie dysponujemy testami laboratoryjnymi. Do rozpoznania niezbędna jest analiza trzech sfer życia pacjenta: biologicznej (stylu życia i genów), psychologicznej (osobowości i radzenia sobie z emocjami) oraz społecznej (relacji i warunków życia). Dopiero ich synteza pozwala rozstrzygnąć, czy trudności są objawem zaburzenia psychicznego, czy… naturalną reakcją na życiowe wyzwania. Brak diagnozy ADHD nie oznacza, że pacjent nie potrzebuje pomocy specjalisty. Ale błędne rozpoznanie może prowadzić do niepotrzebnej farmakoterapii, stygmatyzacji i obniżenia samooceny, a przede wszystkim zignorowania prawdziwych przyczyn trudności.

 

Szukanie guza

Rak stał się moją obsesją. Wiem, jak to brzmi, ale ja naprawdę nie umiem przestać. Coś zakłuje pod żebrem – zapisuję się na USG. Bolą plecy? Już czytam o guzach trzustki i jajników. Miałam rezonans głowy, tomografię brzucha, zrobiłam markery nowotworowe. Na razie wszystko w normie. Mam wrażenie, że lekarze uważają mnie za histeryczkę. Na jednej z grup napisałam, że boję się umrzeć, zanim dzieci skończą szkołę. Dziewczyny pocieszały. To jedyne miejsce, gdzie mnie nie oceniają. Edyta, 55 lat, księgowa

Naddiagnozowanie to poważny problem również w onkologii. Nowoczesne dokładne skany ciała rezonansem magnetycznym pozwalają na wykrywanie zmian, które nie są groźne, lecz wiedza o nich uruchamia lawinę: biopsje, lęk, koszty, poczucie śmiertelnej choroby. – Wiele osób myśli: im częściej i dokładniej sprawdzam, tym lepiej. A biologia nowotworów jest różna. Części nie da się wychwycić odpowiednio wcześnie, bo rozwijają się gwałtownie. Inne są tak powolne, że mogłyby nigdy nie dać objawów. Częste skanowanie nie zmieni ich charakteru – wyjaśnia dr Kamil Karpowicz, znany w sieci jako „Onkolog bez granic”. – Profilaktyka antynowotworowa działa, gdy jest celowana, dobrana do wieku, historii rodziny i realnego ryzyka – tłumaczy. I podkreśla: – Skany ciała generują mnóstwo przypadkowych znalezisk, które trzeba potem wyjaśniać. Podobnie testy genetyczne – u osób bez wskazań częściej przynoszą stres niż korzyść, zwłaszcza jeżeli wykonywane są bez wcześniejszej rozmowy z genetykiem. Podwyższone stężenie markerów nowotworowych we krwi też nie musi oznaczać raka. Jednak strach sprzedaje się najlepiej. – Im więcej klikasz w wiadomości o chorobach i zagrożeniach, tym więcej ich dostajesz. Powstaje bańka informacyjna pełna lęku, w której każdy ból głowy to potencjalny guz mózgu, a zmęczenie – objaw białaczki. Dr Karpowicz przyznaje, że i jemu zdarza się zlecać badania „na wszelki wypadek”, bo pacjent przerażony hipotetycznym rakiem bywa bardzo przekonujący. – Nie jest to jednak najlepsze rozwiązanie. Warto wytłumaczyć, dlaczego badanie nie ma sensu w tej sytuacji. Do specjalisty przychodzimy po jego wiedzę i umiejętności. Kiedy lecimy samolotem, nie zaglądamy do kokpitu, żeby dawać pilotowi wskazówki, co ma robić, by bezpiecznie wylądować.

Czy Polacy są „nadgorliwi”?

Zdrowe odżywianie, ruch, sen, ograniczanie używek. Profilaktyka jest… nudna. Dlatego przegrywa z marketingiem nowoczesnych badań. Bryan Johnson, amerykański przedsiębiorca i bohater dokumentu Don’t die na Netfliksie, wydaje na badania i suplementy dwa miliony dolarów rocznie, wierząc, że zapewni mu to młodość i długowieczność. Fascynujemy się takimi historiami, wzmacniają w nas przekonanie, że im więcej badań, tym lepiej. A jakie rzeczywiście mają sens? – Standardowe: regularna kontrola ciśnienia, glikemii, cholesterolu udział w programach profilaktycznych takich jak „Moje zdrowie”, czyli badania dobrane według wieku i czynników ryzyka, a nie na podstawie reklamy czy postu na Instagramie – przekonuje Wojciech Lewandowski, specjalista medycyny rodzinnej, ekspert Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia. Wśród nieuzasadnionych popularnych badań wykonywanych na własną rękę wymienia te w kierunku insulinooporności. – Często spotykam się z jej naddiagnozowaniem, m.in. z powodu używania niewłaściwych metod, jak krzywa insulinowa czy wskaźnik HOMA-IR.

U ludzi młodych i szczupłych rozbieżność wyników z normami może wiązać się z przejściową zmianą w wydzielaniu glukozy i insuliny, np. na skutek przewlekłego stresu. Rzeczywistą insulinooporność można zdiagnozować tylko wtedy, gdy wyniki laboratoryjne idą w parze z wyraźnymi objawami klinicznymi, jak zmęczenie, otyłość, problemy z utratą wagi, ciemna skóra na karku. Uznawanie każdego nieprawidłowego wyniku za patologię prowadzi do klasyfikowania zdrowych osób jako chorych i niepotrzebnego przepisywania im leków – uważa specjalista.

Czy Polacy są „nadgorliwi”? Nie, są zagubieni. Lęk o zdrowie jest naturalny, jednak nadmiar informacji, a przede wszystkim fake newsów, tworzy szum, który zagłusza zdrowy rozsądek. Cyberchondria, obsesyjne wyszukiwanie informacji o chorobach w internecie, nie daje lepszej kontroli nad zdrowiem. Daje tylko iluzję wiedzy i… gwarantowaną bezsenność.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 02/2026