Rozmowy

Bez presji nie ma sukcesu? Terapeutka o mitach kultury pośpiechu

Bez presji nie ma sukcesu? Terapeutka o mitach kultury pośpiechu
Fot. Getty Images

„Wszystko wszędzie naraz”– ten tytuł oscarowego filmu świetnie opisuje życie wielu z nas. Jak postępować, gdy jesteśmy pod presją, o krok od wypalenia? – pytamy psychoterapeutkę kobiet Katarzynę Haler.

PANI: „Nawet nie wiedziałam, że jestem wypalona. Po prostu żyłam w coraz większym pośpiechu, robiąc, co do mnie należy, jak robot. Życie stopniowo traciło kolory, a ja czułam się jak chomik w kołowrotku” – pisze w poście na pani stronie jedna z pacjentek. Wiele z nas czuje podobnie. Dlaczego?

KATARZYNA HALER: Można powiedzieć, że w dzisiejszej kulturze pośpiechu, zajętości czy też, jędrniej mówiąc, zap***dolu - budzimy się zawsze zaskoczeni, ponieważ wkraczamy w nią nieświadomie, jak w pułapkę. Wchodzimy w dorosłość z wizją, że jeśli się postaramy, jeśli dobrze odegramy wszystkie swoje życiowe role – w pracy, w związku, jako rodzice – to będziemy mieć dobre życie. Taką obietnicę składa nam dzisiejsza kultura i jesteśmy do niej bardzo przywiązani. Przyłóż się, optymalizuj, maksymalizuj, staraj się jeszcze bardziej, chcieć to móc, sky is the limit, niemożliwe nie istnieje. Także moja dziedzina - terapii, samorozwoju – mutuje w tę stronę. Złości mnie to, bo jeśli żyjemy zapatrzeni w wizję, która majaczy gdzieś na horyzoncie, to nie sprawdzamy, co jest nam potrzebne tu i teraz, nie badamy, jakie mamy rzeczywiste możliwości. Jesteśmy podpięci do idei, a nie do samych siebie. Byle do przodu, na autopilocie. I życie zaczyna tracić kolory.

Kiedy mówimy o pośpiechu, zajętości czy zap***dolu, to wciąż mówimy o tej samej współczesnej kulturze?

Tylko skupiamy się na różnych jej aspektach. Wszystko zależy od perspektywy. Moja przyjaciółka Zofia Smełka-Leszczyńska napisała książkę „Cześć pracy! O kulturze zap***dolu” – opisując ją z perspektywy kulturoznawczej. Ja patrzę na nią z perspektywy indywidualnej - interesuje mnie, jak jej doświadczamy jako jednostki. Kultura jest jak oprogramowanie instalowane bez naszej świadomości i ustawione jako domyślne. Żyjąc w społeczności, nasiąkamy przekonaniami, przejmujemy poglądy; nikt nam kultury wprost nie wykłada, ale jest wszechobecna w atmosferze, między słowami. Półświadomie zauważamy, że aktywność jest promowana, a wypoczynek nie jest szanowany. Półświadomie słyszymy, że trzeba więcej, trzeba lepiej. I to oprogramowanie działa w tle, zarządzając naszymi decyzjami; na ich podstawie działamy na co dzień.

Powiedziała pani, że kultura składa nam obietnicę.

Obietnicę o życiu – jeśli będziesz ciężko harować, jeśli zaciśniesz zęby i przezwyciężysz słabości, spotka cię nagroda. Może zostaniesz bizneswoman, która podróżuje, zarabia, pracuje online z Hiszpanii lub Dubaju. Albo będziesz miała wszystko naraz: dobrą pracę, związek, dzieci, fajne wakacje. Wierzymy w to, bo te fantazje zasilane są obrazami z filmów, z Instagramu. Przypomnę na marginesie inną obietnicę, która się już rozpadła, a w którą sama wierzyłam, mając dwadzieścia parę lat. Jeśli teraz będę ciężko pracować, to później będę mogła pracować mniej. Byłam przekonana, że wszyscy będziemy mieć wcześniejsze emerytury i używać życia po czterdziestce. Obietnica kultury ma też wymiar bardziej osobisty, dotyczący JA idealnego, czyli tego, kim będę, jak już dogonię moje dobre życie. Będę kimś fajnym, ważnym, będę z siebie dumna, udowodnię coś mamie i tacie, koleżankom z klasy. To jest silny motywator – właśnie napędzani tymi fantazjami zaczynamy podążać za kulturą, za jej wskazówkami. Z perspektywy mojego gabinetu widzę, że robimy to tak długo, aż się rozbijemy o ścianę ograniczeń, na przykład zaczynamy chorować, ogarnia nas wielkie zmęczenie. Kiedy rozmawiam z osobami, które są w tym punkcie, bliskie wypalenia, to jest tak, jakby one budziły się z kolektywnego snu, ze zbiorczej iluzji.

No ale dlaczego właściwie ta obietnica ma się nie spełnić? Niektórzy mówią, że kultura za***dolu jest zwyczajną wymówką leni, którzy nie są w stanie zabrać się do roboty i zorganizować.

To opinia niesprawiedliwa i zniekształcająca rzeczywistość, za to bardzo korzystna dla właścicieli biznesów, którzy chcieliby, żeby ich pracownicy tak myśleli. Ale spójrzmy tylko na mechanizm wypalenia zawodowego – przecież to jest choroba nadmiernego zaangażowania w pracę. Innymi słowy z filozofii „dawaj z siebie więcej, angażuj się na 100 proc.” prędzej wyniknie wypalenie niż dobre życie. W wielu firmach jest tak, że projekty są źle zaplanowane, za mało ludzi i za bliski deadline. Pracownicy muszą więc brać nadgodziny, bo nie da się inaczej zdążyć. Kiedy pracowałam jako psycholog w organizacji, pracownicy mogli przychodzić do mojego gabinetu, żeby porozmawiać o swoich emocjach i problemach. Byli tacy, którzy przychodzili co tydzień we łzach. W rozmowie z nimi czułam się jak matka, która próbuje nakarmić dziecko łyżeczką, a ono wykręca głowę i zaciska usta. Mówię im, że to już zaszło za daleko, że koszt emocjonalny i fizyczny ich pracy jest zbyt wysoki. Ale oni kręcą głową: muszą przyspieszyć, bo inaczej nie dotrzymają terminu. Jakby stracili zdrowy rozsądek – bo przecież wydaje się oczywiste, że człowiek nie powinien płakać co tydzień z powodu zmęczenia, wyczerpania i presji w pracy. Ale przesuwanie granicy, podkręcanie norm wydajności odbywa się stopniowo i utrata rozsądku też następuje powoli. Moi klienci bali się zwolnienia, ale najbardziej, że nie osiągną sukcesu, że rozczarują przełożonych, że zostawią kolegów z teamu na lodzie. Nie byli leniami, lecz ludźmi w pułapce. Powiem więcej – taką opinię, że powinni się lepiej zorganizować i zabrać do roboty, przyjęliby ze spuszczoną głową. Właśnie tak myślą, że powinni dawać z siebie jeszcze więcej, pracować jeszcze szybciej.

 

Czytałam, że kardiolodzy sklasyfikowali hurry sickness, chorobę pośpiechu, jeszcze w XX wieku. Objawy: przemęczenie, rozdrażnienie, frustracja. Dziś chyba wszyscy ją mamy, ale nikt jej nie diagnozuje i nie leczy.

Właśnie przez tę powszechność. Postęp technologiczny i nasze osamotnienie w tym boju o lepsze życie sprawiły, że pośpiech stał się powszechny i przesiąkł do różnych dziedzin, w różne role społeczne. Proszę spojrzeć, że jeszcze parę dekad temu dobry rodzic to był ten, co umył, nakarmił, kupił książki, a współczesna kobieta musi organizować kreatywne zabawy, pamiętać, żeby chwalić, ale nie za dużo, monitorować dziecka rozwój emocjonalny, społeczny, intelektualny. Podobnie będzie w dbaniu o formę, o relację partnerską i o własny rozwój. Jesteśmy pod ciągłą presją, złapani na haczyki porad i wskazówek prowadzących nas do życiowego multitaskingu, mamy w głowie rozpoczęte pętle aktywności, które nigdy się kończą, a jeśli nawet, to w ich miejsce pączkują następne. Hurry sickness to również brak momentu zwolnienia, żeby sprawdzić, czy te zajęcia, które podejmuję, mają sens, jak one na mnie wpływają. Pośpiech nas spłyca, działamy szybciej, ale chaotycznie, a to potęguje niepokój, podnosi poziom stresu. Ale też sprawia, że nie możemy zaangażować się głębiej w to, co naprawdę dla nas istotne, bo inne sprawy dyszą nam za plecami. Słyszę od klientek, że tracą zrozumienie, co jest naprawdę ważne w ich życiu, bo albo deadline, albo ktoś czegoś chce, albo ktoś pogania i chcą już tylko świętego spokoju.

Kiedyś przyłapałam się na tym, że jem śniadanie na stojąco, jak rzymski żołnierz przed wymarszem.

Kiedy żyjemy w trybie stałej gotowości, nasze ciało jest ciągle pobudzone, nadmiarowo aktywne i zapomina, jak się rozluźniać. Hurry sickness opisywali lekarze kardiolodzy, bo ten tryb prowadzi do problemów z ciśnieniem krwi, choć także z trawieniem, bezsennością, z napięciem mięśni. Nie relaksujemy się, zajadamy stres, próbujemy go regulować używkami. Na poziomie intelektualnym – mimo że dążymy do wydajności – słabniemy. Jesteśmy rozproszeni, rozkojarzeni, mamy problem z pamięcią, z podejmowaniem decyzji, bo liczba spraw, ich wielowątkowość zaczyna nas przytłaczać. W relacjach przestajemy być obecni. Nasi bliscy zauważają, że niby ich słuchamy, ale tylko w połowie, bo zerkamy w telefon albo się zamyślamy. Albo zrywamy się nagle, bo coś się nam przypomina – zaraz wracam. Pary bardzo się dziś na to skarżą: „Nie mam jego (jej) uwagi”. To osłabia związki. Ale cierpi też kontakt z samym sobą. Była u mnie niedawno klientka: piękna kobieta, ma sukces zawodowy, męża, dziecko, ale czuje się zagoniona, zdezorientowana. Mówi, że gdy była młodsza, wiedziała, co lubi, czego chce. A teraz nawet nie wie, co chciałaby robić w wolny weekend.

Mówimy dziś, że straciliśmy umiejętność odpoczynku.

Tak, bo rozpędzeni, gotowi do działania odłączyliśmy się od siebie. Powrót nie polega na tym, że powiemy sobie: „Masz tu, kochana, wolny weekend, zadbaj o siebie”. Bo wtedy się okazuje, że mamy kolejny dylemat. Zakupy z koleżanką, kino, gdzieś wyjechać, iść na masaż, a może zamknąć się w domu i wyłączyć telefon?

Jaka jest pani odpowiedź?

Gdyby chodziło tylko o to, co robić w wolnym czasie, mogłabym odpowiedzieć, że potrzebujemy dziś zadbać o układ nerwowy. A jako ludzi relaksuje nas przyroda, spokojny oddech, ruch fizyczny, swobodne spędzanie czasu z innymi. Mogłabym też dodać, że oczywiście można wybierać metodą prób i błędów, iść na te zakupy albo na film i na podstawie doświadczeń sprawdzić: wypoczęłam czy nieszczególnie? Ale tak naprawdę sądzę, że potrzebujemy zadziałać kompleksowo, inaczej ułożyć codzienność. Żeby przestać żyć na autopilocie, wyrwać się z kołowrotka, potrzebujemy sięgnąć do wartości, które są naszym życiowym kompasem. Gdy byłam młodsza, moją wartością było pracować, zarabiać, bo potrzebowałam kupić mieszkanie. Ale minęło 10 lat i zaczęłam dostrzegać przemijanie czasu, wagę relacji, odpoczynku. Chciałabym móc poczytać książkę, a nie przeczytać ją w dwie godziny, bo taki mam dziś wyznaczony slot (przedział czasu) na czytanie w planie dnia. Wartości się zmieniają, a wraz z nimi powinno się zmieniać poczucie, czym jest dla nas dobre życie i jak w związku z tym powinniśmy żyć. Widzę często ludzi, którzy mówią, że dla nich wartością jest zdrowie, a żyją na takich obrotach, jakby brali udział w wyścigu… no właśnie o co? Chyba jednak nie zdrowie jest dla nich złotym runem.

To jest chyba tak, że myśmy się nauczyli zarządzania czasem, a to jest kategoria, która nie należy ani do świata wartości, ani do świata emocji, tylko do biznesu.

Tak, to prawda, idea zarządzania czasem jest podpięta pod schemat produktywności. Jakby dobre życie oznaczało wykorzystanie go minuta po minucie w sposób pragmatyczny i użyteczny. Wszystko musi mieć uzasadnienie, opłacać się, pojawia się taki termin: strata czasu. Co tak leżysz, mogłabyś poćwiczyć w tym czasie? Spacerujesz bez celu? Zrób w tym czasie zakupy, wykorzystaj czas. Stratą czasu okazują się rzeczy przyjemne, wesołe, relaksujące i takie, którym nie da się zrobić zdjęcia. A właśnie to, że się mogę spontanicznie powygłupiać z przyjaciółką albo powłóczyć się bez celu, ładuje nam akumulatory. Bo sprawia, że moje życie mi się podoba. Bo sprawia, że moje życie przestaje być odhaczaniem zadań, monotonnym pchaniem spraw pod górę. Polecam książkę „Cztery tysiące tygodni” Olivera Burkemana, która w wydaniu angielskim ma podtytuł „Zarządzanie czasem dla śmiertelników”. Biznesowa idea zarządzania czasem mówi nam, że życie jest projektem i polega na dobrej organizacji, żeby zdążyć ze wszystkimi obowiązkami. Ale to nie jest prawda. Musimy wybierać, bo jesteśmy śmiertelnikami. Nasze życie jest skończone, nasze siły są skończone. Każdego dnia budząc się, mamy 100 proc. swojej energii, którą będziemy wydatkować w ciągu doby. Nie możemy pracować na 100 proc., musimy ją rozdzielić. Jeśli na pracę przeznaczę 70 proc., to zostaje mi 30, żeby posprzątać, pogadać z ludźmi, zrobić obiad. A jeśli chcę jeszcze wieczorem porozmawiać z mężem, to już będzie na kredyt. Jest taka książka „Jak to robią kobiety sukcesu”, którą kupiłam, bo miała zawierać prawdziwe grafiki dnia znanych kobiet. I te grafiki są przerażające. Zaczynają dzień o piątej rano, jak odwiozą dziecko na basen, to w czasie, gdy ono pływa, wyciągają laptop. Pracują cały dzień i jeszcze godzinkę wieczorem, gdy położą dziecko spać. Najlepszy był grafik kobiety, z którego się dowiedziałam, że ona ma męża dopiero w czwartek. Tam ma zaplanowane dla niego pół godziny. W tym momencie odłożyłam książkę. To kuriozum, życie nie może tak wyglądać. Wiem, że są ludzie, którzy powiedzą: „Jak chcesz osiągnąć sukces, to właśnie tak musi być”. Ale to jest życie na kredyt. Możemy tak pociągnąć parę lat – żeby wypracować pozycję zawodową, żeby awansować na upragnione stanowisko, żeby zarobić na coś, co ma dla nas znaczenie. Ale ten kredyt energetyczny wróci do nas z odsetkami pod postacią wypalenia, problemów zdrowotnych, rozpadu relacji. Powinniśmy nauczyć się odpuszczać. Dokonywać selekcji, a nie jeszcze bardziej dociskać.

Psychoterapeuta John Amodeo pisze w „Psychology Today”, że dziś jednym z najbardziej potrzebnych słów jest „może”. Ono kupuje nam czas do namysłu, pozwala zwolnić w biegu, odrzucić presję.

Może tak, może nie, pozwól mi się nad tym zastanowić. Nie odpowiem ci dzisiaj. Muszę porozmawiać z partnerem, czy mamy jakieś plany. Tak, można to nazwać „kupowaniem” czasu, bo częścią życia w pośpiechu są reakcje w automacie. I są to najczęściej pośpieszne zgody: muszę odpowiedzieć natychmiast, muszę być dostępna, muszę już podjąć decyzję. „Poczekaj, zastanowię się i dam ci znać jutro” jest jak wytrych do innego świata. Tworzy się przestrzeń, żebyśmy sprawdziły, czy to jest dla mnie możliwe, czy to jest dla mnie dobre. W związkach tworzy się okno do rozmowy, jeśli powiem: „Mam mieszane uczucia. Część mnie chce się zgodzić, ale inna część ma nadzieję, że w tym roku możemy zrobić coś innego”. Już to sprawia, że nie oddajemy innym naszego czasu automatycznie.

A jeśli dojdziemy do wniosku, że chcemy odmówić? Istnieje dobra technika odmawiania?

Krótko i na temat. „Pomogłabym chętnie, ale nie mogę, mam koncert dziecka w szkole. To dla mnie ważne”. Nie tłumaczmy się za długo. Bo jeśli odmawianie sprawia nam trudność, to mamy tendencję do drobiazgowego usprawiedliwiania. Zamiast dokładać wytłumaczenia, powtarzajmy to samo: „To przedstawienie dziecka w szkole jest dla mnie tak ważne, że nie zmienię decyzji”. Bez dodawania, jak istotne jest dla mnie bycie mamą, ile lat ma dziecko i jak mi przykro. Im więcej słów, tym więcej rozmówca dostaje danych o które może się zaczepić, by przekonywać dalej, by zachwiać naszą decyzją. Dlatego najlepsza jest metoda zdartej płyty i nieskomplikowane komunikaty. Jest jeszcze temat maili, które napływają jak rzeka, o czym często słyszę od klientek. Nikt nie napisze nam w temacie wiadomości, że sprawa nie jest pilna i może poczekać do jutra. Nie, wszystko jest na dziś. Oczywiście wiele zależy od rodzaju pracy, ale często radzę klientkom - wycisz powiadomienia i komunikuj: „Maile odrywają mnie od pracy, sprawdzam pocztę dwa razy dziennie – rano i o 14”.

Czy to się udaje? Zna pani osoby, które wypisały się z kultury pośpiechu, nie rzucając pracy, nie wyjeżdżając w Bieszczady?

Dla mnie wiązało się to z odejściem z korporacji. Chciałam zmienić tempo życia, sama układać plan dnia, a mogłam to zrobić, tylko zakładając własną firmę, pracując na własny rachunek. Ale znam osoby, które poszły pod prąd w innym sensie. Podjęły decyzję o odwróceniu wektorów: to nie z zewnątrz mają płynąć wskazówki, jak ja mam żyć, to nie mój przełożony czy guru sukcesu będzie mi mówić, co to jest dobre życie, tylko ja to sobie mówię. To wymaga odwagi i konsekwencji, ale nagradza poczuciem sprawczości. W tym zresztą tkwi tajemnica odporności na kulturę za****dolu – w znajomości siebie, swoich potrzeb, priorytetów. Poznałam uodpornione osoby, głównie z młodszego pokolenia - mówiły mi: „Tak, mogłabym więcej, ale nie chcę, nie jest mi to potrzebne”. „Tak, mogłabym awansować, ale wolę zrobić swoje i posłuchać audiobooka na słuchawkach”. Szok, prawda? To są osoby, które nie wkręciły się w ten kult wyjątkowości, który produkuje nasza kultura, w tę fantazję, że możesz więcej, że jesteś lepsza, bo szybsza niż inni. Tylko się jeszcze bardziej staraj.

Zaraz, zaraz, żeby wyrwać się z kołowrotka, mam sobie uzmysłowić, że nie jestem wyjątkowa?

Pamiętam jedne z zajęć w szkole psychoterapii, prowadziła je uznana terapeutka, autorytet. I nagle mówi: „Spójrzmy na nas samych, przeciętnych terapeutów”... Jaki ja bunt poczułam! Jak to, ja w superszkole, ucząca się od takich autorytetów mam być przeciętna?! Mamy ogromny problem z byciem wystarczająco dobrym. Ale dopiero wychodząc z tej iluzji „kto, jak nie ja”, „mogę szybciej, mogę bardziej” – zaczynamy rozumieć, że ludzie są wyjątkowi w zupełnie innym sensie. Jesteśmy niepowtarzalni. Nikt nie czuje tak jak ja. Nikt nie myśli tak jak ja. Jesteśmy unikatowi w talentach, w swojej osobowości. Mój partner jest dla mnie wyjątkowy nie dlatego, że pracuje na 120 procent, tylko dlatego, że nikt nie słucha tak jak on, nikt się tak nie uśmiecha. Dostrzeganie tego jest drogą do większej satysfakcji w życiu. Nie mówię, że to jest łatwe, bo w terapii widzę, jak jest nam smutno, kiedy żegnamy się z fatamorganami przyszłości, jak się boimy, że bez tych iluzji wielkościowych będziemy mieć byle jakie życie. Ale z drugiej strony widzę też, że coraz częściej chcemy się wypisywać z filozofii „więcej, szybciej, bardziej”. Już sama nasza rozmowa jest tego dowodem. Mamy więc coraz więcej kompanów w tej drodze, nie jesteśmy sami. To daje poczucie mocy.

Katarzyna Haler – psychoterapeutka, trenerka, mentorka biznesowa liderek. Prowadzi terapię indywidualną, treningi grupowe, webinary i grupy wsparcia dla pracowników w sytuacjach kryzysowych. Uczy radzenia sobie ze stresem i przeciwdziałania wypaleniu.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2026