Poznaj siebie

Dlaczego potrzebujemy bliskości drugiego człowieka? Rozmawiamy z ekspertką o sile wspólnoty

Dlaczego potrzebujemy bliskości drugiego człowieka? Rozmawiamy z ekspertką o sile wspólnoty
Kadr z serialu "Wielkie kłamstewka"
Fot. Materiały prasowe

„Moja i twoja nadzieja uczyni realnym krok w chmurach” – śpiewa HEY. We wspólnocie siła. Czy nie zwątpiliśmy w tę prawdę? Warto wrócić do kręgów, które dają wsparcie i nadzieję, włożyć trud w ich budowanie? Zdecydowanie – twierdzi filozofka i socjolożka, prof. Mariola Kuszyk-Bytniewska z UMCS w Lublinie.

Twój STYL: Chcemy być silni, niezależni, w trudnych sytuacjach pokazać hart ducha. Czy w tym kontekście wspólnoty, wspierające drużyny w ogóle są nam potrzebne?

Mariola Kuszyk-Bytniewska: Wspólnota to naturalne środowisko, w którym kształtuje się nasza tożsamość. Bez drugiego człowieka, relacji między nami nie wiem, kim jestem. Na co dzień o tym nie myślimy, bo to sprawa oczywista jak powietrze – doceniamy bycie w grupie, dopiero gdy jej brakuje. Arystoteles w Polityce pisał, że dobre życie to życie we wspólnocie. Tam jest szczęście.

Jednak znam osoby, które nie chcą się angażować w sprawy wymagające współdziałania. Układanie się z innymi, szukanie kompromisów męczy.

To postawa skrajna. Mówiąc językiem socjologii, są to zachowania dewiacyjne. Odrzucamy wartości, normy społeczne albo jedno i drugie i żyjemy samotnie na marginesie zdarzeń. Większość z nas ma jednak naturalną potrzebę bycia wśród ludzi, z nimi. Mizantrop, o którym pani mówi, to najczęściej dziwak. Też znam takie osoby – izolują się, mają problem z nawiązaniem relacji.

Co innego mizantropia, co innego indywidualizm – mocna, autonomiczna osobowość. Wydaje się zaletą, przejawem niezależności.

Kartezjańskie „ja”? Kartezjusz to ostatnio filozof do łajania. To on odpowiada za wprowadzenie myślenia stawiającego „ja” na pierwszym miejscu. Jak pisał Witold Gombrowicz w Dziennikach: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja...” Mimo krytyki tego stanowiska przyznajmy, że choć wspólnotowość to element dobrego życia, indywidualizm też jest potrzebny. Bo jeśli wspólnoty miałyby dyktować bezwarunkowo, kim jesteśmy, a przecież zdarzało się tak w historii, byłby to kulturowy autorytaryzm. Nowoczesność wypromowała wartości takie jak emancypacja, samospełnienie, autentyczność. Forsowały je literatura, kino, teatr. Stefan Dedalus, bohater Portretu artysty z czasów młodości Jamesa Joyce’a, deklaruje, że nigdy nie będzie służyć rzeczy, w którą przestanie wierzyć, musi zrealizować się sam.

W innej wersji i w odniesieniu do kobiet dążenie do samostanowienia promują seriale takie jak Seks w wielkim mieście czy Wielkie kłamstewka.

Zgoda. Tylko że nadal nie ma warunków do swobodnego realizowania tych wartości. Stąd mamy sytuację, w której normy społeczne są niejasne lub sprzeczne, co rodzi poczucie dezorientacji, stan anomii, pisał o tym Émile Durkheim.

Jednak Polki cenią sobie indywidualizm. Często słyszymy, że powinnyśmy postawić na siebie, swoje potrzeby, zadbać o nasze prawa. Dużo pracy w to włożyłyśmy.

I walka się nie skończyła, bo nadal widać, że prawa kobiet wcale nie są równe, np. jeśli chodzi o płace czy awans. Pytanie, jaką cenę płacimy za niezależność? Kobiety spóźniają się z macierzyństwem, zatracają zdolność znalezienia partnera, stworzenia stabilnego związku. Albo próbują odnaleźć się w zmienionej rzeczywistości, w której pojawiły się konkubinaty, małżeństwa na odległość, model partnerstwa typu: dwie pensje i zero dzieci itd. Ale nikt nie wątpi, że generalnie wzmocniłyśmy swoją pozycję. Chcę tylko zwrócić uwagę na koszty walki o niezależność, szeroko rozumianą, wynikającą z przeobrażeń społecznych. Polecam dokument Erika Gandiniego z roku 2015 Szwedzka teoria miłości. Gdy w latach 70. Szwecja wychodziła z kryzysu, postawiła na rozwój ekonomiczny równoległy z przemianą mentalną. Powstał projekt „Rodzina przyszłości” – politycy chcieli dać dobry start młodym, żeby ich uniezależnić. A starszych dofinansować, by młodzi nie musieli się nimi zajmować i mogli zatroszczyć o własny rozwój. Rezultat? Samotność. W Szwecji ok. 50 proc. gospodarstw domowych stanowiły te jednoosobowe. Na końcu filmu jest trafny komentarz socjologa i filozofa Zygmunta Baumana: niezależność ekonomiczna, dążenie do autentyczności i samorealizacji odebrały nam umiejętność tworzenia i wchodzenia w głębokie relacje międzyludzkie. Człowiek przestał być – jak go określał Arystoteles – zoon politikon, zwierzęciem społecznym, politycznym i stał się samotną wyspą.

I tu widzę problem. Bo w trudnych momentach życia, w kryzysie wspólnoty są oparciem, przynależność do nich bywa warunkiem przetrwania.

Karl Jaspers, niemiecki egzystencjalista, pisał, że człowiek od czasu do czasu popada w sytuacje graniczne, które przypominają mu o podstawach bytu. Nieoczekiwane cierpienie, śmierć bliskiej osoby, katastrofa – wyrywają z rutyny, z pędu ku niezrozumiałemu. Skłaniają, by zadać sobie pytanie: jaki jest sens życia, po co się wysilam, zaharowuję? Teraz, po pandemii, gdy wojna toczy się niedaleko nas, mamy potrzebę szukania ratunku i często jest nim powrót do tego, co stabilizuje, daje oparcie, ale też uświadamia, kim jesteśmy – właśnie do życzliwej wspólnoty.

Taką dla wielu z nas stanowiła rodzina. Tam była moc. Jest dalej?

Moc wynikała m.in. z tego, że rodzina wyposażała nas w wewnętrzny żyroskop, który pomaga zachować orientację. Podkreślam czas przeszły. Rodzina w tradycyjnym rozumieniu to rozrośnięte drzewo, system, w którym mamy konkretne zależności, prawa i obowiązki. Układ kiedyś samowystarczalny – potrzebę bycia sobą zaspokajało się w swoim gronie, a trajektoria życia jednostki była z góry określona. Wraz z postępem cywilizacyjnym rodzina się skurczyła. Z wielopokoleniowej zmieniła w nuklearną: mąż i żona plus dziecko, ewentualnie dzieci. Wielka wspólnota, z której wynosiło się wartości, sposób myślenia, zasady, przestała na nas wpływać, kształtować. To wzięło się m.in. z faktu, że kiedy w dziewiętnastym wieku na skutek postępu medycyny spadła śmiertelność, dzieci było więcej i rodziny wypychały część z nich z domu, w świat. Dając im ów żyroskop. Z czasem ludzie dorastający poza rodziną stracili to narzędzie. Dziś rodzice nie mają czasu zajmować się dziećmi, za to silnie wpływają na nie internet czy media społecznościowe. Wiedza z tych źródeł jest nieusystematyzowana, chaotyczna. Jesteśmy więc coraz bardziej zagubieni, osamotnieni. Dzieci, ale także ich rodzice. Ale nawet taka osłabiona rodzina może być wspólnotą, do której się odwołujemy.

 

Może dzieje się właśnie coś dobrego. Przyglądamy się nowemu zjawisku: młodzi znowu chcą mieszkać w domach wielopokoleniowych. Nie z powodów ekonomicznych, tylko emocjonalnych.

To by było ciekawe i wbrew trendom. Myślę, że to raczej efekt kryzysu nowoczesności. Teraz typowa jest mobilność – zmiana miejsca zamieszkania ze względu na pracę, naukę. A tradycyjna „rodzinność” zakłada osadzenie w jednym miejscu. Pamiętam, że kiedy przeprowadzałam się kolejny raz, stryjek podsumował: „Znowu? Trzy razy się przeprowadzić to jak raz się spalić!”. Takie mu się to wydawało straszne. Dla kolejnych generacji to norma. Ale skoro młodzi rzeczywiście zatęsknili za domami rodzinnymi, czy powrót do wielopokoleniowego modelu jest możliwy? Przysłuchując się im, mam wrażenie, że rzadko interesują się swoimi bliskimi, ich historią. Myślę, że święta są dobrą okazją, żeby opowiedzieć im o przodkach, pojechać razem na stare groby, pokazać fotografie. Może obudzi się w nich ciągota do poznania odpowiedzi na pytanie: skąd i kim jestem? Wiedza o pochodzeniu w tym pomaga. Zygmunt Bauman nazywał współczesnego człowieka nomadą. Ale wcześniej człowiek ten wiedział, dokąd pielgrzymuje. Teraz jest po trosze spacerowiczem, turystą, włóczęgą. Oportunistą, który idzie bez celu, trafia tam, gdzie zawieje wiatr. W przypadku młodych to bywa niezawinione, jeśli nie dostali podstaw, ukształtowani poza wspólnotą nie mieli szans się ukorzenić. Jeżeli możemy im w tym pomóc – działajmy.

Może jest mądrość życiowa w tym, że babcia czy ciocia nalegają, by młody człowiek pojawił się u niej na imieninach – zjadł szarlotkę, a przy okazji posłuchał trochę o „dawnych czasach”.

Tak. Warto na chwilę skupić się na tym, co możemy zrobić razem. U mnie w domu babcia dwa tygodnie przed świętami robiła kruche ciasteczka. Wszyscy pomagali. Rodzice wieźli surowe do piekarni, gdzie wynajmowali specjalny duży piec. Ja przygotowuję 150 uszek na Boże Narodzenie, a w tłusty czwartek smażę 100 pączków. I zapraszam młodszych członków rodziny, żeby ich nauczyć. Czasem pytają: chce ci się? Dla nich takie zachowanie bywa zaskoczeniem, nie do końca wiedzą, jak ważna jest tradycja dla osadzenia siebie w świecie – pomagam im to zrozumieć w praktyce. Łączmy się. Celebrujmy współobecność. To powrót do idei dobrego życia.

Jednak niektórzy upierają się, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”. Jest tendencja do tworzenia sobie „rodziny zastępczej”, nawet święta zaczęliśmy spędzać z przyjaciółmi. Tu przeniosła się nasza wspólnotowość?

W rodzinie, gdzie splatają się różne interesy, częściej zdarzają się spory, konflikty, niesnaski. Relacja między przyjaciółmi jest od tego wolna. Nie ma w niej obciążeń z przeszłości, pielęgnowania krzywd, potrzeby tłumaczenia się z wyborów życiowych, np. dlaczego nie mam dzieci, męża itp. Jest podobny system wartości, styl życia, wspólne zainteresowania – co w rodzinie nie zawsze się zdarza. Np. my z mężem – zresztą w późnym wieku – zaprzyjaźniliśmy się z filozofką ze Lwowa i jej rodziną. Połączyło nas duchowe podobieństwo, porozumienie bez słów. Takich relacji często nie ma się z rodziną. Dużo więc przemawia na korzyść wspólnoty bez więzów krwi. Arystoteles twierdził, że owszem, rodzina to podstawowa grupa społeczna, bez niej nie da się stworzyć sensownych relacji międzyludzkich, ale za najszlachetniejszy, najczystszy rodzaj więzi uważał przyjaźń. Epikur także za formę idealną uważał życie wśród przyjaciół. Abstrahując od poglądów filozofów, możliwe, że tworzenie „rodzin z wyboru” jest nową wersją zaspokajania naszej naturalnej potrzeby bliskości.

Poza wszystkim – przyjemniej spotkać się z przyjaciółką, która dużo o nas wie, i porozmawiać o ważnych, czasem trudnych sprawach niż z krewną, z którą mało nas łączy.

A rozmowa jest ważnym elementem spajającym wspólnoty. Cennym, bo zanikającym – coraz częściej przekazujemy sobie tylko niezbędne informacje, nie dyskutujemy, nie wkładamy wysiłku w wymianę zdań. Zanik umiejętności konwersacji przyczynia się do zubożenia kulturowego. Ciekawa jestem, czy dzisiaj ludzie spotykający się przy posiłku umieliby toczyć takie dyskusje, jakie Thomas Mann opisał w Czarodziejskiej górze: o sensie życia, złożonej polityce? Kontakt za pośrednictwem komunikatorów internetowych to nie to samo. Mam przyjaciółkę, która przeprowadziła się do Kanady. Rozmawiamy online, ostatnio powiedziała: jak bardzo chciałabym cię dotknąć, pójść z tobą na kawę…

„Każdy normalny człowiek potrzebuje kogoś. Potrzebujemy być blisko. Skóra potrzebuje skóry” – to słowa Jakuba Żulczyka z powieści Ślepnąc od świateł. Czy uprawniona jest konkluzja: siłę daje każda serdeczna, życzliwa i rozumiejąca cię wspólnota?

Tak. Rodzina, nawet ta niedoskonała, albo przyjaciele, którzy przychodzą do naszego życia i trwają z nami w „nieformalnej rodzinie”. Jeszcze jedno – wspólnota dająca siłę to także partner, który może być przyjacielem. O takie relacje trzeba dbać, warto je pielęgnować. Doświadczenie pandemii, bliskość wojny sprawiły, że doceniliśmy wartość bycia z ludźmi, którzy nas rozumieją, życzą dobrze. Przekonujemy się wreszcie, że warto poświęcić wyjazd na kolejną konferencję czy warsztaty, by spotkać się i razem uczcić np. rocznicę ślubu. Porozmawiać, wzajemnie dać sobie bliskość. Docenić innych i być docenionym.

 

Dr hab. Mariola Kuszyk–Bytniewska - profesor w Katedrze Estetyki i Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii UMCS. Bada, jak przemiany społeczne wpływają na zmianę naszego modelu życia, systemu wartości. Ceni siłę tradycji.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 12/2025