Relacje

3 powody, dla których osądzanie innych nam szkodzi. Ekspertka mówi, jak lepiej żyć bez oceniania

3 powody, dla których osądzanie innych nam szkodzi. Ekspertka mówi, jak lepiej żyć bez oceniania
Fot. Getty Images

Świat byłby lepszy, gdybyśmy przestali osądzać się nawzajem. Ale czy można nie krytykować, gdy ktoś postępuje niewłaściwie? Wychować dzieci, nie mówiąc, co dobre, a co złe? Prowadzić firmę bez oceny pracowników? O tym, czy życie bez oceniania jest możliwe, rozmawiamy z psycholożką i neurotrenerką Justyną Żejmo.

Pani: Mówi się, że w świecie internetu i mediów społecznościowych osądzanie i krytykowanie przychodzi nam łatwiej niż kiedyś. Ale chyba nie było epoki, w której nie ocenialibyśmy i nie podlegali ocenie otoczenia?

Justyna Żejmo: Nie było, bo ocenianie to nasz mechanizm ewolucyjny. Jest w psychologii takie znane powiedzenie, że mózg nie służy do myślenia, tylko do ochrony życia i zdrowia. Bardzo prawdziwe, bo umysł nieustannie skanuje otoczenie, oceniając: czy to mi nie zagraża? Czy to jest przydatne do przetrwania? Ale w obecnych czasach, pod wpływem obfitości informacji, obrazów, wzorców, wartości, ta ewolucyjna skłonność zamienia się w skomplikowany mechanizm oceny opartej na porównaniach. Czy to jest zgodne z tym, co myślę? Czy to odpowiada moim przekonaniom? Czy to mi pasuje? Czy to mi się podoba? Tak teraz pytamy, ponieważ zmieniły się warunki, a nasz plastyczny mózg się do nich dostosował. Staliśmy się „oceniaczami” wszystkiego.

To źle?

Są umiejętności, które służą naszemu zdrowiu znacznie lepiej niż ocenianie wszystkich i wszystkiego. Powiem więcej, mielibyśmy życie i relacje znacznie lepszej jakości, gdybyśmy z tych ocen zrezygnowali, zamienili je na dbanie o swoje potrzeby.

Ocenianie innych pozbawia nas sprawczości

Czy można wyłączyć ewolucyjny mechanizm i przestać oceniać?

Pierwotna ocena stopnia zagrożenia pozostanie w nas na zawsze, ale reszta jest nawykiem. Nauczyliśmy się jej. Nasiąkliśmy nią w środowisku, w którym się wychowaliśmy, nauczyli nas tego rodzice, dziadkowie, opiekunowie, rówieśnicy. Nasz mózg chłonął ten oceniający styl bycia jak gąbka i zaczął traktować jak normę. Jak automatyczny mechanizm, schemat reakcji - w pewien sposób przydatny, bo ułatwiający reakcję, żebyśmy nie musieli się nad nią długo zastanawiać. Ale to jest nawyk niekorzystny, bo ocenianie pozbawia nas sprawczości. „Brak ci empatii, jesteś leniwy, ciągle tylko myślisz o sobie”, mówię do partnera i wchodzę w sytuację oczekiwania. Wydaje mi się, że coś zrobiłam, bo oceniłam, i teraz czekam, że on zmieni swoje zachowanie albo będzie postępował tak, jak ja sobie tego życzę. To nastąpi albo nie nastąpi, ale to nie zależy ode mnie. Odebrałam sobie sprawczość. Można przeżyć życie, oceniając, krytykując i nie robiąc nic więcej. Tylko nie będzie to życie szczęśliwe.

Ale z drugiej strony ocenianie to także docenianie. Jak wychować dziecko, nie oceniając, co jest dobre, a co niewłaściwe?

Są systemy edukacji bez ocen, dobrze funkcjonują w innych krajach. Skany mózgów pokazują, że dzieci kształcone bez oceniania zupełnie inaczej się rozwijają, badania pokazują, że mają niższy poziom stanów depresyjnych, zdrowsze poczucie własnej wartości, oparte nie na porównywaniu się z innymi, lecz na zrozumieniu, że każdy jest inny, każdy ma swoje mocne strony.

Mam na myśli ten wymiar oceniania, kiedy mama mówi do dziecka: „To, co zrobiłeś, sprawiło koledze przykrość. Jeśli będziesz tak postępować, nie będziesz lubiany”. Nie ma wychowania bez takich rozmów.

Ale to, o czym pani mówi, to nie jest ocenianie, tylko uczenie dziecka myślenia krytycznego. „Przyjrzyj się temu, co robisz, zauważ skutki i przyszłe konsekwencje, zrozum, dlaczego ludzie tego nie akceptują. Jeżeli zrobisz tak jeszcze raz, licz się z takim rezultatem, tak działa świat” - to jest myślenie krytyczne i ono uczy sprawczości. Dziecko słucha, próbuje wyciągnąć wnioski na swoją miarę, stopniowo. Natomiast ocena brzmiałaby: „Zachowałeś się źle. Serca nie masz? Co ty sobie myślałeś, głupku? Popełniłeś błąd, nie dajesz rady”.

Ocena nie tylko podcina skrzydła, ale wprowadza negatywną energię pomiędzy mnie a dziecko, pobudzającą do buntu. Zresztą niezależnie od tego, czy to jest dziecko, czy dorosły, kobieta czy mężczyzna, ktokolwiek słyszy negatywną ocenę, jego mózg otrzymuje informację: zostałeś zaatakowany, broń się albo uciekaj. Wchodzi w energię walki, obrony i nie relacja jest dla niego ważna, tylko racja. Znika współpraca i motywacja do zmiany.

Osądzanie nie pomaga w osiąganiu lepszych wyników

Krytyka nie motywuje? Mówimy często o konstruktywnej krytyce.

To oksymoron. Piszę o tym w mojej książce: krytyka to osądzanie, konstruktywność jest budowaniem, wspieraniem, rozwijaniem. Nie da się rozwijać przez osądzanie. To sformułowanie nie pochodzi w ogóle z psychologii ani z neuronauki, raczej z nauk ekonomicznych, zostało stworzone dla celów komunikacji w pracy, żeby informować pracowników, że nie osiągnęli wymaganych wyników.

Oczywiście jakiś menedżer mógłby mnie zapytać: „No to, pani mądralińska, co w zamian za konstruktywną krytykę pani proponuje?”. A ja bym odpowiedziała: „Rozmawianie o standardach, o faktach i o potrzebach”. Czyli o tym, czego potrzebujemy od ciebie w firmie, czego potrzebuję od ciebie ja jako menedżer, żeby nam się dobrze pracowało. O tym mówmy.

Zapytajmy również: „Czego ty potrzebujesz ode mnie, pracowniku? Może masz potrzebę większego szacunku, bezpieczeństwa, przewidywalności, może jasnego sprecyzowania zadań? Poszukajmy rozwiązania razem, żebyśmy mogli wspólnie realizować cel”. Z kolei jeśli pracownik naruszył obowiązujące w firmie zasady, mogę powiedzieć: „Słuchaj, zatrudniając się u nas, zgodziłeś się na nasze standardy. Potrzebuję od ciebie, żebyś był z nimi w zgodzie. Czy to jest możliwe? Czego potrzebujesz, żeby ich przestrzegać?”.

Natomiast wielu menedżerów stosuje taką wyliczankę: „tutaj jest OK, a tutaj nie jest OK”. Robimy to także jako rodzice: to zrobiłeś dobrze, a to źle. To w najlepszym razie budzi motywację krótkoterminową, a najczęściej nie budzi jej wcale, bo wywołuje napięcie i podejrzenie, że zostaliśmy pochwaleni tylko formalnie, a tak naprawdę osądzają nas negatywnie. Współpracujemy z zaciśniętymi zębami.

Krytykowanie zamiast motywować, wywołuje bunt

Czyli zamiast oceniania proponuje pani pytanie o potrzeby?

Tak, bo wtedy zamieniam oczekiwanie, że ktoś się zmieni, w zrozumienie, czego ja albo ktoś inny potrzebuje w danej sytuacji. Załóżmy, że jestem na rodzinnym spotkaniu i bardzo mi się nie podoba zachowanie cioci, która zaczyna mnie krytykować. Mogłabym oczywiście wygłosić opinię, że nie ma prawa mnie osądzać i żeby lepiej przyjrzała się sobie. Ale mogę skupić się na własnej potrzebie akceptacji i odpowiedzieć: „Rozumiem, że postępowałabyś inaczej niż ja, ale pozwól, że będę żyła zgodnie ze sobą. Potrzebuję twojego zrozumienia, ciociu”. To nadaje mi sprawczość. Myślę o tym, co mogę zrobić, żeby zadbać o swoją potrzebę bez zmiany świata. Przestaję się wściekać na coś, na co nie mam wpływu, stresować się, że nie jest tak, jak bym chciała.

Podobnie jako mama mogę wygłosić do dziecka parę uwag o lenistwie i traceniu czasu na bzdury, tylko że zamiast motywacji wzbudzę w nim bunt. Mózg uczy się i zmienia, kiedy widzi korzyści; skuteczniejsze od krytykowania będzie wiec powiedzieć: „Jestem zmęczona i bardzo bym potrzebowała, żebyś mi pomógł ogarnąć kuchnię. Potem możemy zrobić coś, na co masz ochotę. Może obejrzymy razem serial?”. Jestem sprawcza, gdy pokazuję korzyści ze zmiany zachowania, zamiast ganić i karać. Neuronauka udowadnia, że nasze mózgi są stworzone do współpracy. Jesteśmy ssakami stadnymi, chcemy się dogadywać, nie chcemy być odrzucani. W relacjach wspomagają nas hormony, wytwarza się oksytocyna i to się dzieje nie przez uwagi krytyczne, tylko przez zauważanie siebie nawzajem, wspólne znajdowanie rozwiązań i życzliwość.

Żeby rozstać się z niekorzystnym nawykiem, potrzebujemy co najmniej kilku tygodni. To niełatwe, powstrzymać się od ocen w bliskim związku na co dzień, przez tyle czasu.

Niełatwe, bo mamy wobec siebie w relacjach dużo oczekiwań i działamy automatycznie: nie pasujesz do moich oczekiwań, więc wygłaszam krytyczną uwagę i czekam, aż się zmienisz. Myślę, że warto zacząć od uświadomienia sobie, że nie jest moją rolą zmieniać drugiego człowieka. Moją rolą jest powiedzieć, czego ja potrzebuję, żeby być szczęśliwa w relacji, i sprawdzić, czego potrzebuje partner.

Pamiętam klientkę, która z oburzeniem opowiadała mi, jak bardzo zmienił się jej mąż. Już jej nie docenia, nic nie robi, tylko siedzi przed komputerem i gra. I nic się nie zmienia, a ona mu już tyle razy mówiła, że to nie jest OK, że to ją drażni. No dobrze, tylko z jakiego powodu on siedzi w grach? Jaka emocja w związku z tą sytuacją jest w tobie, a jaka w nim?

Z neuronaukowego punktu widzenia każda emocja jest informacją zwrotną. Radość, euforia, lęk, agresja pokazują nam, czy potrzeby człowieka są zaspokojone, czy nie. Jeżeli po drugiej stronie widzimy podenerwowanie, niepokój, wycofywanie się, to dostajemy informację, że jakaś wartość, jakaś ważna potrzeba partnera jest zagrożona. Czując to, jego mózg podpowiada mu zachowanie, którego zapewne nauczył się lub zaobserwował w dzieciństwie, w rodzinnym domu. Siada i gapi się w ekran. Nie zdziwaczał ani nie upadł na głowę, tylko tak, jak potrafi, radzi sobie z niezaspokojonymi potrzebami w relacji albo w życiu.

Moja klientka nie wiedziała, co czuje jej mąż. Uważała, że dobrze go zna, już kiedyś ustalili, jaki chcą mieć związek, na czym im zależy, a teraz on łamie zasady. Ale potrzeby się zmieniają. Jeśli partner dziś jest podminowany lub zrezygnowany, a pół roku temu nie był, to znaczy, że coś się wydarzyło. I trzeba o to zapytać, porozmawiać, a nie oceniać. Jeżeli nie apdejtujemy wartości w naszym związku, nie sprawdzamy, czy partner myśli dziś tak samo jak rok temu, przestajemy się rozumieć. Zaczynamy uważać, że mu odbiło, że ona zwariowała. Znowu oceniamy, bo zapomnieliśmy o potrzebach.

 

Niektórzy tłumaczą swoje oceny mówieniem prawdy prosto w oczy. Już taka jestem szczera.

Prawda to są fakty, a nie oceny. Nasze opinie zawsze zależą od tego, ile wiemy. To tak jak w historii, którą opowiadałam: ona widzi partnera, który gapi się w komputer, i wygłasza swoją „prawdę”, ale nie widzi stresu w jego pracy, czasem nie wie o traumie, którą przeżył. Te nasze „prawdy” są przefiltrowane przez osobiste historie, doświadczenia, także przez nasze możliwości mentalne, emocjonalne. To jest tylko pewna perspektywa.

Ja bym namawiała, żeby zamiast oceniania być zwyczajnie życzliwym. Bardzo lubię wskazówkę prof. De Barbaro, który powiedział, że warto być życzliwie zaciekawionym drugim człowiekiem, właśnie tym, który postępuje inaczej niż ty, niezgodnie z tobą. Bo on ma innych rodziców niż ty, innych dziadków, inną historię i może cię zainspirować. Popatrz na tę osobę jak na swojego mistrza, którego spotykasz w drodze, żeby pokazał ci obszar, którego nie znasz, coś, czego nie masz albo nie rozumiesz.

Aż mistrza?

Pamiętam z terapii pacjentkę, która w wielkich emocjach opowiadała o widzianej na ulicy osobie – o jej nadwadze i zbyt krótkiej spódnicy. „Okropność, jak ona się nie wstydzi!?”. Słucham, coraz szerzej otwieram oczy: „Mnie zastanawia, dlaczego tak się nią przejmujesz, czemu akurat tak cię poruszyła? Co ona ci pokazała, że cię to tak zirytowało?”.

Może odwagę.

Nieprzejmowanie się opiniami innych. Pewność siebie. To, czego być może akurat dzisiaj w sobie nie mamy, czego nam brakuje w różnych obszarach życia. Osoby, które denerwują nas najbardziej, to te, które pokazują nam coś, co byśmy chciały mieć. W tym sensie są naszymi mistrzami, uzmysławiają nam coś ważnego, czym powinnyśmy się w sobie zaopiekować.

Jeżeli nie mam autorefleksji, to na poziomie nieświadomym będę automatycznie działać obronnie, czyli robić to, czego mnie nauczono przez lata: krytykować innego, bo tak robiła moja mama, babcia i koleżanki. Jeśli chcemy przestać oceniać, musimy się nauczyć zatrzymywać na progu oceny, wyłapać, zauważyć to. Wtedy mój mózg uczy się innego zachowania, tworzy inny wzór reakcji. Ma alternatywę.

Czasem osądzamy w głowie i nie wypowiadamy na głos. To lepiej?

Na pewno lepiej, bo nie krzywdzę nikogo moim osądem. Nasz mózg zawsze będzie oceniał, ale zatrzymanie się, zauważanie myśli, zastanawianie się nad nimi to jest właśnie autorefleksja i praca nad sobą, która zmienia nasze postępowanie. A jeśli wiemy, że świat jest lustrem, że to, co nas irytuje, może być czymś ważnym do odkrycia, autorefleksja będzie nas wzbogacać.

To oczywiście jest proces. Czasem wyrwie się jakaś ocena, ale zauważę to po czasie: znowu osądziłam. Ale spytam siebie: co ta osoba mi pokazuje o mnie? Co to jest za mistrz, czym powinnam się zaopiekować w sobie? Kiedy tak myślimy, wycisza się emocjonalna część mózgu, do gry wchodzi kora przedczołowa. Ta najnowsza część naszego mózgu jest właśnie od tego, żeby między bodźcem a reakcją mieć pauzę na zastanowienie się. Żebyśmy nie reagowali instynktownie jak inne ssaki, byśmy potrafili zatrzymać się między bodźcem a reakcją. Wdech, wydech i uruchamiamy główną funkcję kory, czyli hamowanie zachowania pod wpływem emocji.

Mamy naprawdę wspaniały umysł, żal z tego nie korzystać. Powiem trochę górnolotnie, że właśnie w tych osobach, które mają moment autorefleksji, troszkę zastanowienia się, chęci do ćwiczeń, jest nadzieja, że będą uczyć tego swoje dzieci, że będą o tym mówić bliskim. Nawet jeśli tylko jedna osoba na sto zainspiruje się takim podejściem, to już coś, już tworzymy świat wyłamujący się z powszechnego oceniania, krytyki, internetowego hejtu.  

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2026