Relacje

Mankeeping, czyli wyręczanie partnera, okiem terapeutki. Gdzie my, kobiety, popełniamy błąd?

Mankeeping, czyli wyręczanie partnera, okiem terapeutki. Gdzie my, kobiety, popełniamy błąd?
Frank Sinatra i Shelley Winters / Meet Danny Wilson
Fot. GettyImages

Mankeeping to zjawisko, które opisuje niewidzialną pracę emocjonalną, ale też często fizyczną, którą kobiety wykonują w relacji z mężczyznami. Bycie „całodobowym wsparciem” dla ukochanej osoby zabiera wspierającej radość i energię, czasem nawet chęć do życia. Jak być pełnoprawną partnerką, a nie opiekunką? – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń

– Mankeeping zaczyna się od miłości, troski, kompetencji. „Ja zrobię to szybciej”, „Jemu jest ciężko”, „Ktoś musi to ogarnąć”. Problem zaczyna się, gdy wyręczanie partnera przestaje być naszym wyborem, a staje się przymusem. Gdy nie pomagamy, bo chcemy, tylko boimy się powiedzieć: stop – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.

Jak to wygląda na przykładzie moich pacjentek?


Przypadek Magdy
Magda o swoim partnerze mówi ciepło: „Dobry człowiek. Tyle że „nie ma głowy do ludzi”. Gdyby ona przestała pamiętać o urodzinach jego mamy, o tym, by oddzwonił do kumpla, że wypada się odezwać, warto podtrzymać relacje, jego świat społeczny zapadłby się bardzo szybko. Magda jednak nie nazywa tego kontrolą, lecz troską. Gdy na terapii pada pytanie: „Co by się stało, gdybyś na miesiąc przestała ogarniać jego sprawy?”, odkrywamy sedno relacji. W jej opowieści nie pojawia się obraz dorosłego mężczyzny, który bierze odpowiedzialność, lecz samotności, zamknięcia, rozpadu. A po nim? Poczucie winy, że „zrobiła mu krzywdę”, że go zostawiła, że jest zimna.

Proszę, by zadała sobie pytanie: „Czy robię to, bo naprawdę tego chcę? Mogę przestać bez katastrofy w środku? A może robię to dlatego, że moje wnętrze nie daje mi prawa odpuścić?”. Jeżeli widzimy koszt naszej pracy, pojawia się myśl: „Chcę sprawdzić, czy on potrafi wziąć swoją część”. To nie jest kara. To próba przywrócenia równowagi.

Przypadek Eweliny
Ewelina nie ogarnia „spraw” – ona ogarnia emocje. Nie swoje, oczywiście. Jej partner nie ma do kogo pójść ze swoimi problemami, nie rozmawia z kolegami o trudnych rzeczach, z rodziną też nie, w pracy udaje twardziela. Cały ciężar jego emocji spada na nią. Tylko że to przestaje być już wsparciem, a zaczyna przypominać system, w którym ona nieustannie nad nim pracuje. Musi dobrać ton, słowa i moment, bo inaczej on się obrazi albo zniknie. Ewelina czuje się tak, jakby trzymała w ręku pilota: tym przyciskiem go uspokoję, ale tego lepiej nie dotykać, bo dojdzie do wybuchu. Z czasem zaczyna mieć problemy z własnymi emocjami, przestaje nad nimi panować, bo przecież priorytetem jest spokój jej partnera.

Zadaję Ewelinie pytanie: „Czy masz w tej relacji prawo być słaba, rozbita, wściekła – i czy nadal jesteś kochana? Jest w niej miejsce na twoje trudne emocje, za które nie zostaniesz ukarana?”. Nie chcę jej zawstydzić – tylko sprawdzić, czy w tej relacji jest wzajemność. Bo wspieranie partnera nie polega na byciu jego terapeutką.

Przypadek Anety
„Ja po prostu jestem skuteczna” – mówi z dumą Aneta. Ogarnia dom, dzieci, logistykę. Partner przy niej wypada jak chłopiec. Ona poprawia, instruuje, dopina. W jej głowie to troska i odpowiedzialność. W jego – krytyka i kontrola. On robi się bierny, ona przejmuje jeszcze więcej obowiązków. W końcu wybucha: „Wszystko jest na mojej głowie!”.

W terapii nie chodzi o to, by powiedzieć Anecie: „Nie chcesz tyle robić? To przestań!”, lecz zapytać: „Co się w tobie dzieje, gdy nie masz kontroli?”. Bo pod kontrolą bywa wstyd, lęk, brak bezpieczeństwa. Czasem jest to strategia przetrwania, która kiedyś ratowała z opresji, a dzisiaj nas wyniszcza. Aby określić jej poziom zaufania do partnera i zgodę na jego niedoskonałość, pytam moją pacjentkę: „Czy potrafisz oddać mu odpowiedzialność i wytrzymać, że coś będzie zrobione inaczej, wolniej, mniej idealnie – ale za to wspólnie?”.

Przypadek Karoliny
„On jest miły… tylko ja znikam” – mówi o partnerze Karolina. Nie zdradza, nie pije, nie krzyczy, jest kulturalny. I dlatego moja pacjentka długo nie widzi, że brakuje czegoś fundamentalnego: inicjowania bliskości, rozmów o trudnych sprawach, budowania „my”, dbania o relację. Karolina robi za dwoje i jeszcze go chroni. Odpowiada za niego, tłumaczy go, amortyzuje świat. Aż w pewnym momencie dociera do niej: „Gdyby nie ja, on by sobie nie poradził”.

Karolina wypowiada te słowa ze wstydem – „bo brzmią, jakby się wywyższała”. Pytam ją: „Czy nie pomyliłaś miłości z ratunkiem? Czy nie jesteś w tej relacji tylko po to, by czuć się potrzebną?”. To potrafi nam dawać poczucie stabilizacji. Tylko że często zdobywa się ją kosztem siebie. Kluczowe pytanie nie brzmi więc: „Czy go kocham?” tylko: „Czy ja w tej relacji istnieję? Czy powinnam w niej być?”.

Przypadek Wioletty
Wioletta dorastała w domu, gdzie miłość oznaczała domyślanie się, opiekę, nieobciążanie innych. Jej partner dorastał w świecie, gdzie emocje były słabością, a męskie relacje miały być „bez gadania”. Spotkali się i zaskoczyło, bo ich style życia idealnie się dopełniły. Ona daje plan, ciepło, społeczny klej i regulację. On – spokój i brak dramatu. Przez długi czas wydawali się idealną, zgraną parą. Któregoś dnia ciało Wioletty zaczęło protestować.

Kiedy Wioletta zaczęła się dusić w tej relacji, dotarło do niej coś bardzo ważnego: brak konfliktu nie zawsze znaczy bliskość. Czasem znaczy tylko, że nikt nie dotyka prawdy. W terapii ten moment bywa przełomowy, bo pojawia się możliwość renegocjacji kontraktu: z „kocham, więc sama noszę nasz bagaż” na „kocham, więc dzielimy odpowiedzialność”.

Czy mamy z tym problem? Sprawdźmy!

Wystarczy mała próba: w jednym miejscu odpuśćmy „ogarnianie” wszystkich spraw za bliską nam osobę i skupmy się na tym, co my czujemy.

  • Jeśli pojawi się ulga — to ważny sygnał, że nasze granice zostały przekroczone i nie chcemy dłużej funkcjonować w takim układzie.
  • Jeśli pojawi się fala winy, lęku lub odruch ratowania — to jest ważna informacja, że w środku może działać stary program „muszę, bo inaczej…”.

Jak się z tym problemem uporać? Wskazówki terapeutki

 

  1. Zanim zaczniemy działać, odpowiedzmy sobie na pytania:
    • Co się we mnie dzieje, gdy nie ogarniam?
    • Czy czuję lęk? Wstyd? Poczucie winy?
    • Czy mam przekonanie, że „beze mnie się rozpadnie”?
    Manskeeping często jest regulacją własnego napięcia. Gdy kontrolujemy, czujemy się potrzebni. Gdy ogarniamy – bezpieczni. To może być strategia przetrwania relacyjnego.
  2. Oddzielmy pomoc od odpowiedzialności
    Pomoc oznacza: „mogę, ale nie muszę”. Odpowiedzialność: „jeśli nie zrobię, będzie dla mnie obciążeniem”. Obiecajmy sobie, że nie przejmiemy odpowiedzialności, jeśli nas wprost nikt nie poprosi.
  3. Zmieniajmy zachowanie, nie narrację o sobie
    Zamiast mówić: „już nie będę tego robić”, zmieńmy mikro-zachowania:
    • Nie przypominajmy o jego spotkaniu
    • Nie piszmy do jego mamy
    • Nie próbujmy łagodzić jego konfliktów
    • Nie róbmy za tłumacza jego emocji
  4. Porozmawiajmy z partnerem – dojrzale i spokojnie
    Jak przeprowadzić rozmowę kulturalnie? „Zauważyłam, że często przejmuję różne sprawy za ciebie. Chcę spróbować trochę się z tego wycofać, bo potrzebuję więcej przestrzeni dla siebie. To nie jest przeciwko tobie, to dla mnie. Rozumiesz, prawda?” Ważne, aby było bez oskarżeń w stylu „bo ty nigdy…”. Mówmy o sobie. Dojrzały partner to przyjmie. Niedojrzały może się zdziwić.
  5. Przygotujmy się na reakcję zwrotną
    Gdy przestaniemy ogarniać, druga osoba może poczuć: złość, lęk, próbować wzbudzić w nas poczucie winy i „nie wiedzieć, jak żyć”. To nie znaczy, że robimy coś złego.
  6. Zerwijmy z poczuciem winy
    Gdy przestajemy pomagać, może pojawić się w nas napięcie. Powiedzmy sobie wtedy: „Nie krzywdzę. Oddaję odpowiedzialność. To jest zdrowe”. Poczucie winy czasem jest sygnałem, że wychodzimy z bezpiecznej roli.
  7. Zadajmy sobie kluczowe pytanie: „Gdybym przestała ogarniać jego życie, kim bym była?” 
    Mankeeping często staje się tożsamością: „Ja jestem tą ogarniającą”,  "silną” i „odpowiedzialną”. A wyjście z tego schematu, nie polega tylko na zmianie zachowania, ale naszego obrazu, poczucia własnej wartości.

Zdrowa bliskość wytrzymuje granice

Miłość nie powinna zależeć od tego, ile uniesiemy na swoich barkach, wyręczając drugą osobę. Jeśli widzimy, że bez naszego dźwigania relacja się rozpada, może to być dla nas sygnał, że nie dotykamy miłości, tylko tkwimy w układzie, w którym jesteśmy potrzebne, mimo że czujemy się niewidzialne. I właśnie od tego miejsca zaczyna się zmiana – powrót do siebie, bez poczucia winy.