Mankeeping to zjawisko, które opisuje niewidzialną pracę emocjonalną, ale też często fizyczną, którą kobiety wykonują w relacji z mężczyznami. Bycie „całodobowym wsparciem” dla ukochanej osoby zabiera wspierającej radość i energię, czasem nawet chęć do życia. Jak być pełnoprawną partnerką, a nie opiekunką? – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń
– Mankeeping zaczyna się od miłości, troski, kompetencji. „Ja zrobię to szybciej”, „Jemu jest ciężko”, „Ktoś musi to ogarnąć”. Problem zaczyna się, gdy wyręczanie partnera przestaje być naszym wyborem, a staje się przymusem. Gdy nie pomagamy, bo chcemy, tylko boimy się powiedzieć: stop – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.
Przypadek Magdy
Magda o swoim partnerze mówi ciepło: „Dobry człowiek. Tyle że „nie ma głowy do ludzi”. Gdyby ona przestała pamiętać o urodzinach jego mamy, o tym, by oddzwonił do kumpla, że wypada się odezwać, warto podtrzymać relacje, jego świat społeczny zapadłby się bardzo szybko. Magda jednak nie nazywa tego kontrolą, lecz troską. Gdy na terapii pada pytanie: „Co by się stało, gdybyś na miesiąc przestała ogarniać jego sprawy?”, odkrywamy sedno relacji. W jej opowieści nie pojawia się obraz dorosłego mężczyzny, który bierze odpowiedzialność, lecz samotności, zamknięcia, rozpadu. A po nim? Poczucie winy, że „zrobiła mu krzywdę”, że go zostawiła, że jest zimna.
Proszę, by zadała sobie pytanie: „Czy robię to, bo naprawdę tego chcę? Mogę przestać bez katastrofy w środku? A może robię to dlatego, że moje wnętrze nie daje mi prawa odpuścić?”. Jeżeli widzimy koszt naszej pracy, pojawia się myśl: „Chcę sprawdzić, czy on potrafi wziąć swoją część”. To nie jest kara. To próba przywrócenia równowagi.
Przypadek Eweliny
Ewelina nie ogarnia „spraw” – ona ogarnia emocje. Nie swoje, oczywiście. Jej partner nie ma do kogo pójść ze swoimi problemami, nie rozmawia z kolegami o trudnych rzeczach, z rodziną też nie, w pracy udaje twardziela. Cały ciężar jego emocji spada na nią. Tylko że to przestaje być już wsparciem, a zaczyna przypominać system, w którym ona nieustannie nad nim pracuje. Musi dobrać ton, słowa i moment, bo inaczej on się obrazi albo zniknie. Ewelina czuje się tak, jakby trzymała w ręku pilota: tym przyciskiem go uspokoję, ale tego lepiej nie dotykać, bo dojdzie do wybuchu. Z czasem zaczyna mieć problemy z własnymi emocjami, przestaje nad nimi panować, bo przecież priorytetem jest spokój jej partnera.
Zadaję Ewelinie pytanie: „Czy masz w tej relacji prawo być słaba, rozbita, wściekła – i czy nadal jesteś kochana? Jest w niej miejsce na twoje trudne emocje, za które nie zostaniesz ukarana?”. Nie chcę jej zawstydzić – tylko sprawdzić, czy w tej relacji jest wzajemność. Bo wspieranie partnera nie polega na byciu jego terapeutką.
Przypadek Anety
„Ja po prostu jestem skuteczna” – mówi z dumą Aneta. Ogarnia dom, dzieci, logistykę. Partner przy niej wypada jak chłopiec. Ona poprawia, instruuje, dopina. W jej głowie to troska i odpowiedzialność. W jego – krytyka i kontrola. On robi się bierny, ona przejmuje jeszcze więcej obowiązków. W końcu wybucha: „Wszystko jest na mojej głowie!”.
W terapii nie chodzi o to, by powiedzieć Anecie: „Nie chcesz tyle robić? To przestań!”, lecz zapytać: „Co się w tobie dzieje, gdy nie masz kontroli?”. Bo pod kontrolą bywa wstyd, lęk, brak bezpieczeństwa. Czasem jest to strategia przetrwania, która kiedyś ratowała z opresji, a dzisiaj nas wyniszcza. Aby określić jej poziom zaufania do partnera i zgodę na jego niedoskonałość, pytam moją pacjentkę: „Czy potrafisz oddać mu odpowiedzialność i wytrzymać, że coś będzie zrobione inaczej, wolniej, mniej idealnie – ale za to wspólnie?”.
Przypadek Karoliny
„On jest miły… tylko ja znikam” – mówi o partnerze Karolina. Nie zdradza, nie pije, nie krzyczy, jest kulturalny. I dlatego moja pacjentka długo nie widzi, że brakuje czegoś fundamentalnego: inicjowania bliskości, rozmów o trudnych sprawach, budowania „my”, dbania o relację. Karolina robi za dwoje i jeszcze go chroni. Odpowiada za niego, tłumaczy go, amortyzuje świat. Aż w pewnym momencie dociera do niej: „Gdyby nie ja, on by sobie nie poradził”.
Karolina wypowiada te słowa ze wstydem – „bo brzmią, jakby się wywyższała”. Pytam ją: „Czy nie pomyliłaś miłości z ratunkiem? Czy nie jesteś w tej relacji tylko po to, by czuć się potrzebną?”. To potrafi nam dawać poczucie stabilizacji. Tylko że często zdobywa się ją kosztem siebie. Kluczowe pytanie nie brzmi więc: „Czy go kocham?” tylko: „Czy ja w tej relacji istnieję? Czy powinnam w niej być?”.
Przypadek Wioletty
Wioletta dorastała w domu, gdzie miłość oznaczała domyślanie się, opiekę, nieobciążanie innych. Jej partner dorastał w świecie, gdzie emocje były słabością, a męskie relacje miały być „bez gadania”. Spotkali się i zaskoczyło, bo ich style życia idealnie się dopełniły. Ona daje plan, ciepło, społeczny klej i regulację. On – spokój i brak dramatu. Przez długi czas wydawali się idealną, zgraną parą. Któregoś dnia ciało Wioletty zaczęło protestować.
Kiedy Wioletta zaczęła się dusić w tej relacji, dotarło do niej coś bardzo ważnego: brak konfliktu nie zawsze znaczy bliskość. Czasem znaczy tylko, że nikt nie dotyka prawdy. W terapii ten moment bywa przełomowy, bo pojawia się możliwość renegocjacji kontraktu: z „kocham, więc sama noszę nasz bagaż” na „kocham, więc dzielimy odpowiedzialność”.
Wystarczy mała próba: w jednym miejscu odpuśćmy „ogarnianie” wszystkich spraw za bliską nam osobę i skupmy się na tym, co my czujemy.
Miłość nie powinna zależeć od tego, ile uniesiemy na swoich barkach, wyręczając drugą osobę. Jeśli widzimy, że bez naszego dźwigania relacja się rozpada, może to być dla nas sygnał, że nie dotykamy miłości, tylko tkwimy w układzie, w którym jesteśmy potrzebne, mimo że czujemy się niewidzialne. I właśnie od tego miejsca zaczyna się zmiana – powrót do siebie, bez poczucia winy.