Wywiad

Izabela Kuna o przemijaniu: „Przeżywam trzecią młodość”

Izabela Kuna o przemijaniu: „Przeżywam trzecią młodość”
Fot. MARTA WOJTAL

Wojowniczka, która czasami się boi. Szczególnie upływającego czasu. Lubi pracować. Izabela Kuna rozkręca się na planie, w akcji. Wtedy czuje, że żyje, jest potrzebna. Nie dziwi więc, że gra, pisze… Jeszcze nie śpiewa, ale ostatnio rapowała i została gwiazdą TikToka. Wzrusza, porusza i rozśmiesza widzów od lat 10 do 100.

Pełna sprzeczności: silna i krucha, pewna siebie i neurotyczna. Długo mierzyła się z życiem. – Ciężko zapieprzałam, żeby utrzymać dom – mówi. Była pogodynką w Polsacie, prowadziła wywiady w Tele 5, czytała wiadomości w stacji Super One, zajmowała się PR-em we francuskiej firmie, pisała scenariusze do programów telewizyjnych i krótkich filmów. W teatrze grała role małe i mniejsze: Anioła w Pastorałce i Elfa w Śnie nocy letniej. – Załamywałam się wiele razy, ale szłam dalej. Wierzyłam w sens pracy, nawet gdy przestawałam wierzyć w siebie – przyznaje. 20 lat temu poznała Marka Modzelewskiego, lekarza i dramaturga, autora scenariuszy, m.in. do Teściów, Porządnego człowieka i wielu sztuk teatralnych. Z nim jest jej dobrze, bo różnią się pięknie.

Izabela Kuna: "Robię się sentymentalna na starość"

Twój STYL: Musiałam poczekać na spotkanie z tobą, aż wrócisz z Islandii. Co tam robiłaś?

Izabela Kuna: Przeżywałam trzecią młodość. Być może ostatnią. Miałam zdjęcia do serialu, a jednocześnie oddychałam. Nie spodziewałam się, że w tym zimnym miejscu będę tak szczęśliwa. Ja, City Girl, zostałam Nature Girl! Nie przepadam za śpiewem ptaków, spacerami po lesie, przyroda nastraja mnie nostalgicznie, żeby nie powiedzieć depresyjnie, aż tu nagle na Islandii zwariowałam. Zdarzało się, że szłam ulicą i płakałam ze szczęścia. Czułam się wolna. Na planie, pod okiem reżysera, mogłam sobie pozwolić na wszystko. Nikt mnie nie znał, nie bałam się, grałam po angielsku i zrobiłam to najlepiej, jak umiałam. Byłam sama, musiałam się sobą zaopiekować. W pokoju hotelowym nie włączyłam telewizora ani komputera, korzystałam tylko z telefonu. Marek twierdzi, że jestem uzależniona – od czegoś muszę. Spakowałam dwie książki: Nowe imię Jona Fosse’a, którego uwielbiam, bo jest mroczny jak Islandia, i Ogród rozpaczy ziemskich Beatriz Serrano. Tę drugą zaczęłam czytać dopiero dwa dni przed powrotem do Warszawy. Na Islandii jadłam śniadanie, jechałam do pracy, wracałam. I dużo myślałam, głównie o sobie.

I co wymyśliłaś na swój temat?

Że pierwszy raz w życiu nie zajmuję się wyglądem. A wiesz, jaki jest dla mnie ważny. Zabrałam tam walizkę drogich ubrań i większości nie wyjęłam. Chodziłam w jednej kurtce, czapce i szaliku, zmieniałam tylko dresy, za to modne. Było zimno i nie chciało mi się popisywać, nie czekałam na aplauz. Byłam z siebie zadowolona. Przewiało mnie dokumentnie, polubiłam spacery w deszczu. Brzmi jak literatura kominkowa, ale tak było. Gdybym miała kominek w hotelu, to bym przy nim siedziała. Robiłam zdjęcia natury. Wcześniej uważałam to za dziwactwo, podobnie jak fotografowanie architektury. Po diabła mi zdjęcia, na których nie ma bliskich albo... mnie? A tu, proszę, wysyłałam Markowi zorzę polarną, Diamentową Plażę, fioletowe niebo... Beze mnie! Trochę był zaniepokojony, ale nie wyprowadził się na razie. Czas płynie szybko, tam żyłam wolniej, spokojniej. Zachwyciłam się Islandią. Wróciłam i powiedziałam: „Marek, muszę kupić tam mieszkanie”. Był w szoku, chociaż nie traktuje wszystkiego, co mówię, poważnie. Ostudziły mnie horrendalne ceny. Islandia to był przewrót. Jakby ktoś mnie wrzucił na tryb „gotowanie i wirowanie” i nadal nie wyjął. Na terapii próbuję poukładać to, co się tam wydarzyło, nie chcę tego stracić. Robię się sentymentalna na starość.

 

Znajoma psychoterapeutka powiedziała mi, że „terapia ma nas naprawić i nowych oddać światu”. Można „naprawić” człowieka?

Nie. Miałam kilka terapii w życiu, teraz też jestem w terapii. Są różne, pytanie: czego się od nich oczekuje? Ja szukam spokoju i ulgi. Nie potrzebuję wnikliwego przeglądu sytuacji, które wydarzyły się w moim życiu, bo już je zrozumiałam. Mam kłopot z moimi prawdziwymi emocjami. Jako aktorka potrafię „wyprodukować” radość, smutek, strach, wstyd, wstręt. Umiem opowiadać o uczuciach, czuję świetnie cudze, gorzej z własnymi.

Izabela Kuna: "Wrażliwości młodej dziewczyny nie zagram"

260206_TwojStyl_0055
Izabela Kuna
MARTA WOJTAL

À propos emocji… Ostatnio porwały mnie dwie kobiece role: Jessie Buckley jako Agnes Shakespeare z filmu Hamnet i twoja Wanda z Teściów. Pozornie na antypodach, ale obie zagrane z trzewi, z żarem.

Dałam Wandzie swoje serce, wrażliwość, lęki i tęsknotę. Rozczula mnie nawet jej paskudny charakter. Jest mi bliska. Wiele osób utożsamia mnie z nią, mówią do mnie Wandzia. Kobiety zaczepiają mnie na ulicy albo piszą w internecie: „Jestem taka sama jak Wanda, tylko mój stary nie słucha się jak Tadeusz”. W tym tkwi siła sztuk Marka, który swoich bohaterów traktuje z czułością, nie wyśmiewa. Może dlatego, że ich nie wymyśla, tylko bierze z życia. W Stanach Teściowie mogliby dostać nominacje do Oscara, u nas takie filmy i role traktuje się gorzej, to „komercja, która nie opowiada o rzeczach ważnych”, tak uważa środowisko. Bzdura! Najtrudniej opowiedzieć o zwyczajnym człowieku. I dlatego widzowie to doceniają, co zawsze będzie dla mnie najważniejsze. W naszych bohaterach jest wrażliwość, cierpienie i prawda. Tacy jesteśmy. Po przylocie z Islandii poszłam na Hamneta. Płakałam na filmie, ale po wyjściu z kina płakałam też w jakimś sensie nad sobą. Jessie Buckley jest tam wspaniała. Przez lata chciałam zagrać taką rolę, po tym filmie odpuściłam.

Dlaczego?

Pomyślałam, że muszę robić to, co mogę, tak jak umiem. Nie porównywać się i nie żałować. Wanda to najlepsze, co mogło mnie spotkać. To moja prawda. W ostatniej scenie Hamneta widać, że kino i teatr jest rozrywką dla wszystkich. Bogaci siedzą w lożach, biedni stoją przy scenie. Balon pęka i zostaje prawda. A ta na scenie czy ekranie jest jedna – to opowieść o człowieku. Kiedy słyszę, że ktoś robi sztukę dla wyrafinowanego widza, czuję w tym pychę. Uwierz, najtrudniej zagrać zwykłego człowieka. Wanda dała mi poczucie wartości. Mam 55 lat i świadomość, że nie zagram już młodości. Dostaję scenariusze, w których bohaterka jest 10 lat młodsza, reżyser mówi: „Iza, ale ty dobrze wyglądasz”. To nie ma znaczenia. Wrażliwości młodej dziewczyny nie zagram. Próbuję się z tym pogodzić. Raz bywa lepiej, raz gorzej. Uczę się z tym żyć.

Uważam, że dobrze ci idzie. Twój duet z Vanessą Aleksander robi furorę na TikToku. Młodzi piszą: „Pani Izo, jest pani cudowna… Co za klasa!”. Nocowanka u Izy Kuny stała się viralem.

Spotkałyśmy się na planie filmu Zemsta, komedii o kobiecej solidarności i przyjaźni, i poszło! Z nikim nie miałam takiego przelotu jak z Vanessą, choć jest w wieku mojej córki. To dziewczyna o wielkiej wrażliwości, wielkim talencie i wdzięku. Ma w sobie dużo ciepła, jest dowcipna. Lubię, jak się ze mnie śmieje, zwłaszcza gdy czegoś nie rozumiem. Inspiruje mnie. W ogóle młodość mnie interesuje. Kiedy prowadziłam zajęcia na Akademii Teatralnej, pytałam studentów, jakiej muzyki słuchają, co czytają, co lubią, na co chodzą do kina. Mój syn ma 17 lat, córka 30, to różne pokolenia, ale zawsze fascynował mnie ich świat. Młodość mnie pociąga. Wiesz dlaczego? Bo młodość to życie. Miałam kiedyś chłopaka 15 lat młodszego, który mi imponował wiedzą. Popisywał się nią zwłaszcza w nocnych SMS-ach. Okazało się, że korzystał z internetu i sprawdzał wszystkie rzeczy na bieżąco. To było śmieszne. Ale jego muzyczne wybory mam na playliście do dziś.

Izabela Kuna: "Poprzeczki nie opuściłam"

Sama przez lata myślałaś o sobie ostro. Wciąż jesteś taka wymagająca, nadal przykręcasz śrubę?

Chciałabym powiedzieć, że trochę odpuściłam, ale... Wciąż dużo wymagam od siebie i innych. Poprzeczki nie opuściłam, ale już jej nie podnoszę, co uważam za postęp. Kilka lat temu na terapii powiedziałam, że jestem załamana, bo w pracy dałam z siebie tylko 60 procent możliwości. Terapeutka na to: „A może to było pani 100 procent?”. Pomyślałam, że ma rację, i jeszcze bardziej się załamałam. Niedawno zrobiłam badania na ADHD, to bardzo mi pomogło. Zaraz usłyszę, że teraz wszyscy mają ADHD. Być może, i co z tego? Diagnoza dała mi do ręki narzędzia, dzięki którym zyskałam większy spokój. Przestałam się obwiniać, że coś jest ze mną nie tak. Od dziecka mam gonitwę myśli. Wpadałam na jakiś pomysł, zapalałam się, a potem go porzucałam. Matka mówiła, że to słomiany zapał. Często się przewracałam. W podstawówce w każdym zeszycie miałam inny charakter pisma. Jakbym chciała od siebie uciec. Dziś zdarza się, że gdzieś idę, dzwoni telefon, odbieram, a gdy kończę rozmowę, nie pamiętam, dokąd szłam. Na spotkaniach potrafię się skoncentrować, ale wystarczy jedna zabłąkana myśl, a gubię wątek i czuję się przerażona. Po każdym spektaklu, zdjęciach jestem wykończona, dlatego ograniczam spotkania, unikam niepotrzebnych bodźców, bo potem nie śpię i nie mogę się skupić. Wolę siedzieć na kanapie i pić kawę z Markiem, a gdy go nie ma, siedzieć tam sama. Kiedyś wpadałam w panikę: „Matko boska, nie mogę tak nic nie robić. To starta czasu”. Diagnoza pozwoliła mi się częściowo uwolnić od poczucia winy.

Izabela Kuna: "Wiele rzeczy sprawia mi radość, przyjemnie mi ze sobą"

À propos Marka, czego teraz szukasz w jego spojrzeniu?

Niczego, bo... prawie się nie widujemy. Chciałabym zawsze podobać się Markowi, co oczywiście jest niemożliwe, bo jestem coraz starsza i nie ma szans, żebym podobała mu się do końca życia. Więc wystarczy, żeby mnie lubił i chciał ze mną być. Marek napisał, że Wanda z Tadeuszem są zrośnięci jak huba z drzewem. My też, ale nie wiemy, co się wydarzy. Widziałam w życiu różne rzeczy i wiem, że nie ma sensownej rady, jak się miło zestarzeć w związku. Trudno polegać na sobie, a co dopiero na drugim człowieku, dlatego opowiadam ci tylko o życzeniach. Pragnieniach. Poza tym od dawna przeglądam się we własnych oczach. Przekonałam się, że nie można zatrzymać czasu. Jestem coraz starsza i chyba się z tym nie uporam. Wciąż mi żal, że nie zrobię już takiego wrażenia na mężczyznach jak kiedyś. Gdy byłam młodsza, mogłam się podobać rówieśnikom, mężczyznom trochę starszym i dużo starszym. Teraz krąg się zawęził dramatycznie. A z drugiej strony, teraz mniej marudzę. Nie zapadam się w sobie tak często. Wiele rzeczy sprawia mi radość, przyjemnie mi ze sobą. Choć nadal bywam cyniczna i złośliwa.

Masz jakieś marzenia w szufladzie?

O matko, mnóstwo! Ale nie chowam ich do szuflady. Chciałabym grać za granicą. Wrócić na Islandię. Marzę o Szkocji. Chcę znowu pojechać do Nowego Jorku. Chciałabym wszędzie być i wszystko mieć. Ale nie mam tyle czasu.

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 04/2026