Pomysł na piosenkę przychodzi do niej przed snem. Chwyta telefon, żeby nagrać zarys melodii. Kiedyś radziła się innych, dziś sama umie ocenić, co dobre. W muzyce i w życiu. Natalia Szroeder, choć jest na estradzie od dziecka, dopiero przed trzydziestką zaczęła śpiewać… własnym głosem. Miło z nią być, bo ma dobrą energię i dużo sympatii do świata.
Liczba 132 miliony odsłuchań jej piosenek na Spotify brzmi abstrakcyjnie, ale serwis uściśla: utwory Natalii Szroeder odtwarzane są ponad 50 tysięcy razy każdego dnia. Pół miliona osób obserwuje ją na Instagramie. Wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów występuje na wielkich koncertach – Open’er, Męskie Granie. Do tego jest jurorką w polsatowskim Must Be the Music. Natalia, rocznik ’95, już w podstawówce ćwiczyła przyszłe autografy, wypracowany wtedy zawijas jest w użyciu do dziś. Pochodzi z małego Parchowa na Kaszubach, a niedawno jej wizerunek wyświetlono na billboardzie na Times Square. Czy może zakręcić się w głowie? Pewnie tak, ale ona ma mocną rodzinną bazę i poukładane priorytety. To pomaga się nie zatracić, chociaż swoje musiała przepracować. Długo była – jak określa – „people pleaserem”, chciała zadowolić wszystkich. Taka cecha wykańcza. Pogadamy o tym, ale na początek muszę wyjaśnić inną kwestię.
Twój STYL: Zapamiętałam cię z naszej gali Doskonałości Mody. Na takich imprezach ludzie oceniają, jak się ktoś ubrał. A ty powiedziałaś, że prowadzący używali ładnego języka i że kochasz polszczyznę.
Natalia Szroeder: Jestem wrażliwa na słowo. Gdy przeżywałam pierwsze zauroczenia i było pisanie liścików wrzucanych do szafek w szatni, zwracałam uwagę, czy chłopak poprawnie stawia przecinki. Wiem, różnie bywa: ktoś mógł mieć dysleksję i jeśli napisał ż zamiast rz, nie znaczyło, że jest durniem. Ale lubię słuchać tych, którzy do języka podchodzą z czułością. Pytają mnie, czemu nie piszę piosenek po angielsku. Używam angielskich wyrazów w mowie potocznej, to bywa przydatne. Ale uważam, że polszczyzna ma tyle pięknych słów, że szkoda z tego nie czerpać. Mam to z domu. Rodzice są wrażliwi na język i od zawsze zwracali nam na niego uwagę. Tata dwa lata temu obronił doktorat z literaturoznawstwa, jestem z niego dumna. Mama, nauczycielka, też mówi piękną polszczyzną. Czytali nam Brzechwę, Tuwima, Konopnicką. Jako dziecko startowałam w konkursach recytatorskich, co wspominam z ogromnym sentymentem. Lubiłam słowo i miałam bujną wyobraźnię, więc dużo pisałam. Teraz naturalnie znalazło to miejsce w mojej pracy.
Piszesz teksty piosenek. A Włodzimierz Korcz mawia, że aby to robić, trzeba najpierw sporo czytać.
Zgadzam się. Teraz jestem w procesie pisania. Trudny moment, bo zaczynając każdy projekt, mam wrażenie, że muszę się tej materii uczyć od nowa. Katorga, niemal stany depresyjne. (śmiech) Ale już się nauczyłam, że trzeba cierpliwości. Odblokowuję się, czytając teksty autorów, których cenię. Nie po to, by ściągać, tylko żeby się napawać. Gdy pisałam płytę REM, czytałam Sylwię Plath. Lubię też teksty rapowe, choć do rapu nie jest mi najbliżej. Ale kilku twórców uważam za poetów: Taco Hemingway, Łona, Oskar z Problemu czy Sokół. Zachwyca mnie lekkość ich pióra. Dużo tam wrażliwości, nawet jeśli jest okraszona wulgaryzmami. A z innego rejestru – na święta dostałam od rodziców grubaśny tom poezji Miłosza i też mnie bardzo cieszy. Ciekawie jest pobyć między Miłoszem a Łoną.
Jak piszesz? Siadasz do biurka czy czekasz na natchnienie?
Mój przyjaciel Archie, producent i współautor albumów Pogłos i REM, mawia, że najlepiej, gdy wena spotka cię przy pracy. Siadam do pisania, nawet jeśli czuję, że to nie ten dzień. Nigdy nie wiadomo, kiedy coś się odblokuje. Bywają piosenki, które spędzają mi sen z powiek miesiącami. Są też takie, które przychodzą w 10 minut. Każdy utwór ma swoją historię, nie ma jednej metody tworzenia i to jest piękne. Podobnie jest z melodiami. Mam wrażenie, że moja głowa najintensywniej myśli tuż przed snem, w ostatniej fazie przed odpłynięciem. Nie zawsze byłam pewna, czy warto podnosić się z łóżka i to nagrywać, zapisywać. Ale skoro organizm tak mnie prowokuje przed spaniem, coś w tym musi być.
Masz melodię i co potem? Grasz ją na czymś?
Najczęściej na pianinie, to intuicyjny, wdzięczny instrument do komponowania. Jestem raczej kiepską pianistką, ale to, co potrafię, wystarczy do zapisania pomysłu. Przeprowadziłam się niedawno do nowego miejsca w Warszawie, od razu moją uwagę przykuła wnęka w salonie. „Idealna na tradycyjne pianino, które sobie kiedyś kupię” – zwierzyłam się rodzicom. Minęły dwa tygodnie, podjeżdża busik dostawczy. Akurat czekałam na choinkę, byłam pewna, że zaraz się zabiorę do jej ubierania, a panowie… mieli na kurtkach napis „Transport pianin”. Rodzice zrobili mi prezent! Ogromna to była radość.
Gdy napiszesz piosenkę, skąd wiesz, że jest dobra? Sama decydujesz czy ktoś to ocenia?
Jestem na takim etapie życia, że mam do siebie zaufanie. To jedna z rzeczy, które przepracowałam i jestem z tego dumna. Przez lata byłam podatna na cudze opinie. Ktoś powiedział o mojej piosence, że jest zła i mam ją wyrzucić do kosza, to ja – z bólem serca – wyrzucałam. Chora faza. „Tu śpiewasz za nisko, tu za wysoko, tekst za mało chwytliwy, ten bridge niepotrzebny” (bridge – fragment piosenki stworzony dla przełamania przewidywalności między zwrotkami – red.). Trudno rozwinąć skrzydła, gdy wszyscy wiedzą lepiej. Słuchałam, ale rósł we mnie bunt.
Efekt zderzenia niedoświadczonej dziewczyny z mechanizmem show-biznesu?
Zaczynałam, będąc 16-letnim dzieckiem. Nie wiedziałam nic o tym świecie. Chciałam śpiewać, grać koncerty, nagrywać płyty i cieszyłam się, że ktoś mi dał szansę. Szłam ścieżką, którą dla mnie wybrano. Po kilku latach poczułam, że mamy inne cele. Podjęłam współpracę z inną ekipą i doznałam olśnienia. Nikt mi niczego nie narzucał. Mogłam tworzyć dokładnie tak, jak chciałam. Moja praca nabrała rozpędu, a ja wiarygodności. Dziś nie pozwalam sobie na uległość. Mam życzliwych ludzi wokół i wiem, że udzielają rad w dobrej wierze, ale na koniec dnia robię tak, jak serce dyktuje. W jednym z tekstów na album REM napisałam, że: „przynęty wabią jak magnes”. Ktoś zwrócił mi uwagę, że „magnes nie wabi, tylko przyciąga”. Jeszcze kilka lat temu zmieniłabym ten tekst. Dziś nie. Moja płyta, moje emocje i licentia poetica. Moja odpowiedzialność.
Wiara w siebie, poczucie wartości, dojrzałość?
To był proces, bo mam naturę „people pleasera”, czyli człowieka, który chce zadowolić wszystkich wszędzie i zawsze.
Czy to nie jest nasza kobieca cecha?
Pewnie bardziej kobieca niż męska. Ale znam dziewczyny, które potrafią stawiać granice i uwalniać się od tego przymusu. Ja miałam problem. Ta uległość kaleczyła mnie. Dostałam z tego powodu trochę batów od życia i musiałam zbudować pancerz. Wiele zależy od tego, z jakimi ludźmi masz do czynienia. Jeśli z dobrymi, nie będą wykorzystywać twojej wrażliwości. Ale jak trafisz na takich z niecnymi zamiarami, ta cecha będzie przekleństwem, uznają ją za słabość. Skubano ze mnie energię. Doszło do momentu, że bałam się o zdrowie, emocjonalne i fizyczne. Stwierdziłam, że trzeba działać. To nie jest etap zakończony, czasem wciąż daję sobie wchodzić na łeb, to chyba taka cecha charakteru, z którą się rodzisz i umierasz. Ale po pracy nad sobą mam to pod kontrolą.
W sieci powtarza się informacja o tobie: „Wśród muzycznych inspiracji wymienia Michaela Jacksona, Justina Timberlake’a, Rihannę”. Serio?
Powiedziałam to sto lat temu jako przerażona nastolatka w jednym z pierwszych wywiadów. Wtedy na dyskotekach słuchało się tych artystów. Zresztą dalej uważam, że jakościowy pop to wspaniała muzyka i mam olbrzymi szacunek do tych twórców, spędziłam z nimi dużo czasu na etapie szkoły podstawowej i gimnazjum. Jednak moim ukochanym bandem jest Coldplay – do tej wrażliwości mi najbliżej. Namiętnie zasłuchuję się też w muzyce Fleet Foxes, Beirut czy Sufjana Stevensa.
Spełniłaś marzenia tej siedmioletniej Natalki z Parchowa, która pracowicie ćwiczyła autografy w zeszytach?
Od dziecka obserwowałam wokół siebie ludzi, których pasją jest muzyka, ale najczęściej był to dodatek, hobby. Ja też czułam, że chcę to robić, gdy dorosnę. Nie sądziłam jednak, że może być aż tak wspaniale. Moja pasja w piękny sposób projektuje mi codzienność, intensywniej i bogaciej, niż mogłam sobie wyobrazić.