Chcesz występować w filmie i śpiewać, ale nie na bezdusznych zasadach show-biznesu? To masz kłopot. Julia Pietrucha zaryzykowała. Zagrała według własnych reguł. Po sukcesie aktorskim rzuciła kino, wyjechała w podróż, wróciła jako wokalistka. Muzyka dała jej poczucie wolności. A kino... niespodziewanie sobie o niej przypomniało.
Saska Kępa bardzo się zmieniła! – zauważa, gdy szukamy miejsca na wywiad. Tej knajpki nie było, tamtej już nie ma. Ale zmiany w życiu Julii są dobre. Właśnie przeprowadziła się do dzielnicy swojego dzieciństwa. Mieszka z córką Gają. Nie wygląda na mamę ośmiolatki ani na swoje 36 lat. W Pojedynku Łukasza Palkowskiego gra lotniczkę, więźniarkę łagru, kobietę oficera. To film wstrząsający, aktorsko świetny. Dla niej: przełomowy – Julia wraca do kina. Zaczynam więc od pytania o odwagę. Jak to jest, gdy dzwoni telefon i pada propozycja powrotu na plan po długiej pauzie…
Twój STYL: Decyzja była oczywista czy wątpliwości przyćmiły radość?
Julia Pietrucha: Przez dziesięć lat, odkąd przestałam pojawiać się na ekranach z własnego wyboru, nie planowałam powrotu do aktorstwa. Skupiłam się na muzyce i wychowaniu córeczki. To było wystarczająco intensywne życie. W 2024 roku dostałam SMS od reżyserki castingu Nadii Lebik. Wcześniej dzwoniła, zostawiała wiadomości, ale je przeoczyłam, pewnie z racji roztargnionej natury zodiakalnej Ryby. Gdy wreszcie spojrzałam na ekran smartfona, przeczytałam: „Szukam pani, nie mogę się dodzwonić. Mam propozycję”. Od razu zatelefonowałam, usiadłam na krawężniku w centrum Warszawy i słuchałam z zachwytem zaproszenia do jednej z głównych ról w ogromnym filmowym przedsięwzięciu. Nadia sprawiła, że bez czytania scenariusza byłam gotowa wrócić do tego świata. Okazało się, że Łukasz Palkowski, reżyser Pojedynku, od początku przygotowań do filmu myślał o obsadzeniu mnie w roli Janiny Lewandowskiej, polskiej pilotki.
Wróćmy do momentu, w którym rozstajesz się z aktorstwem. Masz 25 lat, nagrodę festiwalu w Gdyni za Jutro idziemy do kina. Grałaś u Wajdy w Tataraku i w serialach, o co aktorzy zabiegają. Czym się kierowałaś, schodząc z tej drogi?
Mam bliską łączność ze sobą. Jestem „starą duszą”, czuję się mocno osadzona w sobie, świadoma potrzeb. Wtedy zrozumiałam, że lepiej będzie, gdy pójdę za tym, co podpowiada intuicja, posłucham serca. Że zmiana jest mi potrzebna, bo to, co niegdyś cieszyło, nie sprawia już radości, nie daje satysfakcji. Nie chciałam oszukiwać siebie ani widzów. Podjęłam decyzję o odejściu i realizacji wielkiego marzenia – nagraniu płyty na własnych zasadach, bez producentów, wytwórni, itd. To było najszczersze, co mogłam wtedy zrobić.
A świadomość, że mogą o tobie zapomnieć?
Brałam to pod uwagę, ale w tamtym momencie czułam, że nie mogę już wykonywać mojego zawodu z pasją i sercem, na jakie zasługuje. Coś się we mnie wypaliło. Zaczęłam pracę jako 11-latka, grałam w teatrach, serialach, filmach. W wieku 25 lat pragnęłam zmiany. A muzykę uwielbiałam i darzyłam szczególną czułością. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i opinii przyjaciół, którzy odradzali mi ten pomysł, wyjechałam na sześć miesięcy do Azji. Żeby jeździć na motocyklu po Wietnamie i Laosie, pływać pośród raf koralowych na Filipinach, poznawać kulturę Tajwanu (oraz śpiewać karaoke z lokalsami), spędzać czas z rolnikami w Indonezji. I myśleć, że po powrocie zrobię wszystko, by nagrać moje piosenki. Wróciłam i zrealizowałam marzenie o śpiewaniu.
Zaskakujący jest wybór repertuaru. Słuchałaś muzyki punkowej, psychobilly, rockabilly, twoją idolką była Amy Winehouse, a z płyty Parsley popłynęły delikatne i czułe melodie.
Sama nie wiem, jak do tego doszło. W liceum – szalony czas, chodziliśmy do nieistniejących już klubów na Powiślu: Aurora, Diuna czy Jadłodajnia Filozoficzna. Przyjeżdżały tam zespoły grające muzykę z pogranicza punka czy psychobilly. Ale kochałam lata 50. i 60., girlsbandy: The Supremes, The Crystals, Shangri-Las. I Amy Winehouse, która do tej muzyki nawiązywała. Bob Dylan był dla mnie kolesiem z rozstrojoną gitarą, którego muzyka zastąpiła mnogość harmonii i słodkość tamtej. W liceum analizowaliśmy poezję Dylana – nie mogłam jej ścierpieć. Uważałam, że folk zabił brzmienie lat 50. i 60. A później okazało się, że właśnie w muzyce folkowej czuję się najlepiej, naturalnie. Że sam głos i kilka chwytów gitarowych wystarczą, by poruszyć, opowiedzieć coś prostego i pięknego. Odartego z efekciarstwa. Przeprosiłam się z Dylanem i wieloma innymi zespołami. Przewrotne, prawda?
Podróże były potrzebne, żeby to zrozumieć?
Były niezbędne. Intuicyjnie czułam, że zmiana miejsca pomoże mi oderwać się od schematów, w których żyłam, spojrzeć z innej perspektywy. Moja pierwsza płyta nie brzmiałaby tak bez tych przeżyć i obrazów. Hawaje to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakich doświadczyłam. Polinezja – niezwykła, bajkowa. Miałam wrażenie, że moja dusza już kiedyś tam była. Nie przez przypadek wiele lat wcześniej zakochałam się w ukulele. Ale cel geograficzny jest mniej ważny. Podróżuję przede wszystkim do siebie. Dwa miesiące w Indiach, dwa w Wietnamie i Laosie. Spanie w tanich hotelach, jazda na motocyklu w deszczu, błocie, upale, niepewność jutra pomogły mi odkryć, że nawet gdy się wydaje, że już więcej nie zniosę, tę granicę można przesunąć ciut dalej. I jeszcze ciut. Przejechałam sześć tysięcy kilometrów, walcząc ze zmęczeniem, odosobnieniem i pragnieniem dojścia do momentu granicznego, w którym możliwa jest przemiana. We mnie ona wówczas zaszła. Patrzę na siebie z tamtego czasu i widzę dzielną i odważną dziewczynę. Jestem z niej dumna.
Wróćmy do kina. Nie bałaś się, że po przerwie nie zrozumiesz jego zmienionych reguł? Pojedynek to film o dekadę nowszy niż twój ostatni.
Na planie miałam dziwną pewność, że jestem tam nie przez przypadek. Pytania, czy się jeszcze do tego nadaję, pojawiły się później. Oglądam polskie kino – powstaje dużo filmów, wartościowych, genialnych aktorsko. Poprzeczka jest wysoko zawieszona i mam tego świadomość. Kiedy czytałam scenariusz Pojedynku, zafrapowała mnie bohaterka – silna, inspirowana postacią Janiny Lewandowskiej, pilotki, jedynej kobiety w obozie jenieckim. Poczułam odpowiedzialność i przekonanie, że warto się w tej historii zagłębić.
Janina Lewandowska chciała być śpiewaczką operową. Gdy w filmie w obozowym baraku zaczynasz śpiewać Miłość ci wszystko wybaczy, trudno opanować wzruszenie.
Ta piosenka, wykonywana przez Ordonkę, napisana przez Henryka Warsa, wzruszała mnie już w młodości. Jest w niej coś nostalgicznego i rozdzierającego duszę, a jednocześnie mieszanka cynizmu i optymizmu: „To zdradzaj mnie wtedy i grzesz”, „Bo miłość, mój miły, to ja”. Kiedyś miałam fioła na punkcie przedwojennych filmów. Obejrzałam chyba wszystkie z Eugeniuszem Bodo (nawet te, których zachowały się wyłącznie fragmenty) zafascynowana wszechstronnością aktorów, wplataniem piosenek do historii obyczajowych. Wykorzystaliśmy ten zabieg w naszym filmie mimo założenia, że Pojedynek ma być historią możliwie współczesną, a postaci zrozumiałe dla młodych ludzi.
Co dalej, masz wymyślony plan na przyszłość, jesteś dla siebie przewidywalna? Kobieta przewidywalna?
Nie ma mowy. Mogę tylko przewidzieć, że nadal będzie mi zależało na dobrym życiu, w zgodzie ze sobą. Ale jak się ono potoczy, nie wie nikt. A na pewno nie ja. Ciekawi mnie nieprzewidywalność, zmiany, ruch. Daję na to przyzwolenie. Mam wspaniałą, bezpieczną przystań – rodzinę i przyjaciół, którzy nie pozwalają mi odfrunąć i stracić z oczu tego, co najważniejsze – zawsze to miłość. Przyszłość? Niech będzie nieznana i stopniowo odkrywa się przed nami. Jestem jej ciekawa, ale lubię tu i teraz. Wszystko i tak dzieje się samo, ważne, by zanadto nie przeszkadzać.