Głośny polski serial o mechanizmach działania sekty wywołuje dyskusję o tym, jak silnie i destrukcyjnie obcy ludzie mogą wpływać na nasze życie. Dlaczego się na to godzimy i jak się obronić przed manipulacją, mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.
Przekroczenie granic w „Niebie” nie zaczyna się od przemocy, tylko ciepłej komunikacji i czułości. I poczucia, że ktoś nas wreszcie „czyta” bez słów. Dlatego tak trudno jest w porę zauważyć, że ci, którym ufamy, zaczynają przesuwać nasze granice.
Najpierw w ogóle nie czujemy, że coś wymyka się spod kontroli. Potem czujemy, ale mówimy sobie: „To nic takiego”. A po jakimś czasie budzimy się w życiu, w którym nasze „nie” przestało mieć znaczenie. W terapii często wraca zdanie: „Przecież oni na początku byli dobrzy”. Albo: „On na początku był cudowny”. I to jest prawda, tyle że ta „cudowność” jest tylko narzędziem. Nie zawsze świadomym, ale skutecznym. Bo jeśli człowiek dostanie nagle tak dużą dawkę ciepła, jego układ nerwowy „czyta” to: „Uff, nareszcie!”, i odpuszcza, traci czujność. A w takim stanie łatwiej jest wpuścić do środka rzeczy, których normalnie byśmy nie wpuścili.
W „Niebie” świetnie widać, jak łatwo jest stworzyć niewolnika, który… sam siebie pilnuje. Najpierw ktoś nam mówi: „To dla twojego dobra”, potem: „Nie opieraj się, bo pokazujesz słabość!”. W końcu człowiek sam się zaczyna wewnętrznie uciszać: „Nie dramatyzuj, nie bądź trudna, nie bądź niewdzięczny”. I nagle grupa nie musi nas przez cały czas kontrolować, bo robimy to za nią.
Druga rzecz, która w „Niebie” jest szczególnie bolesna, to izolacja. Zakaz? Nie. Raczej „dobra rada”. Usłyszymy: „Oni cię nie rozumieją.” „Rodzina cię hamuje”, „Twoi znajomi są toksyczni”. Brzmi logicznie, prawda? Zwłaszcza jeśli w rodzinie naprawdę bywało trudno, a środowisko nigdy nas nie wspierało. Dlaczego to działa? Bo człowiek myśli: „Wreszcie ktoś stanął po mojej stronie”. Aż w końcu odkrywa, że „po mojej stronie” tak naprawdę znaczy „po ich stronie”, a „dla mnie” – „według nich”.
To jest najbardziej niszczący, a najmniej widoczny mechanizm. W zdrowej relacji, kiedy mówimy „To mnie rani”, ten ktoś może się bronić, ale jest szansa na rozmowę. W relacji przemocowej, gdy powiemy te słowa, usłyszymy: „Jesteś przewrażliwiona”, „Ty zawsze robisz problem”, „To przez twoje traumy”, „Gdybyś miała lepszą intencję, nie czułabyś tego”. Efekt? Przestajemy ufać sobie. A gdy przestajemy ufać sobie, zaczynamy szukać potwierdzenia u osoby, która nam miesza w głowie. To z kolei tworzy więź, która jest jak uzależnienie: boimy się jej i tęsknimy jednocześnie. Serial „Niebo” pokazuje to niezwykle sugestywnie: raz jesteś „wybrany”, raz „winny”. I nasze ciało to koduje. Jedna z pacjentek powiedziała: „Ja już nie chciałam być wolna. Ja chciałam przestać się bać”. I to jest sedno! Nadużycia i manipulacje w relacjach z bliskimi właśnie dlatego są tak skuteczne, że oni wiedzą, w co trafić, by bolało, a my z czasem odpuszczamy, zmęczeni nieustającą walką.
Anka weszła w relację po długim czasie samotności i zawodzie miłosnym. Nowy partner mówił jej rzeczy, które ją leczyły: „Ja cię poprowadzę”, „Ty masz za miękkie serce”, „Ja cię ochronię przed ludźmi”. Po miesiącu Anka poczuła się bezpieczna, po trzech, zaczęła mu się tłumaczyć, dlaczego chce wyjść z koleżanką, po pół roku zastanawiała się: „Co on na to powie?”, zanim zdążyła pomyśleć, czego ona chce. A po roku mówiła mi na terapii ze wstydem: „Już sama nie wiem, co jest moje, a co nie”.
Bartek po rozstaniu z partnerką i kryzysie psychicznym, trafił do grupy, która dawała mu rytm, sens i poczucie wspólnoty. „Nareszcie nie jestem sam!”, cieszył się. Powoli zaczął odcinać się od reszty świata, bo uznał, że ludzie spoza grupy „I tak go nie zrozumieją”, „Są dużym zagrożeniem dla mojego rozwoju”. Z czasem jednak zrozumiał, że utracił i wolność, i siebie. Gdy po latach odchodził z tej grupy, która miała go chronić, płakał nie tylko z żalu za utraconym czasem, który jej oddał. Płakał, bo dotarło do niego, że jego głód bliskości posłużył jej do tego, by nim manipulować.