Gra introwertycznych twardzieli, facetów, którzy nie płaczą. Te role znajdują go nieprzypadkowo. W świecie, w którym wszyscy chcą mówić, Leszek Lichota woli milczeć. Wierzy w ciszę jako aktor i jako człowiek. Nie tę niezręczną, krępującą, ale taką, która wyraża więcej niż słowa.
Jest aktorem, który nie potrzebuje wielu słów, by zostać usłyszanym. Gdy gra, każda pauza ma określony ciężar, spojrzenie – moc, gest znaczy więcej niż monolog. Bohaterowie Leszka Lichoty są zamknięci, samotni, twardzi z konieczności: Wiktor Rebrow z Watahy, profesor Wilczur ze Znachora. W realizowanym właśnie serialu Znieczulenie Lichota gra neurochirurga, któremu łatwiej operować delikatne ludzkie tkanki, niż naprawić własne życie. W filmie Dziki dostał rolę ekswojownika, który przeszedł wewnętrzną przemianę. To coś znaczy? Owszem. Prywatnie Leszek też taki jest. Rzadko opowiada o sobie i nie rozkłada życia na części. W wywiadach waży słowa. Gdy się z nim rozmawia, potrzebna jest cierpliwość. Nie kokietuje, nie rzuca cytatami, nie zależy mu, żeby błyszczeć. Na pytania odpowiada po namyśle, chwili skupienia. W epoce nadmiaru i fake newsów to cenne, bo dzieli się z rozmówcą tylko tym, co prawdziwe.
Twój STYL: Krytycy i reżyserzy mówią o tobie: wystarczy, że pojawi się na planie, a buduje scenę samą obecnością. W serialu Znieczulenie dostałeś rolę neurochirurga, który wie o ludzkim ciele wszystko, a o własnych emocjach prawie nic.
Leszek Lichota: Mój bohater postawił na jedną kartę – zawodowy perfekcjonizm. Ma olbrzymie ego, ambicję czasem aż chorobliwą. Nie znosi słabości ani w sobie, ani w innych. Działa intuicyjnie, nie zawsze zgodnie z procedurami, bo sekundy mogą decydować o życiu. To nie buntownik, raczej ktoś przekonany, że wie lepiej. I dlatego popełnia błąd. Można wierzyć, że to zawód, w którym trzeba mieć boski pierwiastek, ale taka wiara jest przekleństwem. Neurochirurg, nawet najzdolniejszy, to zawsze tylko człowiek, który myli się jak każdy z nas. Ale jego błędy ważą więcej.
Co się dzieje, gdy ktoś obdarzony „boskim pierwiastkiem” nagle zostaje z niczym?
Rozsypuje się. Bez skalpela, fartucha, maski chirurgicznej zostaje sam ze swoim błędem. Próbuje posklejać to, co z niego zostało, odbudować siebie. Nie karierę, tylko poczucie bycia potrzebnym. Musi nauczyć się żyć bez boskości.
Trudno jest grać kogoś, kto nie rozumie i nie dopuszcza do głosu emocji?
Emocji jest w nim mnóstwo, tylko ich nie rozumie. Władają nim w życiu prywatnym, przy stole chirurgicznym jest już opanowanym perfekcjonistą. Podczas zdjęć spędziłem godziny z fantomami chirurgicznymi, wyglądały jak prawdziwe ludzkie głowy. Trzeba było przeciąć skórę, kość, dostać się do mózgu – wszystko tak realistyczne. Zrozumiałem, że to nie tylko materia. Mózg odpowiada za wszystkie życiowe funkcje, to w nim kryją się świadomość, pamięć. Zdałem sobie sprawę, jakie to kruche. Wystarczy milimetrowy błąd i koniec. Poczułem mieszankę fascynacji i przerażenia. I ulgę, że jestem tylko aktorem. Zacząłem rozumieć skalę odpowiedzialności lekarzy, oni naprawdę pracują na tej granicy między życiem a śmiercią. I mimo to zachowują spokój.
W filmie Dziki grasz mężczyznę, który nie ma wątpliwości: silnego, zasadniczego, niezłomnego, jak z żelaza.
Dziki opowiada o ludziach twardych, zerojedynkowych. Mój bohater już nauczył się żyć w świecie, gdzie dobro i zło mają wyraźnie zarysowane granice. Zna zagrożenia, potrafi je rozpoznać i zneutralizować. Jego spokój płynie z doświadczenia. Żeby go osiągnąć, musiał stoczyć wiele walk, nieraz się potknąć. Rzeczywistość tego filmu jest prosta, brutalna, ale też porządkująca. Wiesz, co jest białe, co czarne. W chaosie współczesności tęsknimy za jasnymi regułami.
Twoi bohaterowie często chowają się za ciszą. To przypadek, że grasz takie postaci?
Raczej nie. Cisza jest dziś luksusem. Wszyscy chcą mówić, krzyczeć, wyjaśniać, dociekać – milczenie stało się w na szych czasach… nieważne. A ja je szanuję, bo to w ciszy słychać, kim naprawdę jesteś. Moi bohaterowie nie są emocjonalnie wyjałowieni, czują wszystko, tylko głębiej i czasem zbyt boleśnie, żeby to wypowiedzieć.
Może dlatego ich rozumiesz? Sam masz podobnie.
Nie lubię oceniać sam siebie. Nie z kokieterii. Każdy ma inny punkt widzenia, potrzeby, możliwości. To, co dla mnie jest ważne, niekoniecznie musi być priorytetem dla innych. W wywiadach czuję się jak ktoś, z kogo wyciąga się to, co woli zostać w środku.
Mężczyźni uważają się za mistrzów emocjonalnego BHP – gdy coś zaczyna boleć, nakładają kask, kombinezon ochronny, milczą, byłe nie czuć tego, co trudne.
Moje pokolenie wychowywano, powtarzając: „nie płacz”, „nie pokazuj, że ci zależy”, „nie okazuj słabości”. Emocje są czymś, co trzeba ukryć, bo facet ma być twardy, racjonalny.
Tobie też powtarzano w domu, że chłopaki nie płaczą?
Ten komunikat słyszałem w szkole, na podwórku, w rozmowach dorosłych. To był kanon, facet ma dać radę, nie rozklejać się, nie marudzić. Tak byłem wychowywany – nie z surowości, z przekonania, że inaczej się nie da. Tata nie okazywał uczuć, jak większość mężczyzn z tamtego pokolenia, miał inne wyobrażenie o roli ojca, mężczyzny. Sfera uczuciowa należała do mamy. Role podzielono jasno, nikt ich nie kwestionował. Ale nie zakładam, że to był brak miłości ze strony ojca, raczej inny jej język, zapisany w działaniach. Kiedyś tata zabrał mnie na tzw. ścieżkę zdrowia, to takie dawne siłownie pod chmurką, z tabliczkami: „zrób przysiady, pompki”. Wróciłem poobijany, ale to była wspólna lekcja: że wysiłek ma sens, że każda próba, nawet nieudana, może czegoś nauczyć. Z domu wyszedłem, mając 19 lat, a to dzieciństwo i dorastanie kształtują cię na całe życie, potem są już tylko korekty. Ja wyniosłem przekonanie, że cokolwiek się wydarzy, dam radę. I wiarę, że nawet jeśli się potknę, wstanę. To nie zarozumiałość, tylko wewnętrzne poczucie oparcia. Chciałbym je przekazać dzieciom. Nie surową lekcję „trzeba dać radę”, lecz łagodniejszą wersję: możesz się przewrócić, ale wstań. Bez wstydu. Chciałbym, by wiedziały, że odwaga to nie brak strachu, tylko gotowość, by próbować mimo niego.
Ojcostwo sprawiło, że odkryłeś swoją miękką, czułą stronę? Dzieci potrafią jednym zdaniem rozwalić ochronne mury, które buduje się latami.
Czasem wystarczy jedno spojrzenie i człowiek jest rozbrojony. Kiedy rodzi się dziecko, rodzi się też świadomość kruchości. I pojawia się lęk, który zostaje z tobą do końca życia. Dopiero gdy zostałem ojcem, zrozumiałem, że jestem śmiertelny. Dając życie, widzisz, że to sztafeta. To odkrycie było bardzo dotkliwe.
Obawiasz się czasem, że nie sprostasz, że nie będziesz wystarczająco dobrym ojcem, opiekunem, wzorem?
Lęk, czy sprostam, mam w każdej dziedzinie życia. Kiedyś mnie paraliżował, musiałem więc znaleźć sposób, by poradzić sobie z tym stanem. Antidotum okazało się dosyć banalne. Uświadomiłem sobie, że miliardy ludzi przede mną też się tego bały i jakoś dawały radę. Więc ja też dam.
Ta myśl pomaga ci mierzyć się z codziennością?
W życiowe przygody wchodzę bez kalkulacji, nawet jeśli wiem, że ryzykuję. Jeśli w coś mocno wierzę, idę w to. Tak było, kiedy w 2012 roku otworzyłem w Warszawie klub ze sceną i bilardem. Intensywny czas – koncerty, spotkania, ożywione towarzyskie życie. Pięknie, aż wszystko rozrosło się do takich rozmiarów, że przerosło możliwości tego miejsca. A może moje? W każdym razie zamknąłem klub. Poczułem żal, że się skończyło. Ale też ulgę wynikającą z odzyskanej wolności i czasu. Prowadzenie klubu zajmowało moje myśli 24 godziny na dobę. Aktorstwo było dla mnie ważniejsze. Nie chciałem już poświęcać tyle uwagi sprawom, które odciągały mnie od zawodu.
Mówisz o tym bez emocji. Pozwalasz sobie czasem, żeby uczucia wzięły górę nad opanowaniem?
Zależy jakie. Jeśli pojawia się złość czy gniew, wolę przeczekać i podjąć decyzję, kiedy wygasną, gdy do głosu dojdzie rozsądek. Ale musiałem do tego dojrzeć i to był długi proces. Nie hamuję i nie wstydzę się łez wynikających ze wzruszenia. Do tego też musiałem dojrzeć. Człowiek dopiero z czasem zaczyna rozumieć, że łzy nie są dowodem słabości, tylko znakiem, że coś w nim wciąż żyje. Zdarza mi się płakać w kinie. Ocieram łzy, światła się zapalają, ludzie wstają i wszystko wraca do normy, a ja po zwalam sobie, żeby to wzruszenie wybrzmiało. Nie wstydzę się słabości i niedoskonałości również przed moimi dziećmi.
Nie boisz się, że to zachwieje ich wiarą w ciebie, że przestaną w tobie widzieć oparcie, autorytet?
Nie. Z wiekiem uczysz się, że emocje nie są po to, by je chować, tłamsić, tylko przeżywać.
Czy to znaczy, że dziś potrafisz powiedzieć sobie i innym: „jest mi źle”, „boję się”, „nie daję rady”?
Nadal nie przychodzi mi to łatwo. Muszę nazwać emocję, postawić ją przed sobą jak przedmiot, obejrzeć z każdej strony. Tak sobie z nimi radzę: rozpoznaję i staram się zrozumieć, skąd się wzięły. Inaczej gromadzą się i przytłaczają mnie, bo nieprzyznanie się do uczucia nie sprawi, że ono zniknie, raczej napęcznieje.
A kiedy już nazwiesz, co wtedy? Jakie emocje musisz neutralizować, by łapać oddech?
Poczucie przytłoczenia – to dla mnie największa pułapka. Za dużo spraw naraz, a każda domaga się uwagi. Napięcie rośnie, przychodzi lęk, bezsilność i charakterystyczny szum, w którym nie słychać nawet własnych myśli. W tym natłoku odsuwałem wszystko na nie wiadomo kiedy, chowałem pod dywan, aż w końcu i tak mnie to dopadało. Teraz robię inaczej, staram się nie dopuszczać do nawarstwienia problemów, tylko rozwiązywać je od razu, kolejno, zanim urośnie wielka góra. Jedna mała rzecz odhaczona? Przechodzę do następnej. Działanie, nawet drobne, przywraca spokojny rytm i poczucie sprawczości. Wiem już, że spokój to nie stan, tylko efekt podejmowanych decyzji. Uczę się robić mniej – jedno zadanie, a nie kilka w tym samym czasie. To łatwiejsze. Równowaga nie przychodzi sama. Trzeba ją sobie wypracowywać.
W aktorstwo z założenia wkłada się emocje, czasem intensywne, skrajne. Jak sobie z tym radzisz?
Dla mnie to zawód nie tyle czucia, co wyczucia. Aktorstwo wymaga otwarcia, ale tylko w danej chwili. Potem trzeba przywrócić ustawienia fabryczne, żeby nie oszaleć. To ciągłe balansowanie między światami. Mózg przecież nie odróżnia emocji prawdziwych od scenicznych. One muszą być prawdziwe w momencie, gdy je grasz – inaczej widz ci nie uwierzy. A przecież często to uczucia wymuszone. W teatrze zdarza się, że w godzinę przechodzę od fascynacji do rozpaczy. W filmie czasu jest więcej, za to powtarzam sceny po kilka razy. Każdy dubel powoduje wybuch adrenaliny. To jest, mówiąc wprost, katowanie mózgu. Dobrze zagrana rola – taka, w której naprawdę coś czujesz – zostaje w ciele.
Jak z niej wychodzisz, wracasz do domu i powtarzasz sobie, że to wszystko było na niby?
Tak to nie działa. Po spektaklu nie mogę zasnąć. Mózg wciąż przepracowuje emocje bohatera, ciało przeżywa fabułę. Siadam w fotelu i staram się wyłączyć. Potrzebuję ciszy, idealnej. I pustki. Dopiero wtedy powoli wszystko wraca do normy. Trochę jak po burzy – jeszcze drży powietrze, ale już wiesz, że za chwilę będzie spokojnie.
Co dziś dla ciebie znaczy być mężczyzną?
Nie grać kogoś, kim się nie jest. Nie udawać, że się nic nie czuje, nie bać się przyznać, że boli. Męskość to odwaga, by pokazać miękkie podbrzusze. A ten gest nie oznacza słabości, raczej spokój i pewność siebie, które przychodzą, kiedy nie trzeba stale udawać.