Podróże

Aleksandra Kwaśniewska o Japonii. Subiektywna relacja z kraju, który na każdym robi inne wrażenie

Aleksandra Kwaśniewska o Japonii. Subiektywna relacja z kraju, który na każdym robi inne wrażenie
Fot. Aleksandra Kwaśniewska

Japonia pachnie cyprysowym drewnem w tradycyjnych gospodach ryokan, brzmi szumem wody w gorących źródłach onsenów i smakuje bulionem dashi o poranku. W tym kraju gościnność nie jest marketingową strategią, lecz kwestią honoru, a naturę traktuje się jak świątynię.

Kiedy siedem lat temu poleciałam do Japonii pierwszy raz, uderzyło mnie, jak nasze postrzeganie jej mieszkańców zostało wypaczone przez amerykańską popkulturę. Historia relacji japońsko-amerykańskich, której tragicznymi epizodami były nalot na Pearl Harbor i dwie bomby atomowe, znacząco wpłynęła na sposób przedstawiania tej nacji w kinematografii. W rezultacie Japończyków pokazywano prawie zawsze jako dziwaków, pozbawionych emocji, obcych kulturowo i bezwzględnych. Choć w latach 90. zaczęły się pojawiać bardziej złożone narracje, jednocześnie powstawały reportaże na temat upodobań seksualnych Japończyków, co podtrzymywało stereotyp dziwaczności. Tymczasem mnie w Japonii przede wszystkim zachwycili ludzie.

 

Sprawa honoru

Nigdzie na świecie nie spotkałam się z taką kulturą, myśleniem o innych, serdecznością, harmonią i cichą charyzmą. Mój mąż – w Polsce samozwańczy szeryf, wiecznie zirytowany tym, że ludzie w ruchu miejskim nie myślą o innych – po dwóch tygodniach pobytu stwierdził z przerażeniem, że jedyną osobą, która w tym czasie wyprowadziła go z równowagi, był… on sam.

Na każdym kroku doświadczaliśmy najwyższych poziomów serdeczności podszytej, dość nietypowo, honorem. W Kioto na przykład mieszkaliśmy w ryokanie, w którym zapłaciliśmy z góry za pokój ze śniadaniem. Warto wiedzieć, że w tych tradycyjnych gospodach czy gościńcach zwykle podaje się śniadanie japońskie, które bywa wyzwaniem dla turystów. Jest to bowiem wiele małych dań, składających się głównie z ryby (surowej i grillowanej wędzonej) oraz ikry i kiszonek. Zawsze jest też ryż i zupa miso. Wszystko smaczne, ale niekoniecznie byłby to pierwszy wybór Europejczyka o dziewiątej rano, na jet lagu, kiedy ciało twierdzi, że jest środek nocy. Dlatego też, będąc w Kioto cztery dni, raz zrezygnowaliśmy ze śniadania. Jakież było nasze zdziwienie, gdy następnego dnia zostaliśmy poinformowani, że w związku z tym zwrócą nam za nie pieniądze.

IMG_0899
Autorka tekstu na tarasie ryokanu w Hakonie
aleksandra kwaśniewska

 

Innym razem zatrzymaliśmy się w rodzinnym ryokanie w Takayamie, w Japońskich Alpach. Na dole mieszkała rodzina, a na piętrze były pokoje dla gości. Opiekował się nimi syn właścicieli, świetnie mówiący po angielsku, co należy podkreślić, bo zdarza się tam niezwykle rzadko. Kiedy odwiózł nas na dworzec, zapytaliśmy, czy wie, gdzie jest przechowalnia bagażu, bo chcemy jeszcze pójść na spacer. I tu nastąpiły niezwykle emocjonalne pertraktacje, bo kto to widział, żeby jego goście musieli korzystać ze skrytek?! Koniecznie chciał zabrać nasze bagaże z powrotem i przywieźć na stację przed odjazdem pociągu. Ale że nie wiedzieliśmy jeszcze, którym pojedziemy i chcieliśmy mieć walizki pod ręką, ostatecznie zaprowadził nas do skrytek, lecz nie pozwolił zapłacić.

 

W zeszłym roku, w malutkim hoteluw Nikkō, w pięknym parku krajobrazowym na północ od Tokio, zwrócono nam pieniądze za taksówkę, którą dojechaliśmy z dworca, a gdy poprosiłam o zamówienie transportu na drogę powrotną, zapytano mnie, czy mam coś przeciwko temu, żeby zaczekać do 12.30 na hotelowego kierowcę. Była 12.26. Mogę więc śmiało zapewnić, że gościnność japońska jest legendarna, ale nie jest legendą.

Dwa światy

A skoro już, podążając za wątkiem gościnności, zawędrowałam do Nikkō, w zachwycie nad Japonią nie mogę pominąć kojącego oddziaływania natury. W szintoizmie to ona jest świątynią. Bramy torii, stojące w lasach, w górach czy zanurzone w wodzie, symbolizują przejście ze świata „skończonego” do nieskończonego i wskazują na obecność kami, czyli bogów. Mogą być nimi drzewa, góry czy wodospady. Natura jest pierwotnym porządkiem, w którym człowiek harmonijnie z nią współistnieje. Dbałość o tę harmonię i celebrowanie cykli natury mają moc medytacyjną, odczuwalną nawet wtedy, gdy jest się tylko gościem.

IMG_2925
Bramy torii
aleksandra kwaśniewska

 

Chyba najbardziej spektakularnym przykładem przenikania się sacrum i profanum są rytuały związane z korzystaniem z onsenów. Te gorące źródła geotermalne są miejscem dosłownego i duchowego oczyszczenia. Coraz częściej przy pokojach hotelowych pojawiają się prywatne onseny, ale co do zasady to miejsca wspólne, zewnętrzne, z których korzysta się nago, w podziale na kobiety i mężczyzn. Etykieta onsenowa wymaga, by przed wejściem dokładnie się umyć, związać włosy i ukryć tatuaże. A potem zanurzamy się w gorącej, bogatej w minerały wodzie i oddajemy się kontemplacji.

Jeśli zastanawiacie się, co można kontemplować, siedząc w wannie na golasa z obcymi ludźmi, to tylko dlatego, że nie napisałam jeszcze, w jakiej scenerii zwykle umieszczane są onseny. W Hakone, leżącym u podnóża góry Fudżi i słynącym z gorących źródeł, byłam w dwóch. Oba należały do naszego hotelu. Rano jeden był otwarty dla kobiet, drugi dla mężczyzn, a wieczorem odwrotnie, tak aby każdy mógł skorzystać z obu, nawet jeśli przyjechał tylko na jedną noc. Jeden miał widok na górę Fudżi, a drugi znajdował się w japońskim ogrodzie, pod naturalnym wodospa¬dem. Wieczorem ogród był subtelnie skąpany w świetle japońskich latarni. Przez kilka lat wracałam tam myślami za każdym razem, kiedy podczas medytacji szukałam w pamięci miejsca, w którym czułam się szczęśli¬wa, spokojna i beztroska.

Ciche domy

W zeszłym roku wróciliśmy do Hakone, ale tym razem zatrzymaliśmy się w pięknym tradycyjnym ryokanie, co polecam z całego serca jako sposób na doświadczenie Japonii. Czym charakteryzuje się ryokan? Po pierwsze, pokojami w stylu japońskim – na podłogach leżą maty tatami, a na noc rozkłada się na podłodze futony, zaskakująco wygodne materace. Po drugie, wspomnianymi już japońskimi śniadaniami, w naszym przypadku podawanymi w pokoju przy horigotatsu, stole umieszczonym nad zagłębieniem w podłodze, tak by można było siedzieć z opuszczonymi nogami. Jeśli poza rybami i ikrami można zamawiać jajka, zachęcam, by skusić się na onsen tamago, jajko gotowane w wodzie z onsenu. Specjał ten wyróżnia się kremowym żółtkiem o konsystencji gęstego miodu. Zamiast soli dodajemy do niego sos sojowy z bulionem dashi.

Wieczór to z kolei kolacje kaiseki składające się z wielu małych dań, które często pozostają tajemnicą do momentu podania, gdyż menu bywa napisane odręcznie po japońsku, a Google Translator sugeruje, że będziemy jeść „grillowane nakrycie głowy” oraz „czarne motocykle są świetne”. W charakterze ryokanów jest również to, że poruszamy się po nich w yukatach i skarpetkach jednopalczastych, gdyż buty porzucamy, zanim przekroczymy próg budynku. Wszystko odbywa się cicho i niespiesznie. W naszym przybytku rano słychać było wyłącznie śpiew ptaków, a wieczorem rozszalałe cykady. Do tego cichy szmer wody sączącej się do wypełnionej gorącym źródłem wanny na tarasie. Poczucie zen ogarniało nas bez żadnego wysiłku

Zachodni goście

Zarówno Hakone, jak i Nikkō – nasz wcześniejszy przystanek – okazały się ciekawą podróżą do początków japońskiego hotelarstwa. Pod koniec XIX wieku, w trakcie restauracji Meiji (po obaleniu rządów samurajskich przywrócono władzę cesarzowi – red.), Japonia zaczęła otwierać się na Zachód. Dwudziestoletni Zenichiro Kanaya przyjął w swoim domu, będącym wcześniej domem samurajów, jednego z amerykańskich misjonarzy, współtwórcę pierwszego słownika japońsko-angielskiego – dr. Jamesa Curtisa Hepburna. Ten, zachwycony gościną, zasugerował mu, by zaczął prowadzić ryokan dla obcokrajowców. Chłopak posłuchał rady i przystosował dom pod gościniec, nazywając go Kanaya Cottage. W 1878 roku zatrzymała się tam brytyjska podróżniczka Isabella Bird, która po powrocie entuzjastycznie opisała pobyt w przewodniku Unbeaten Tracks in Japan. Hotelarski talent Zenichiro zaowocował zbudowaniem pierwszego w Japonii hotelu w stylu zachodnim, nastawionego na obcokrajowców.

 

Zamiast futonów pojawiły się łóżka, wysokie stoły i krzesła, sztućce zamiast pałeczek i zachodnie potrawy. Hotel przyciągał wielkie nazwiska epoki. Poza rodzinami królewskimi i licznymi dyplomatami gościli w nim Charles Lindbergh, Frank Lloyd Wright czy Albert Einstein. Hotel Kanaya w Nikkō działa do dziś i niewiele się w nim zmieniło, więc można tu dotknąć historii. Nieopodal leży jezioro Chūzenji, które dzięki podobieństwu do alpejskich rozkochało w sobie europejskich ekspatów przełomu XIX i XX wieku. Pierwszą osobą, która postawiła tam willę, był Sir Ernest Satow, brytyjski dyplomata, pisarz, japonista. Człowiek tak interesujący, że w filmie "Ostatni samuraj" zainspirował aż dwie postacie.

IMG_1173
Hotel Kanaya w Nikkō
aleksandra kwaśniewska

 

Za Satowem poszli kolejni i wkrótce nad brzegiem jeziora zaroiło się od willi należących do europejskich ambasad. Dziś zwiedzać można m.in. brytyjską i włoską. Jeśli historia i architektura nie są wystarczającą zachętą, w okolicy znajduje się spektakularny wodospad Kegon, który można podziwiać z platform rozmieszczonych na różnych wysokościach. Osobom, którym początki hotelarstwa wydają się choć w połowie tak fascynujące jak nam, spieszę donieść, że w Hakone znajduje się Hotel Fujiya – pierwszy w Japonii kurort w stylu zachodnim, prowadzony niemal do końca II wojny światowej przez młodszego syna Zenichiro Kanayi – Shozo. Działa do dziś i posiada ciekawą część muzealną. Można tam obejrzeć między innymi menu kolacji bożonarodzeniowej z 1904 roku, liczące trzydzieści pozycji: od ostryg i gotowanej ryby w sosie homarowym przez wołowinę z truflami i grzybami czy nogę jagnięcą w sosie miętowym po sałatkę majonezową i aż sześć deserów.

Potencjalne niebo

Zainteresowanym nietypową Japonią i bliższymi okresami jej historii polecam okolice Yufuin na wyspie Kiusiu. Po pierwsze, jest to okazja do zobaczenia lokalnej wsi, a po drugie, Kiusiu ma zupełnie inny klimat niż główna wyspa, czyli Honsiu. Bardziej przaśny, dosłowny, z wyraźnymi wpływami koreańskimi. No i słynie ze street foodu: moimi faworytami są szaszłyki (yakitori) z krewetek o pancerzach tak miękkich, że nie trzeba ich obierać, oraz unagi yaki onigiri – grillowane kulki ryżowe z węgorzem w słodkim sosie sojowym.

IMG_3598
Japoński street food
aleksandra kwaśniewska

 

W samym Yufuin znajduje się Muzeum Showa, które nas zachwyciło – odwzorowujące japońskie miastecz lat 50. i 60. Wszędzie można zaglądać, wszystkiego dotykać, wejść do kina, do pubu, do salonu gier, zobaczyć, jak ludzie wtedy mieszkali, w co się ubierali i co leciało w telewizji. Fascynujący wgląd w codzienne życie i przy okazji świetna zabawa.

Nawspominałam się tu i ówdzie o japońskiej kuchni, ale na koniec muszę podkreślić, że jest to uzasadniony cel podróży sam w sobie. Anthony Bourdain mawiał, że każdy szef kuchni zmuszony wybrać jedno miasto, w którym miałby się stołować do końca życia, wybrałby Tokio. Japońskie jedzenie to temat na osobny artykuł, ale jeśli będziecie w Hiroszimie lub Osace i nie spróbujecie okonomiyaki, ominie was potencjalne niebo w gębie – nawet jeśli nie spodziewacie się tego po plackach na bazie kapusty. I nie ma co się łudzić, japońskie sushi na zawsze zepsuje wam zadowolenie z tego, które zamawiacie do domu. Ale i tak postanowicie wrócić.