Leszek Lichota: "Czasami musisz coś zakończyć i dać szansę światu na przyjście nowego"
Fot. Tomasz Sagan

Leszek Lichota: "Czasami musisz coś zakończyć i dać szansę światu na przyjście nowego"

Leszek Lichota, który w filmie "Bo we mnie jest seks" wciela się w rolę Stanisława Dygata, musi mieć swój plan B. Cel, który da mu energię i pchnie do działania. Pomoże złapać dystans do aktorstwa i przypomina, że czasem warto zacząć życie od nowa.

PANI: Dorastałeś z dwoma starszymi braćmi, tata zmarł, gdy miałeś 14 lat, to oni pomogli ci przejść przez ten okres?

Leszek Lichota: Między nami jest dosyć duża różnica wieku, bo między najstarszym bratem a mną jest dziesięć lat, a drugim pięć, więc dopiero w ósmej klasie zacząłem mieć z nim wspólne zainteresowania. On mnie pchał przez harcerstwo, w którym uczestniczył, na wyprawy, łażenie po górach, eksplorowanie dziwnych, niebezpiecznych miejsc. Kontakt mieliśmy ze sobą wszyscy zawsze dobry. W tym sensie, że każdy robi swoje, nikt sobie w drogę nie wchodzi, jeden dopinguje drugiego, na tym to polega. A nie na tym, żeby każdy wolny dzień spędzać razem. Może dlatego dzisiaj, po latach, nie czuję, że czegoś nie dostałem, bo ojciec umarł tak wcześnie. Mało tego, widzę różnicę między nim a sobą, jakby to zerwanie więzi ukształtowało mnie innego, trochę może w kontrze do niego, choć pewnie nie jakiejś świadomej. Mój ojciec był ślusarzem. Żył w kompletnie innych czasach, nie było wtedy zbyt dużych perspektyw rozwoju. Pamiętam, że siedział po prostu na ogródkach działkowych, rżnął w karty z kolegami, pili wódeczkę i to była cała ich rozrywka. Teraz jest troszkę inaczej. Poza tym ja pracuję w zawodzie, w którym ważny jest wizerunek. A jaki wizerunek musiał utrzymywać ślusarz? Czy coś zrobił, czy nie, to w żaden sposób nie rzutowało na jego pracę.

Ty podejmowałeś czasem trudne decyzje, jak odejście z serialu "Na Wspólnej", gdy twoja dziewczyna była w ciąży.

Gdzieś jeszcze widocznie pobrzmiewały we mnie echa poczucia własnej wartości i dzięki temu miałem tyle siły, żeby powiedzieć: „dobra, wypisuję się z serialu”, czyli z życia na pewnym poziomie finansowym. Jednak teraz, gdy patrzę na to z perspektywy lat, wiem, że to był odpowiedni ruch w odpowiednim czasie. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą. Jak coś ci nie sprawia przyjemności, a już zwłaszcza w tym zawodzie, to albo zmieniasz zawód, albo dajesz sobie szansę na robienie czegoś innego. Czegoś, co będzie ci sprawiało przyjemność i pozwalało spotkać się z innymi ludźmi, którzy robią ciekawsze rzeczy. Czasami musisz po prostu coś zakończyć, otworzyć szeroko okna i dać szansę światu na przyjście nowego.

Przenieśliście się wtedy z Iloną Wrońską, twoją partnerką życiową, do Warszawy?

Kupiliśmy mieszkanie na kredyt, we frankach niestety. I trzeba było zacząć od zera. To jest najlepsza rzecz, jaką można sobie wymyślić. Teraz, gdy znajomi mają jakieś kryzysy zawodowe, kryzysy w związkach i mówią, że cierpią z tego powodu, że muszą coś zakończyć, że muszą skądś uciec, coś zmienić, ja im radzę: "Przestań cierpieć, tylko to zrób, bo nic lepszego cię nie spotka".

Nie jest nigdzie powiedziane, że masz całe życie przeżyć według scenariusza, który sobie wybrałeś dawno temu. Zmieniają się perspektywy, zmieniamy się my, zmienia się otoczenie, nawet ludzie, z którymi jesteśmy, się zmieniają. Nic złego z tego nie wyniknie, tylko dobre.

Jak wyglądała twoja zmiana?

Na początku miałem kilkunastomiesięczny przestój zawodowy, grałem w teatrze gościnnie, a potem zacząłem dostawać malutkie epizody w telewizji i kinie. I nagle pojawił się Krzysiek Łukaszewicz z filmem "Lincz", który mnie zaskoczył, bo pierwszy raz usłyszałem, że ktoś pisze coś z myślą o mnie, chociaż się nie znamy. "Lincz" to nie był jakiś nieprawdopodobny sukces komercyjny, ale w środowisku ten film zaistniał. Film opowiadał o głośnym samosądzie, do jakiego doszło we wsi Włodowo na Mazurach. Poruszał problem, który cały czas jest niestety aktualny, bierności instytucji wobec niesprawiedliwości dziejących się w jakimś miejscu, przez co ludzie muszą brać sprawy w swoje ręce. A potem to już jakoś tak poszło...

Nie tylko kariera, rodzina też ci się w tym czasie powiększyła. Masz teraz dwoje nastolatków, ale żyjesz bez zbędnych formalności, jak to nazywasz.

Ja muszę czuć wolność, czuć, że jesteśmy z Iloną, bo chcemy, a nie dlatego, że wiąże nas jakiś dokument albo boimy się, co ludzie powiedzą, gdy się rozstaniemy. Póki się to udaje, jest super. Tak samo jest w zawodowej sferze. Jeżeli ktoś mi mówi, że należę do stacji matki, to płonę w środku. Bo to jest wolny zawód, nie czuję przynależności do żadnej z grup. Mam to gdzieś głęboko w naturze, nigdy do żadnych subkultur nie potrafiłem się przyłączyć albo nie chciałem. Zawsze śmieszyło mnie stroszenie piórek czy przybieranie barw klubowych, wydawało mi się absurdalne.

Cały wywiad przeczytasz w nowym, grudniowym wydaniu magazynu PANI.

PANI teaser

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również