Umie złożyć pistolet w kilkanaście sekund, galopować na oklep i grać twardzielkę. Kojarzymy ją z mocnych ról, trudno połączyć ten wizerunek z drobną dziewczyną, jaką jest poza kadrem. Wrażliwa i refleksyjna. Z czułością mówi o dziadku, ludowym artyście, dzieciństwie w przyjaznym domu na niespokojnej Pradze i spotkaniu z Andrzejem Wajdą. Paulina Gałązka umie się odnaleźć w kontrastowych rolach i relacjach.
Spis treści
Uwagę zwróciła jako studentka, zdobywając w 2013 roku główną nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych. Po dyplomie dostała angaż w warszawskim Ateneum. Debiutowała rolą Stelli w sztuce Tramwaj zwany pożądaniem w reżyserii Bogusława Lindy. Pracowali ze sobą wiele razy. Teraz w filmie Zamach na papieża Władysława Pasikowskiego – oboje w rolach idealistów walczących ze światem pozbawionym zasad. Aktorskie notowania Pauliny Gałązki idą w górę. W 2018 była nominowana do New German Talent Award, w 2022 zdobyła Septimus Award w kategorii Najlepsza Aktorka Europejska. Dubbingowała też główną bohaterkę w oscarowej Barbie. I nominowano ją na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni do nagrody w kategorii „rola drugoplanowa”. A miała robić karierę w dyplomacji…
Twój STYL: Kończysz dobre warszawskie liceum Czackiego, studiujesz stosunki międzynarodowe, znasz języki... I nagle rzucasz to dla łódzkiej filmówki. Co się stało?
Paulina Gałązka: Zawód miłosny wywołał u mnie kryzys egzystencjalny. Zostawił mnie chłopak, student architektury. I ten kryzys przyniósł odwagę do zweryfikowania mojej drogi.
Jakie były wnioski?
Że studia wybrałam z rozsądku, nie pasji. Moja rodzina nie miała zaplecza finansowego, uznałam więc, że muszę zacząć zarabiać i postawić na „coś pewnego”. Aktorstwo byłoby pomysłem szalonym, to zawód wysokiego ryzyka. Z ekonomii miałam piątkę, rozumiałam, jaka jest rozbieżność między podażą aktorów a popytem na nich. Ale pomyślałam też o mamie, która chciała śpiewać, miała nawet szansę zostać frontmanką w zespole rockowym. Jednak z rozsądku wybrała zawód laborantki. Wiele razy mówiła, że żałuje niewykorzystanej szansy. Pomyślałam: może w życiu warto się odważać? W sekrecie poszłam więc na egzaminy do łódzkiej filmówki. Jak powiedziałam mamie, że się dostałam i robię radykalny zwrot, złapała się za głowę.
W jakich okolicznościach w ogóle narodziła się ta fantazja, że staniesz na scenie?
Aktorów w rodzinie nie było, ale gen twórczy – tak. Dziadek z podlaskiej wsi udowadniał, że można być rolnikiem i artystą. Wyrabiał instrumenty ludowe, pisał wiersze, komponował. A gdy zjeżdżaliśmy do niego z kuzynostwem, podsuwał nam pomysł zabawy w teatrzyk. Za wystawione przedstawienia dostawaliśmy nawet pieniądze na słodycze. Pierwsza gaża! Byłam najmłodsza z dwudziestki wnucząt moich dziadków, więc dostawałam role najmniej znaczące. Na przykład mrówki w Szewczyku Dratewce albo węża w Wygnaniu z raju, bo odgrywaliśmy i takie fabuły. Co zrobić, gdy twoja starsza siostra dostaje rolę Boga, a ty węża?
Można się sfrustrować albo… jakoś to ograć.
Ja wpadłam na pomysł, by tak zagrać mrówkę czy węża, żeby wszystkich zaskoczyć. Przykuć uwagę mimo słabej pozycji wyjściowej. Wkładałam w tę zabawę ogrom kreatywności. I miałam frajdę, bo osiągałam cel. Zabawa w teatr kojarzyła mi się z ekscytacją i wyzwaniami, do których szybko dorastałam. Gdy po latach, w chwili kryzysu, zapytałam siebie: Paulina, co ty tak naprawdę chcesz robić? Wyszło mi, że grać.
Niezłe przygotowanie do nie zawsze wymarzonych ról...
Tak pomyślałam na zawodowym starcie – że nie ma małych ani nieciekawych ról. Postanowiłam, że jakiekolwiek aktorskie zadanie dostanę, zrobię z niego cacuszko. Włożę w nie całą swoją kreatywność. To często zaskakiwało ludzi, z którymi pracowałam – że tyle pasji wnoszę w rolę pozornie nieznaczącą albo stereotypową. Że zagłębiam się w epizodyczną postać.
Twoje role to kalejdoskop kontrastów. W Ateneum partnerowałaś wybitnym aktorom: Kuleszy, Lindzie, Opani, Bluszczowi. Grałaś w filmach festiwalowych. Ale było też kino komercyjne. Na ekranie sporo bywałaś wśród gangsterów…
Umiem przeskakiwać między światami i z każdego czerpać. Wychowywałam się na warszawskiej Pradze-Północ. Dzielnica ma nie najlepszą reputację, zasłużoną. Z jednej strony sztuka, książki, zdobywanie wiedzy – to było ważne w moim domu. Z drugiej, kończyłam praskie gimnazjum, do którego najczęściej w mieście wzywano straż miejską. Bywało ostro. Pamiętam, jak kiedyś naraziłam się dziewczynie, z którą lepiej było nie zadzierać, bo byłam „metalówą”, a ona nie akceptowała takiej muzyki. To wystarczało, żeby oberwać. Wybronił mnie kolega. Do dziś pamiętam, jak staje między nami i mówi „Zostaw ją! Ona jest spoko”. Te kontrastowe doświadczenia sprawiają, że czuję się dobrze i w intelektualnym spektaklu, i wśród filmowych gangsterów. Lubię kino akcji. Często dostaję role silnych, ekstrawertycznych kobiet i umiem budować takie postacie, choć są dalekie ode mnie. To nie sztuka zagrać jakiś wariant siebie – w moim przypadku byłaby to rola mola książkowego. (śmiech) Czytam mnóstwo – interesuje mnie psychologia, historia, ale gdy trzeba złożyć glocka w kilkanaście sekund, też dam radę. Trenowałam pod okiem żołnierzy z Gromu, pracując nad rolą w Diable. Do filmów akcji nauczyłam się też strzelać, jeździć na motocyklu. A w związku z nowym projektem, gdzie gram agentkę KGB, również jeździć na desce, walczyć wręcz i strzelać z broni snajperskiej. Lubię to i nieźle sobie radzę. Przy okazji dowiedziałam się, że kobiety w tym fachu są podobno lepsze od snajperów.
Ale w Zamachu na papieża, gdzie grasz z Bogusławem Lindą, to on jest snajperem, a ty… pielęgniarką. Szorstkie kino. Jak się w nim odnajdujesz?
Z Bogusławem Lindą znamy się od lat. Jego ekranowy wizerunek nie pokrywa się z tym, kim jest: wrażliwym, uważnym człowiekiem. Reżyserował pierwszy spektakl, w którym grałam w Ateneum. To wymagający, ale i wspierający reżyser. Czułam, że we mnie wierzy. Jest też wymarzonym partnerem na planie filmowym. W scenach z nim przestawałam czuć, że to gra. Pojawiał się energetyczny flow, akcja płynęła bez potknięć. To mistrzowska umiejętność. Z Władysławem Pasikowskim pracowałam pierwszy raz. W jego filmach relacje międzyludzkie bywają brutalne, więc zaskoczyło mnie, że na planie jest absolutnym dżentelmenem.
À propos filmów ostatnich, grałaś też w Powidokach u Andrzeja Wajdy.
I mam wspomnienie, jak pan Andrzej tworzył z nami początkową scenę, gdy bohaterka grana przez Zosię Wichłacz przychodzi na plener malarski studentów Strzemińskiego. Byłam wśród nich. Barwnie opowiadał nam, co widzi kamera, jakby malował obraz. To świetne połączenie: reżyser i malarz, pomyślałam wtedy.
W filmowym środowisku nie wszyscy są dżentelmenami. Jak sobie radzisz z seksizmem, próbami umniejszania? Sporo aktorek wciąż ma i takie doświadczenia.
Praga nauczyła mnie tego, że nie można dać po sobie poznać, że się boisz, bo wtedy łatwo stać się ofiarą. Ale też że nie możesz milczeć, gdy coś ci się nie podoba. Jestem drobną blondynką, lecz gdy pada seksistowski żart, reaguję stanowczo. Czasem stosuję mirroring. To technika, którą poznałam w psychoterapii. Polega na tym, że wobec kogoś, kto nadużywa swojej pozycji, robi się odbicie lustrzane jego zachowania. Tyle że jakby w krzywym zwierciadle. Gdy kolega z planu zapytał kiedyś protekcjonalnym tonem: „Co tam skrzacie?”, odparowałam bez uśmiechu: „Nie chcesz wiedzieć, Rumcajsie”. Żarty się skończyły. Na pewne zachowania się nie godzę i umiem być stanowcza. Jako aktorka jestem profesjonalna, skupiona na zadaniu. Nie przychodzę na plan zawierać znajomości. Szanuję innych i oczekuję szacunku. Na szczęście świat filmowy się zmienia, staje bardziej prokobiecy. To widać też po ciekawszych rolach dla aktorek w każdym wieku.
Masz umiejętności, które dają szansę na rolę w kobiecej wersji Bonda. Ucieszyłaby cię taka propozycja?
Jasne! Agentka KGB, rola, nad którą teraz pracuję, to już ktoś z branży, choć jednak po ciemnej stronie mocy. (śmiech) Ale moja rola marzeń to postać Katarzyny Medycejskiej. Niestety, obłędnie zagrała ją już włoska aktorka Virna Lisi w filmie Królowa Margot z 1994 roku. Katarzyna jest przez historyków uważana za czarny charakter. Obarcza się ją odpowiedzialnością za rzeź hugenotów w noc Świętego Bartłomieja. A Lisi pokazała ją jako postać złożoną, pełną kontrastów i skomplikowanych uczuć – robi okrutne rzeczy, by chronić tych, których kocha. To wielka sztuka pokazać tak wielopoziomowo postać dla większości wyłącznie niechlubną. Udowodnić, ile kontrastów może współistnieć w jednej kobiecie.