Czas uczy pokory? Jego to nie dotyczy. Wcześnie nauczył się używać pięści i nieraz walczył o to, co ważne, nie myśląc nad konsekwencjami. Poglądy ma wyraziste, w słowach nie przebiera, prostymi ścieżkami nie chodzi. Z wiekiem nie spokorniał. Wciąż znajduje powody, by się sprzeciwiać, być w kontrze. Dla Maćka Maleńczuka męskość to boksowanie się z życiem.
Spis treści
Twój STYL: Mówią o tobie – wieczny rebeliant. Bunt masz wpisany w DNA?
Maciek Maleńczuk: Raczej nie. Byłem łagodnym dzieckiem, pozytywnie nastawionym do świata. Lubiłem stać po stronie dobra, niestety, okoliczności nie sprzyjały. Dostałem kilka razy w łeb, w końcu oddałem. Odkryłem, że mogę torować sobie drogę przez życie za pomocą pięści. Mój ojciec był bokserem, miałem do tego dryg. W Polsce istnieje wielowiekowa tradycja szczucia, w podstawówkach również. Pamiętam, jak koledzy przyczepili się do jednej z dziewczyn. Była bardziej rozwinięta fizycznie niż reszta, miała już piersi, więc chłopcy zaczęli ją prześladować, wyśpiewując sprośne piosenki. Nie podobało mi się to, ale raz – co haniebne – wziąłem w tym udział. Zobaczyłem w jej oczach rozczarowanie. Na drugi dzień zacząłem lać wszystkich, którzy ją zaczepiali. Szczucie się skończyło. Dostałem nawet buziaka w nagrodę.
Uśmiechasz się na to wspomnienie. Ile miałeś lat?
Może dziesięć.
Sam przeciw grupie. Pierwszy świadomy bunt?
Mój bunt polegał na tym, że nie chciałem wpasować się w system. Nie pasowałem do tego świata. Czułem się lepszy, a wszyscy mi wmawiali, że jestem gorszy. Z kolejnych szkół wyrzucali mnie za krnąbrność. Często opuszczałem lekcje i funkcjonowałem we własnym świecie. Słuchałem radia, nagrywałem na magnetofon jazz i bluesa. Miałem czas, żeby wybrać się do biblioteki, czytać, szperać po śmietnikach. Wtedy ludzie wyrzucali mnóstwo książek, zwłaszcza rosyjskich autorów. Puszkina znalazłem w kuble pod domem.
Nikt nie próbował cię utemperować, ustawić do pionu?
Próbowali. Najmilej wspominam harcerstwo. Bardzo dobrze się tam spisywałem. Nauczyłem się alfabetu Mor se’a i dzięki mnie nasza drużyna zdobyła puchar w za wodach. Kiedyś na obóz w Łabowej przyjechał instruktor ZHP Antoni Macierewicz. Przyczepił się do mnie o długie włosy, a sam ćmokał fajkę. Odpyskowałem mu, że prawdziwy harcerz nie pali. Na koniec obozu zorganizowano bal, na który przebrałem się za dziewczynę. Cel był jeden: spędzić w namiocie dziewcząt cały dzień, zawsze mnie do nich ciągnęło. Niestety, druh drużynowy źle to zrozumiał. Do niczego nie doszło, ale… zrezygnowałem z harcerstwa.
Ile miałaś lat, gdy wyszedłeś z domu, trzaskając drzwiami?
Nie trzasnąłem. Zostałem delikatnie poproszony o wyprowadzkę. Zajmowaliśmy z mamą małe mieszkanko. Czasami znikałem na pół roku, potem wracałem. Idąc do więzienia za odmowę służby wojskowej, zostawiłem swoją norę pełną plakatów jazzowych. Po powrocie zastałem pokój pobielony, odnowiony, ale na stole stał wielki bukiet pięknych dorodnych makówek. Mama je tam postawiła, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni...
Odmowa służby wojskowej w 1980 r. tuż przed stanem wojennym, gdy wojsko wysyłano do pacyfikowania strajkujących, to był...
… konkretny bunt. Zanim stawiłem się na komisję poborową w Gdańsku, podjąłem dwutygodniową głodówkę – tak mi podpowiedział mój kumpel Drwal. Przyjechałem do jednostki wycieńczony. Ostrzygli mnie i wysłali do izby chorych jako świra, który odmawia służby. Różne typy, od kaprala po porucznika, przychodziły mnie oglądać. Po tygodniu pojawił się kapitan. Przystojny, z wąsem, w mundurze. Ja w piżamie i kapciach. Ściągnął czapkę, przeczesał włosy i mówi: „Rozumiem cię, bo też się armią rozczarowałem. Teraz czekam, aż mi się skończy służba i pójdę do brata robić pustaki. Dam ci radę: zacznij jeść i idź na kompanię. Zostań dobrym żołnierzem, a inni będą cię szanowali. Albo trafisz do więzienia”. Założył czapkę i wyszedł. Miałem 19 lat. Zaczynałem łapać dystans do rzeczywistości, bujałem się z hipisami, byłem pacyfistą. Wolałem odmówić. Honorowo odbębnić wyrok i wyrosnąć na bohatera.
I tak się stało. „Czy Chrystus przyjąłby kartę powołania?”. To pytanie było hasłem akcji „Uwolnić Maleńczuka”. Dostałeś dwa lata, wyszedłeś z więzienia sześć miesięcy wcześniej.
Sporo czasu spędziłem za kratkami przy Kurkowej w Gdańsku, gdzie prezydent poznał „Śledzia”... Historia splata ludzi. W więzieniu pokazali mi, że na najniższym poziomie „piekła” też jest człowiek. Nauczyłem się dogadywać z dolną sferą społeczeństwa, nazywaną patologią. Zostałem mistrzem przetrwania w najtrudniejszych warunkach. Wyszedłem warunkowo z nakazem stawiennictwa i jak idiota poszedłem do WKU (Wojskowa Komisja Uzupełnień – red.) zgłosić, że mnie wypuścili. Gościu patrzy na mnie zdziwiony: „K…, Maleńczuk?! Nie wierzę!”. Wstał, z górnej półki wyjął moją teczkę, zdmuchnął kurz i mówi: „Idziesz do armii! – Jak to do armii?!”. Nagle zrozumiałem, że popełniłem błąd, bo ta teczka mogła tam leżeć forever. – „Przecież ja wczoraj wyszedłem z więzienia, bo odmówiłem służby wojskowej?! – Ale masz kategorię A1! Znowu cię powołamy!”.
Rozpacz czy wściekłość?
Jedno i drugie. Wpakowałem się w poważne tarapaty. Sześć razy wzywano mnie na komisję. Na szczęście nauczyłem się w więzieniu udawać wariata. Zaliczyłem też dwa miesiące psychiatryka w Kobierzynie. Pewnego dnia dostałem pismo, że jestem trwale przeniesiony do rezerwy. Moja wojskowa epopeja skończyła się w 1985 r.
W tym czasie ćpałeś i grałeś na ulicy. Kolejny bunt?
Od ósmego roku życia czuję się outsiderem nieprzystającym społecznie. Postępuję wbrew karmie. Powinienem już nie żyć, ale żyję. Rock and roll stał się sposobem na przetrwanie. Symbolem asertywności. Znakiem, że człowiek nie musi wegetować jak reszta społeczeństwa w komunizmie. Zagoniona, zaszczuta, która chodzi jak w zegarku i nic z tego nie ma, Ledwo wiąże koniec z końcem. Wszyscy jechali tramwajem z domu do roboty, z roboty do domu. A ja i koledzy jechaliśmy tramwajem ot tak. Czuliśmy się wolni. Ćpanie to był nasz bunt. Warszawa i Kraków były pełne takich rebeliantów. W wieku 21 lat zacząłem grać na ulicy. W takim miejscu jesteś ostatni w łańcuchu pokarmowym. To nie było bezpieczne miejsce. Dlatego zgłosiłem się do konkursu „Śpiewać każdy może”. W jury siedział Jan Kanty Pawluśkiewicz, Zbyszek Książek, Jacek Zieliński. Eliminacje odbywały się w klubie studenckim Zaścianek. Wierzyłem w swój talent: przyjdę, zaśpiewam Whisky, moja żono i wygram. Niestety, pojawił się 18-letni chłopiec w garniturze, pod muszką. Usiadł do fortepianu i perfekcyjnym angielskim zaśpiewał Sonety Szekspira. Wyglądał, jakby się urwał z Konkursu Chopinowskiego. To był Grzesiek Turnau. Nie miałem szans.
Wróciłeś na ulicę?
Co miałem zrobić? Czekać, aż ktoś zadzwoni, gdzieś zaprosi? Muzyk nie idzie na ulicę z wyboru, tylko żeby przetrwać. Ulica dawała mi możliwość występowania, zdobywania doświadczenia scenicznego. Gdy grasz z zespołem, pykasz po strunach, plumkasz, nie musisz nadawać tempa. Gdy stoisz na ulicy, bez nagłośnienia, musisz sobie pomóc całym ciałem: tupać, krzyczeć, żeby zaistnieć. To samo w sobie jest buntownicze. Trzeba odwagi, by to zrobić. Odwaga jest przełamaniem strachu. Na ulicy musisz być całkowicie obojętny, jak maszyna. Są tacy muzycy, ja do nich nie należę. Zawsze mam lekką tremę. Lubię zdobywać publiczność. Wolę mieć brawa na zejściu niż na wejściu.
O twojej płycie Klauzula sumienia krytycy pisali: „Bezkompromisowa, brutalna. Maleńczuk porusza się pomiędzy polskimi przywarami, fobiami i kompleksami z gracją słonia w składzie porcelany. Imponująca forma”.
To też forma buntu. W życiu, jak w boksie, nie przetrwasz bez dystansu. Jestem artystą. Artyści nie lubią trzymać się schematów. Płytami rozwalam system. Czasem wystarczy prosty bit. Na tym polega sztuka. Ale moja twórczość twardo stąpa po ziemi. Nie śpiewam abstrakcyjnych tekstów. Biorę je z życia. Kiedy naród wybrał nowego prezydenta, postanowiłem, że umywam ręce i kończę bezpośrednią walkę polityczną na koncertach. Wróciłem do obyczajów: Nalej jej, Cygańska dusza. Kilka nowych numerów czeka w kolejce. Komentarze obyczajowe bywają bardziej wstrząsające od politycznych, które szybko wietrzeją, więc z ulgą się od nich uwalniam.
Twoje córki mają rebelię w genach?
Dzieciństwo miały fajne, bezstresowe. Jestem najbardziej tolerancyjnym ojcem na świecie! Dom był bezpieczną przystanią, więc nie było rebelii. Mają jednak po mnie nieustępliwość. Jak któraś się wkurzy, nie ugnie się. Ale są bardziej zrównoważone ode mnie. Być może byłbym jak one, gdybym miał mniej pokręcone życie. Ale wtedy była komuna, bieda i syf. Wiedziałem, że chcę grać, a nie miałem warunków do rozwoju. Gdy ktoś w towarzystwie kupił gitarę Gibsona, chodziliśmy podziwiać. Gitary, które miałem na początku, wydawały smutne plum, plum. Na ulicy były niesłyszalne. Dopiero gdy od znajomego kupiłem gitarę za sto dolców, usłyszałem, co to jest ostry, szarpliwy dźwięk. Zmarnowałem wiele czasu pomiędzy 15. a 20. rokiem życia.
W ramach buntu nie zdałeś matury?
W ramach buntu jako dorosły człowiek poszedłem do Centrum Kształcenia Ustawicznego i zdałem maturę z polskiego. Jestem poetą, uznałem, że wypada. Resztę odpuściłem. Będziesz się śmiała – byłem zły, że dostałem tylko czwórkę. Mam chorą ambicję, żeby wszystkim pokazać.
I pokazujesz. Jesteście z Ewą razem 40 lat. A mówiłeś, że małżeństwo to kajdany.
Nadal tak uważam. Śmieję się, że od 40 lat drzemy koty i wciąż jesteśmy razem. Buntowałem się w naszym małżeństwie wielokrotnie, między innymi w ten sposób, że nie ukrywałem się z kochankami. W końcu się poddałem. Robię to samo co mój pies Shaggy, rozkładam się na cztery łapy. Każdy facet przy zdrowych zmysłach powie: „Chcesz mieć spokój? Nie fikaj starej”. Nie wdając się w szczegóły – sprawy małżeńskie wymagają pewnej tajemnicy – przyznaję, że na tym polu bunt mi się nie udał.
Nie wyglądasz na faceta, który… żałuje. Na wielu polach wciąż buntujesz się bohatersko. Nie każdego stać na bez kompromisowość, odwagę przekraczania granic.
Wielu ludzi nie stać na wiele… Pracuję nad kolejną płytą według wierszy Emily Dickinson, które są doskonałe. Można pośpiewać sobie o śmierci, podywagować o sensie życia. Z córką Irmą, która świetnie zna angielski i mi pomaga, pracowaliśmy ostatnio nad wierszem o wojnie secesyjnej: „Czasami wstyd normalnie żyć, gdy tylu ludzi umiera za naszą wolność”.
Głupio mi nagle, że nie będę mógł już pójść do wojska, bo jestem za stary. Ale spróbuję się przydać, gdy będzie potrzeba. Gdy w 2014 r. Putin napadł na Krym, zrozumiałem, że nadszedł czas nauczyć się strzelać. Strzelam z łuku, pistoletu, karabinka. Mam dobre oko, wroga trafię.
Stanisław Grochowiak pisał: „Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia; Jest teraz w locie: dojrzałym, dokolnym, Jakim kołują doświadczone orły”. Buntownik Maleńczuk dojrzał?
Człowiek z życiowymi doświadczeniami zwykle „mądrzeje”, zaczyna schylać głowę, bo po co się narażać? U mnie to jakoś nie następuje. Wciąż mam wolnościową duszę. Nie znoszę, jak coś lub ktoś ma nade mną władzę.