To jego moment. Świetne role filmowe, reżyserskie sukcesy w teatrze. Prywatnie: miłość, dobry związek, przyjemności. Dzieci samodzielne, wnuki dają radość. To wszystko równa się szczęście. Tomasz Sapryk czuje smak spełnienia. Ale po drodze były trudne próby. Wyszedł z nich cało.
Spis treści
Bywają aktorzy, którzy muszą czekać, ich kariera toczy się w cieniu ról drobnych, drugoplanowych. Morgan Freeman stał się popularny po pięćdziesiątce, Alan Rickman, niezapomniany Severus Snape z Harr’ego Pottera, 20 lat grywał epizody. Tomasz Sapryk też należy do tego klubu. W Wielkiej Warszawskiej gra Pelta, trenera jazdy konnej, człowieka o wielkim sercu i mocnym kręgosłupie. Wcześniej było Święto ognia, Czarna śmierć. Ma prawie 60 lat i satysfakcję, bo wszedł do grona aktorów, których na castingi zaprasza się dla formalności albo obsadza w ciemno. Czas pracował na korzyść. Z sympatycznego zawadiaki zmienił go w mężczyznę o refleksyjnym spojrzeniu i osobowości. To uważny, inteligentny, świadomy siebie aktor i człowiek. Ciekawszy, bardziej przekonujący niż przed laty.
Twój STYL: Grasz w filmie Wielka Warszawska. Intrygi, mafiosi kontra idealiści, świetnie odtworzona atmosfera lat 90. – muzyka, auta i moda z epoki, ale przede wszystkim konie, gonitwy. To twoja dziedzina?
Tomasz Sapryk: Na wyścigach się nie znam, ale jeździłem konno wiele lat, jeszcze przed studiami w szkole aktorskiej. Dzięki tej umiejętności dostawałem pierwsze drobne role. W Wielkiej Warszawskiej zbiegły się moja miłość do koni, ciekawy scenariusz i sympatia do reżysera Bartka Ignaciuka. Poznaliśmy się, gdy grałem epizod w jego komedii Podatek od miłości. Pracowaliśmy też przy serialu Wielka woda, gdzie był współreżyserem. Imponuje mi jego inteligencja, spokój i ciepło. Satysfakcjonujące jest, że byłem dla niego aktorem „pierwszego wyboru”. To nie zdarza mi się często. Czasem odbieram telefon i sądząc po bliskim terminie zdjęć, wiem, że w tym czasie nie mógł ktoś inny i potrzebne jest zastępstwo. Dlatego mój plan na najbliższe lata brzmi: być aktorem, o którym reżyser pomyśli w pierwszej kolejności.
Trener, ale także lekarz, którego grasz w serialu Czarna śmierć, to faceci z charakterem, nieuciekający przed decyzjami. Wolę ich od twoich poprzednich postaci. Popłaca dojrzałość życiowa czy doświadczenie aktorskie?
One się uzupełniają. Czytałem ostatnio wypowiedź Jana Englerta, z którym często się nie zgadzam. Opuściłem przecież teatr, gdzie był dyrektorem. Ale szanuję to, co mówi o aktorskim rzemiośle – że dla niego jest ważniejsze niż artyzm. Coś w tym jest. Mógłbym, z sympatią, dać przykłady aktorów, którzy „technicznie” mnie czarowali, ale w ich grze brakowało błysku. I odwrotnie – błyszczeli, ale zabrakło rzemiosła. Mnie nauczono „robić buty” i stoję przy tym warsztacie już 36 lat, więc potrafię zachować się przed kamerą i na scenie, ale rozumiem też upływ czasu w tym zawodzie. Zależy mi, by „do końca” być aktorem współczesnym. W Wielkiej Warszawskiej role drugoplanowe zostały obsadzone przez aktorów z dużym doświadczeniem i mimo wieku nowoczesnych. Tacy do dziś są Janusz Gajos, Marek Kondrat – wciąż patrzy się na nich z zachwytem. Grają, ale przede wszystkim SĄ na ekranie. Takie uprawianie zawodu mnie interesuje.
Po ostatnim festiwalu w Gdyni o młodych reżyserach i aktorach jest głośniej niż o filmowych wygach. Emi Buchwald, Matylda Giegżno, chłopcy z Ministrantów itd. – pachnie czymś nowym.
Dostrzegam to. Kino musi stawiać na młodych. Janek Komasa wyreżyserował w USA fantastyczny film Rocznica, który będzie ważny także dla Amerykanów. Za kamerą stał wspaniały młody operator Piotr Sobociński. Kasper Bajon, Janek Holoubek czy Maciej Buchwald robią znakomite filmy i seriale. Wyszli z tradycji, choćby z racji domów, w jakich dorastali, ale mają nowoczesny sposób patrzenia i opowiadania połączony z wrażliwością artystyczną i ludzką. Długo będę pamiętał drobne zdarzenie. Któregoś dnia uciekłem z planu serialu Rojst, bo śpieszyłem się na pociąg. Rano telefon: Jan Holoubek. Myślę: co tam namieszałem? A on: „Tomek, wczoraj były zdjęcia zbiorowe, nie zdążyłem się pożegnać i ci podziękować”. Klasa, prawda? Tak niewiele potrzeba… A co do osobistej dojrzałości i życia prywatnego – pozwala mi to pracować w spokoju. Kiedyś popełniałem sporo błędów przy wyborze ról. Po prostu musiałem utrzymać dom. Troje dzieci w Polsce w latach 90. to było wyzwanie. Bardzo się z Alicją, moją żoną, staraliśmy, żeby miały wszystko. Grywałem role, na które dzisiaj bym się nie zdecydował – bo trzeba było kupić buty, wysłać dzieciaki na basem, opłacić lekcje języka i kolonie. Dzisiaj lepiej panuję nad zawodową drogą, choć wiekowo przesunąłem się w trudną strefę. W mojej kategorii: „poważny ojciec” albo „fajny dziadek” pracy jest mniej. Ale to nic nie zmienia – bardziej świadomie wybieram, z większym komfortem przygotowuję się do roli i bardziej cieszę pracą.
Pogoda ducha to twój znak firmowy. Na poczuciu humoru stoją spektakle Widelec w głowie (trzy kobiety knują plan odzyskania majątku przegranego w karty przez męża nieboszczyka) i Czarna komedia (rzeźbiarz walczy o przychylność bogatego mecenasa i przyszłego teścia). Jesteś reżyserem tych sztuk.
Od 10 lat zajmuję się reżyserią. Kocham inteligentny humor, który niestety stał się deficytowy. Żal mi czasem, że nie korzystamy z tradycji, którą stworzyli artyści tacy jak Młynarski, Osiecka, Tym, Bareja, Machulski, Koterski. Nie zgadzam się, że ponieważ komuna upadła, nie ma się z czego śmiać. Pamiętam spektakl Teatru Telewizji Rozmowy przy wycinaniu lasu autorstwa i w reżyserii Stanisława Tyma i scenę przy ognisku, gdy Janusz Gajos jako Bimber opowiada nam, drwalom, fabułę Hamleta, a my zastanawiamy się, czy Ofelia utopiła się, bo pływała na niestrzeżonym kąpielisku. Za takim poczuciem humoru tęsknię. Trochę go zobaczyłem w serialu 1670. Oby więcej. W teatrze lubię się pogrzebać w psychologii, napięciach, deficytach, nieporozumieniach między ludźmi – i z tego się śmiać. Reżyserowanie mnie fascynuje. Lubię i umiem „wyciągać” z aktorów rzeczy, których inni reżyserzy nie wymagają. Bo sam jestem aktorem. W filmie proszą nas zawsze o to samo. Czyli to, co już w naszym wykonaniu widzieli. Np. Krzysztof Kowalewski był erudytą, aktorem filozofem. A obsadzano go jako „człowieka pociesznego, rubasznego”. Dlatego walczę z szufladkowaniem. Sam o parę razy za dużo zagrałem pijących bohaterów. Teraz dostaję ciekawsze propozycje. Ostatnio grałem Tadeusza Boya-Żeleńskiego w serialu Piekło kobiet. Mimo że akcja toczy się 100 lat temu, problem wydaje się aktualny. Wcześniej było Święto ognia w reżyserii Kingi Dębskiej. Dla mnie to ważny film, bo grałem ojca wychowującego samotnie dwie córki, jedna z nich ma porażenie mózgowe. Próbowałem łączyć doświadczenie aktorskie i życiowe. Chyba się udało.
Na antypodach zadowolenia z nowych propozycji jest niedosyt, który mógł ci towarzyszyć. Masz skłonność do bilansowania swoich osiągnięć?
Każdy aktor na pewnym etapie czuje potrzebę analizy: co zrobiłem, jaki to ma sens i w jakim momencie jestem? Zdaję sobie sprawę, że przy obsadzaniu filmu pada czasem: „Sapryk? A może jakieś mocniejsze nazwisko?”. To mnie nie zniechęca. Mam swoje ciekawe życie i ono rekompensuje mi deficyty zawodowe. Czasami zastanawiam się nad kosztami poniesionymi w tej długiej drodze. Młodsze pokolenie aktorów jest bardziej otwarte, asertywne. Ja nie umiałem stawiać granic, mówić „nie”. Grypa nie grypa – grało się, problemy osobiste szły na bok. Tak byliśmy wychowani, klucz na szyję i do szkoły. Bez sentymentów. Rodzice walczyli o każdą złotówkę, żeby nam dać jak najwięcej, ale nie było rozmów w stylu: co czujesz, w czym ci pomóc? Słyszeliśmy: kanapki na jutro są w lodówce.
Dla naszego pokolenia to miała być szkoła charakteru. Podobnie jak harcerstwo. Wiem, że i dla ciebie było ważne. Opowiedz o tym.
Grochów, szkoła 215 znana z tego, że jako jedyna podstawówka w mieście w tamtym czasie miała basen. Stąd moja pasja do pływania. Po południu szło się na religię, oczywiście na plebanię, albo na zbiórkę. W szkole działał szczep nr 288. Pamiętam wyjazdy, ogniska, las, w którym trzeba było zbudować obóz, mycie w jeziorze... Gdy na ekrany wszedł Rambo, byłem pewien, że też bym przeżył w lesie jak on dzięki umiejętnościom zdobytym w harcerskim życiu. Zostałem drużynowym, uczyłem się podejmować samodzielne decyzje, które dotyczyły mnie i innych. Wtedy kształtowało się moje poczucie odpowiedzialności.
„Skauci są dziećmi wolnych przestrzeni”, mówił Robert Baden-Powell, twórca skautingu. Miejsca mają znaczenie w kształtowaniu charakteru. Z premedytacją zapytam, czy wychowywał cię Grochów. Uważaj, mieszkam w tej dzielnicy i dbam o jej dobre imię.
To zmyjesz mi głowę za to, co mówiło się tam przed laty: „Wsiadam w tramwaj i jadę do Warszawy!”. Żart. Grochów kojarzy mi się z bazarem Szembeka, Olszynką Grochowską, przestrzenią. Mieszkałem przy Ossowskiej, a Szaserów była wtedy w połowie brukowana i piaszczysta. Było dużo miejsc do grania w piłkę. Wieczorem mama wołała: Tooomek, gdzie jesteś, kolacja! Całe dnie spędzaliśmy na podwórku. Graliśmy w kapsle, komuś zbiło się szybę, jak się zdarzył sąsiad nerwowy, trzeba było ponieść konsekwencje. Popalaliśmy w piwnicy, robiliśmy „kopcie” – miażdżyliśmy piłeczki pingpongowe, pakowaliśmy do pudełek po zapałkach i podpalaliśmy, dymiło się genialnie. Fajne wspomnienia. Będąc w okolicy, za każdym razem obiecuję sobie, że przejadę obok budynku, w którym mieszkałem, i… nie robię tego. Nie wiem dlaczego. Może chcę pamiętać tamten Grochów?
Porozmawiajmy o próbach, którym los poddał twój charakter. Przeszedłeś zawał i to nie był koniec kłopotów…
Tak. Miałem 45 lat i wierzyłem w nieśmiertelność. Ale popełniłem kilka błędów, mam obciążoną kartotekę rodzinną, powinienem zwrócić na to uwagę. Poszedłem na badania, gdy poczułem się niedobrze. Zrobiłem próbę wysiłkową, EKG, echo serca. Powiedziano mi, że… jestem zdrowy jak koń. Dwa tygodnie później miałem zawał. „Koń” się przewrócił. Ach, ta służba zdrowia… Pół roku później zdiagnozowano u mnie raka. Kardiolog musiał zaświadczyć, że mogę poddać się operacji, nie było pewności, czy zniosę to wszystko naraz.
A co zrobiłeś z pierwiastkiem nieśmiertelności?
Postawiłem na pragmatyzm. Spojrzałem w kalendarz – jak wszystko ustawić, żeby nie rezygnować z przedstawień i móc pracować. Sytuacja była abstrakcyjna dla mnie i bliskich, ale wszyscy chcieliśmy sobie z tym poradzić. Dostałem ogromne wsparcie, nieprzebrane pokłady miłości. Nie żebym szybko wrócił do zdrowia, ale dałem radę. Nie odkryłem życia na nowo, jak wielu po takim doświadczeniu. Zawsze tak samo kochałem dzieci i żonę – przed chorobą i po niej. Może te przeżycia złożyły się na siłę, którą mam dziś? Jedno wiem: bardzo chcę, żeby to się nie powtórzyło.
Mówisz, że twoją siłą jest żona.
Tak. Nic by się nie udało, gdyby nie Alicja.
Reżyserowałeś sztukę Dwoje na zakręcie – o kryzysie małżeństwa, które jest ze sobą 27 lat. Coś o tym wiesz, macie z żoną podobny staż. Budowanie takiego związku jest…
Wymagające. Jesteśmy małżeństwem 35 lat. Życie razem, wychowywanie dzieci, pokonywanie problemów, nauka rozmawiania ze sobą – to się nie dzieje z dnia na dzień. Gdy braliśmy ślub, Alicja była w ciąży, miała 20 lat, ja 25. Docieraliśmy się i uczyliśmy siebie nawzajem, granice tolerancji były większe niż u ludzi dojrzałych. Gdy widzę kolegów, którzy próbują zacząć nowy związek koło pięćdziesiątki, zastanawiam się, czy to możliwe dogadać się, mając za sobą tyle doświadczeń, zrezygnować z upodobań, przyzwyczajeń? Chyba ciężko, ale kibicuję. Z Alicją jesteśmy silniejsi niż na początku. Znów randkujemy, bo dzieci wyszły z domu. Umawiamy się do teatru, podróżujemy, oboje kochamy Włochy. Wiele razy musieliśmy zrezygnować ze swoich ambicji. Alunia wykonała ogromną pracę jako mama. Oddaliśmy kawałek siebie dzieciom, ale teraz jest nasz czas.
Jakie to doświadczenie patrzeć na dzieci, którym tyle się oddało, a teraz one żyją już osobnym życiem?
Pasjonujące. Starsza córka, Aleksandra, jest rekruterką, pracuje dla poważnych firm. Urodziła dwoje dzieci. Silna i świetnie zorganizowana. Nie każda kobieta decyduje się dzisiaj na macierzyństwo, nie rezygnując z pracy. Wspiera ją mąż, opiekują się sobą. Syn poszedł za pasją. Zawsze chodził z „głową w chmurach”, marzył, żeby być pilotem. I jest – kapitan Maksymilian Sapryk. Mieliśmy przyjemność z nim lecieć, powitał nas na pokładzie, łzy się polały. Ma synka i cudowną żonę. Najmłodsza Zosia studiuje w ASP, artystka. Rozkosz patrzeć na ich szczęście, jak sobie poradzili.
Spotykamy się 10 dni po narodzinach twojego trzeciego wnuka, pierwszego chłopca. Nazwisko nie zginie. To powód satysfakcji?
Ogromny, choć wszystkie wnuki kochamy z Alicją jednakowo. Radość jest tym większa, że nie ja będę te dzieciaki wychowywał, zmieniał pieluchy. Teraz mogę pojawić się z prezentem, trochę rozpieścić, zaprosić na „nocowankę”. Czas spędzony z wnukami jest niewymienialny na nic innego. Rodzina daje poczucie spełnienia. Także komfortu, spokoju i bezpieczeństwa. Czasem obrażamy się nawzajem o drobne rzeczy: a to, że ktoś nie zadzwonił, a to nie poinformował mnie pierwszego, że zmienia plany albo coś się wydarzyło. Ale drobne utarczki dodają kolorów. Czujemy się sobie potrzebni.
Zaczyna się nowy rok. Czego ci życzyć, skoro – na moje oko – masz to, co najważniejsze?
Zdrowia dla mnie i moich najbliższych. Chciałbym w tym roku wyreżyserować dobry spektakl. Może w Ateneum, który uważam za najlepszy dziś teatr w Warszawie. Życzę sobie dobrych ról i dobrych castingów. Jestem nastawiony walecznie. A na koniec życzenie dla wszystkich. Do dziś mam w głowie scenę z filmu Dzień świra, kiedy rozdzieramy polską flagę i każdy ciągnie ją w swoją stronę, krzycząc: „Moja racja jest najmojsza!”. Życzę wszystkim, żebyśmy umieli współistnieć mądrze i w spokoju.