Po latach regularnych wizyt w salonie coraz więcej kobiet rezygnuje z hybrydy na rzecz naturalnej płytki i klasycznych lakierów.
Przez lata manicure hybrydowy wydawał się rozwiązaniem idealnym. Trwały, błyszczący, odporny na odprysk. W kalendarzu pojawiała się więc stała wizyta co trzy tygodnie, a wraz z nią wybór koloru, kształtu i kolejnego terminu. Dziś coraz częściej słychać jednak o zmęczeniu tym schematem. W mediach społecznościowych kobiety dzielą się doświadczeniami po zdjęciu hybrydy: pokazują osłabione płytki, pierwsze tygodnie bez lakieru, ale też moment, w którym paznokcie zaczynają się wzmacniać i wyglądają coraz lepiej. Do podobnych doświadczeń przyznała się ostatnio na Instagramie także Maja Bohosiewicz, pisząc o wyjściu z „hybrydowego więzienia” i powrocie do paznokci malowanych głównie odżywką lub klasycznym mlecznym lakierem.
Wyświetl ten post na Instagramie
Nie chodzi o odrzucenie hybrydy jako takiej. Dobrze wykonany manicure nadal może wyglądać bardzo naturalnie i estetycznie. Zmieniło się raczej podejście. Coraz więcej kobiet nie chce być uzależnionych od terminu w salonie, od odrostu, od odprysku, który nagle psuje całość, ani od konieczności dopasowywania planu dnia do wizyty. Manicure za około 150 zł, wykonywany średnio co trzy tygodnie, to też wydatek, który w skali roku staje się zauważalny. Do tego dochodzi czas: zwykle około półtorej godziny w salonie, dojazd, rezerwacja terminu, czasem oczekiwanie na ulubioną stylistkę kilka dni.
Odejście od hybrydy wpisuje się też w większy zwrot ku naturalności. Skóra, włosy i paznokcie mają wyglądać zdrowo, ale niekoniecznie perfekcyjnie. Podobnie jest z dłońmi. Mocne kolory, bardzo długie paznokcie i widoczne zdobienia ustępują miejsca krótkiej płytce, odżywkom, beżom, mlecznym odcieniom i półtransparentnym różom. Taki manicure od lat widać także u kobiet z rodzin królewskich, gdzie paznokcie najczęściej pozostają neutralne, dyskretne i bardzo zachowawcze.
Sama po kilku latach regularnej hybrydy zdjęłam ją w listopadzie. Chciałam dać płytce odpocząć. Początek nie był łatwy. Trudno było mi przyzwyczaić się do nagich paznokci, a momentów zawahania było sporo. Kilka razy miałam ochotę jak najszybciej umówić wizytę u kosmetyczki. Paznokcie łamały się, kruszyły i wymagały dużej cierpliwości (a ciągłe pisanie na klawiaturze absolutnie w tym nie pomagało). Nigdy nie byłam fanką bardzo długiej płytki, raczej średniej, ledwo wystającej za opuszek, ale wtedy musiałam obcinać je niemal do zera. Z czasem jednak zaczęłam je naprawdę lubić. Płytka ładnie się odbudowała, jest mocna, wygląda zdrowo. Od kilku miesięcy noszę ją bez koloru albo tylko z odżywką. Jest mi z tym wygodnie, choć nie mówię hybrydzie stanowczego „nie”.
Dużą zaletą klasycznych lakierów jest też elastyczność. Jeśli kolor odpryśnie, można zmyć go w kilka minut. Jeśli pojawi się ważne wyjście, wystarczy jeden wieczór, by dłonie wyglądały bardziej elegancko. A jeśli przez kilka tygodni nie ma ochoty na żaden lakier, paznokcie po prostu zostają naturalne.