Jan Englert: "Trudne okoliczności? Dziś są, ale kiedyś miną!" Wywiad Twojego Stylu
Fot. akpa

Jan Englert: "Trudne okoliczności? Dziś są, ale kiedyś miną!" Wywiad Twojego Stylu

Jan Englert na świat patrzy z szekspirowskim dystansem, cennym w burzliwych, trudnych czasach. Sam też ma kilka szekspirowskich cech: kocha ironię, wierzy w przeznaczenie i nie boi się śmierci. Wielu uznaje go za wzór męskości. On mówi z dumą „ulepiły mnie kobiety”. Jego sposób na trudny czas? Stawiać maszty i płynąć.

Zimowy poranek, kolejny lockdown, gmach Teatru Narodowego rezonuje ciszą, choć w normalnej rzeczywistości pracuje tam kilkaset osób. Z Janem Englertem spotykamy się w jego wspaniałym, dyrektorskim gabinecie. Z okna widać kawałek placu Piłsudskiego. Siedzimy przepisowe dwa metry od siebie, na ustach maseczki. Zostały nam tylko oczy i tembr głosu, by wyłapać emocje i to, co ukryte między słowami. Ale to jesteśmy my, dwoje prawdziwych ludzi, a nie nasze internetowe kreacje. Dla Jana Englerta to fundamentalna różnica, dlatego rozmawiamy „na żywo”. Dialog musi mieć swój smak, jakość, znaczenie. Inaczej szkoda czasu...

W czasie epidemii czuje się pan w tym ogromnym, pustym teatrze samotny, niepotrzebny?

Jan Englert: Teraz właśnie jestem potrzebny. Jest taka złośliwa anegdota o włoskim kapitanie, który w czasie wojny stanął na brzegu okopu i krzyczał, „Soldati, per la patria, avanti”, (Żołnierze, za ojczyznę, naprzód! przy. red.) a ci w okopach: „Bravissimo capitano”. No więc ja jestem takim kapitanem, a z tyłu słychać brawka. A poważnie..., ostatnio musiałem intensywnie pracować i to nie jako artysta, ale głównie jako ten, który każe załodze stawiać maszty i płynąć.

Próba utrzymania okrętu na kursie w czasach epidemii, obaw i strachu, gdy jest pełna flauta i nie wiadomo, dokąd płyniemy, jest piekielnie trudna.

Zwłaszcza, że na okręcie, razem z panem płynie kilkaset osób.

Zaraza i u nas zasiała spustoszenie, mamy dwa zgony, jeden wypadek. Teraz każda śmierć jest pandemiczna. Ja jednak ani przez chwilę nie uległem i nie pozwalam ulegać współpracownikom strachowi. Uważam, że trzeba pracować tak, jakby nic się nie działo. Może jestem niepoprawny politycznie, ale sądzę, że będziemy żyli z widmem epidemii do końca naszego jestestwa i trzeba się do tego przyzwyczaić jak do grypy. Zwłaszcza, że kiedy ten wirus zniknie, niewykluczone, że pojawi się następny. Tak jak to się dzieje już od lat. Natura musi to regulować, chyba że wybuchnie wojna, przerzedzimy się i wirus nie będzie miał na czym żerować.

Brutalne, ale prawdziwe.

Wiem, że to co mówię jest straszne i nie wolno mówić takich rzeczy, zwłaszcza teraz, ale dlaczego tak boimy się śmierci? Ona jest zapisana w kontrakcie każdego z nas, tylko data nie została wstawiona. Wiemy o tym wszyscy.

Pan myśli o śmierci i się nie boi?

Nie, bo podzielam zdanie Fredry, który napisał: „nie strach umrzeć, strach umierać”. Dlatego nie poddaję się od samego początku epidemii żadnym negatywnym myślom. Zrobiliśmy w tym czasie „Trzy siostry” Czechowa, tylko nie mogą ujrzeć świata. Już dwa razy dziecko główkę pokazało, ale musiałem wepchnąć ją z powrotem - dwa razy miała być premiera i ją odwoływano. W jakimś sensie mam poczucie przegranej, ale nie składam broni. Czekam na dobry moment.

Więc może to nie przegrana, tylko walka?

Zawsze byłem zwolennikiem pracy organicznej. Nie haseł, nie romantyzmu ani patriotyzmu źle pojętego. Patriotyzm dla mnie praca u podstaw, codzienny wysiłek, konsekwencja, trwanie. I tyle. Bez ulegania modom, naciskom, trendom ani trudnym okolicznościom, bo one dziś są, ale kiedyś miną.

Więcej w aktualnym Twoim Stylu. 

TS032021

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 03/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również