Czasami grałem po alkoholu... Ważna rozmowa z Januszem Gajosem i Borysem Szycem!
Fot. Fot. Szymon Szcześniak

Czasami grałem po alkoholu... Ważna rozmowa z Januszem Gajosem i Borysem Szycem!

Jeden z najwybitniejszych polskich aktorów i jego nie mniej utalentowany młodszy kolega, który wciąż goni swojego Mistrza. O zasadzkach popularności i miłości mimo wszystko opowiadają Janusz Gajos i Borys Szyc. 

Borys, widziałeś „Żółty szalik”? 

Borys Szyc: Oczywiście. Gigantyczna rola Janusza, niesamowita. Bardzo mi bliski film, patrząc na moje doświadczenia z alkoholem. Jeszcze nim przestałem pić, lubiłem w taki sposób jak bohater tego filmu popijać gorzką żołądkową. Z kostką lodu w ustach.

Janusz Gajos: Część zdjęć robiliśmy w takim bardzo „wypasionym” mieszkaniu. Jego właściciel, człowiek dość zamożny, któregoś dnia mówi do mnie: „Gdzie pan to ma?”. „Co?”. „No niech pan nie udaje, przed chwilą przewrócił się pan dwa razy”. „Ale teraz stoję i się nie przewracam” – ja mu na to. Taka praca. Znam smak alkoholu, wiem, jak działa, ale wiem, że praca z „dopalaczem” zniekształca obraz, który istnieje w naszej wyobraźni. Ty się, Borys, przyznajesz do alkoholizmu. Też piłem przy różnych okazjach, czasem przesadzałem. Ale nigdy nie myślałem o tym w kategoriach choroby.

B.S.: To jest jedno z niebezpieczeństw tego zawodu. Alkohol jest najszybszym środkiem, który zwalnia napięcie. Dopiero potem okazuje się, jakie to jest złudne. Pełnej kontroli doświadczam dopiero od siedmiu lat, bo tyle czasu nie piję. Wchodząc w ten zawód, miałem takie poczucie, żeby się w nim całkowicie zatracić. Dorabiałem sobie filozofię, że chcę być elementem jakiejś bohemy. Jakby mi ktoś dał wehikuł czasu, to najchętniej przeniósłbym się do Krakowa z początku XX wieku. Przez te pierwsze lata więc zdarzyło mi się zagubić. Czasami grałem po alkoholu.

Reżyserzy to widzieli?

B.S.: Tak. Zdarzało się, że trzeba było przerwać zdjęcia, bo nie dawałem rady kręcić. Od paru lat odnajduję jednak głęboką przyjemność w kontrolowaniu wszystkiego. 

J.G.: Raz zapomniałem, że konkretnego dnia gram spektakl. To było okropne przeżycie.

B.S.: To jest tak zwany zły sen aktora, gdy nagle dzwonią do ciebie i pytają: „A gdzie ty jesteś?”. 

J.G.: Panicznie bałbym się sytuacji, że wchodzę na bani na scenę.

B.S.: Teatr zawsze był dla mnie świętością i sprawił, że nie poszedłem w to tango dalej. 

Ale jak ci zabrano prawo jazdy, to sobie kupiłeś auto i wynająłeś kierowcę.

B.S.: Owszem. A z tyłu miałem barek. Idealna sytuacja. Janusz, nie miałeś nigdy wątpliwości, po co uprawiasz ten zawód?

J.G.: Miałem, ale częściej byłem zły, że nie mogę go uprawiać tak, jak bym chciał.

Cała rozmowa Izy Michalewicz w najnowszym numerze PANI. Już w sprzedaży!

PANI teaser0221

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również