Zawsze gdy modna staje się nowa zabawka, pojawiają się i oni – kidulci, duzi, którzy nie chcą dorosnąć: kolekcjonują Labubu, układają orchidee z klocków, zamiast piżamy wkładają pluszowe śpiochy. Ale to tylko symbole. Istotą jest próba zachowania dziecięcej beztroski. Świat ludzi dojrzałych jest opresyjny, wymagający, dlaczego więc nie uciec w niekończące się dzieciństwo?
Młodzi dorośli są dziś mniej dojrzali niż ich rówieśnicy w poprzednich pokoleniach, dowodzi Keith Hayward, wykładowca z Uniwersytetu Kopenhaskiego, w książce Infantilised: How Our Culture Killed Adulthood (Zinfantylizowani: jak nasza kultura zabiła dorosłość). Przytacza przykłady „kidultyzacji”, skoki do basenów z kulkami i bitwy na poduszki to tylko niektóre. Hayward zauważył, że wielu studentów sprawia wrażenie przestraszonych dzieci, zagubionych w świecie dorosłych. Jeden z uczniów przyszedł na zajęcia w piżamowym kombinezonie pajacyku. Tłumaczył, że jest mu zimno i chce się czuć komfortowo. „Czy noszenie śpiochów nie wydaje ci się dziecinne?” – zapytał Hayward. „Ale ja chcę być traktowany jak dziecko” – odpowiedział student. Nie wszyscy o dorosłości marzą...
Kiedyś było inaczej? Pokolenie czy dwa temu dorosłość miała wyraźne granice. Była kategorią jednoznaczną: kończyła się nauka, zaczynała praca, później małżeństwo, dzieci, upragnione własne mieszkanie (tu kolejność bywała zmienna). Ten model stanowił kulturową normę wspieraną przez państwo, rynek pracy i system społeczny. Życie przebiegało według przewidywalnych etapów, a każdy kolejny oznaczał symboliczny awans. Dzieciństwo było beztroskim czasem przygotowania, młodość momentem przejścia, dorosłość celem, bo gwarantowała niezależność, stabilizację. Ten porządek już nie istnieje.
W krajach rozwiniętych jest mniej osób, które do 30. roku życia osiągają tradycyjne do niedawna progi dorosłości, czyli: wyprowadzają się od rodziców, zyskują niezależność finansową, decydują na ślub i rodzicielstwo. W Wielkiej Brytanii średnia wieku przy zawarciu małżeństwa to 33 lata dla mężczyzn i 31 dla kobiet – o dekadę więcej niż na początku lat 60. Badanie Pew Research Center z 2016 roku wykazało, że pierwszy raz od ponad wieku Amerykanie w wieku 18–34 lat częściej mieszkają z rodzicami niż z partnerem. Nasz GUS opublikował w 2024 raport Pokolenie gniazdowników, z którego wynika, że co trzecia osoba w wieku od 25 do 34 lat mieszka z rodzicami i nie zakłada rodziny. Dlaczego? – Dorosłość jest trudniejsza niż kiedyś. Głównie przez niestabilność zatrudnienia i kłopoty w budowaniu relacji. To czyni ją mniej satysfakcjonującą – tłumaczy Katarzyna Krzywicka-Zdunek z pracowni IR Center, współtwórczyni instagramowego profilu socjolożki.pl.
Młodym dorosłym trudno zapewnić sobie status materialny, który pozwoli na kupno mieszkania i założenie rodziny. Życie emocjonalne też nie jest atrakcyjne ze względu na indywidualizację, rozpad wspólnot istniejących w realnym, a nie wirtualnym świecie, a w efekcie pogłębiającą się samotność. – Dorosłość kojarzy się z walką, nie ze spełnieniem. Z presją, by zdefiniować swoje wybory w świecie nieskończonych możliwości, bez poczucia, że popełnia się błąd. To trudne – mówi Katarzyna Krzywicka-Zdunek.
Za czym tęsknią dorośli? Za bezpieczeństwem i beztroską dzieciństwa. Tutaj pojawia się kotwica: nostalgia. – Czyli ciepłe emocje, poczucie stabilności i selektywne wspomnienie tego, co było dobre, czasu bez napięć, problemów. Przeszłość w wersji zromantyzowanej to punkt odniesienia w czasach chaosu i zagrożenia. Takich jak dziś – tłumaczy socjolożka. Dlatego do nostalgii odwołuje się popkultura oferująca coraz więcej dóbr, kiedyś uznawanych za dziecięce. A my, dojrzali, do nich wracamy. Z połączenia angielskich słów „kid”, czyli „dziecko”, i „adult”, dorosły, powstało „kidult” – określenie na rosnącą grupę osób, które celebrują dziecięce postawy: grają w planszówki, czytają komiksy, oglądają kreskówki, kolekcjonują zabawki. To dorośli, którzy poszukują doświadczeń przywołujących przyjemne skojarzenia. Zjawisko nasiliło się w pandemii, gdy dużo czasu spędzaliśmy w domu, bojąc się o zdrowie i szukając emocjonalnego schronienia, np. powrotu do dzieciństwa. Efekt? Agencja NPD Group zbadała, że 60 procent kupionych wtedy zabawek trafiło w ręce dorosłych. Najwięcej kidultów jest w pokoleniu Z i milenialsów, którzy wyrastali na opowieściach o superbohaterach czy Harrym Potterze, a teraz zbierają zabawki nawiązujące do tamtych światów. Zjawisko fascynacji atrybutami zarezerwowanymi kiedyś dla dzieci przybiera na sile i wychodzi poza branżę zabawkarską. Wykorzystują je twórcy mody i producenci kosmetyków. Film Barbie Grety Gerwig stał się hitem wcale nie dzięki dziecięcej publiczności. Gdy po premierze w popularnej sieciówce wprowadzono różową kolekcję w stylu „barbiecore”, w ofercie dla dziewczynek było 17 ubrań i akcesoriów, dla dorosłych kobiet – 85.
Co komu szkodzi, że człowiek ubierze się jak nastolatek i będzie się bawił na filmie ze swoim dzieckiem? Czy to źle, że matki chcą nosić ubrania córek, ojcowie uczą się młodzieżowego slangu od synów? Keith Hayward krytykuje zachodnią kulturę, że celebruje niedojrzałość, nakręcając bezmyślną konsumpcję. Bo rodzinne wyjście na seans do multipleksu przypomina wizytę w sklepie z zabawkami: gadżety i ubrania powiązane z superprodukcjami kuszą i prowokują do wydatków (choć jeśli ktoś wybierał się na Avatara 4 i liczył na kubek z limitowanej kolekcji, mógł się rozczarować – wyprzedały się błyskawicznie).
– Dlaczego dorośli nie mieliby robić tego, co sprawia im radość? – zastanawia się psycholożka Karolina Szklanny, która należy do pokolenia milenialsów szczególnie chętnie wydającego pieniądze na „dziecięce” gadżety i przyjemności. Szklanny nie wypiera się kolekcji pluszaków, a na swoim profilu psycho_kawa na Instagramie odwołuje się do klasyki literatury dziecięcej, m.in. Muminków, uznawanych przez literaturoznawców za obowiązkową lekturę filozoficzną.
– Bycie dorosłym oznacza branie na siebie odpowiedzialności, nie rezygnację z przyjemności czy rozrywki – uważa prof. Tomasz Sobierajski, socjolog z wydziału Artes Liberales na Uniwersytecie Warszawskim, posiadacz swetra z krecikiem i współautor książki Dojrzałość. Jak odnaleźć się w kulturze zdziecinnienia. Nie jest w tej opinii odosobniony. Czy nowe pokolenia żyją przekonaniem, że dzieciństwo może trwać całe życie?
Zmiana podejścia do dorosłości stwarza sporo zagrożeń. Kultura, w której żyjemy, to nie tylko filmy, gadżety, ubrania, ale cały system, wspierający niedojrzałe zachowania: impulsywność, egocentryzm, brak kontroli – tłumaczy Joanna Flis, psycholożka, w książce Po dorosłemu. Prof. Tomasz Sobierajski podejrzewa, że jedną z przyczyn infantylizacji dorosłych jest popularność teorii „wewnętrznego dziecka” (chodzi o niezaspokojone we wczesnych latach życia potrzeby, które wywołują problemy na późniejszym etapie). – Dbanie wyłącznie o wewnętrzne dziecko skutkuje rosnącą także u 40- i 50-latków niezgodą na przemijanie i nasilającym się lękiem przed odpowiedzialnością – tłumaczy socjolog. Unikanie dojrzałości to także ucieczka przed zmęczeniem i rozgoryczeniem, które obserwujemy często u osób starszych: własnych rodziców, dziadków. Kidulci nienauczeni dojrzałych postaw używają dziecięcych narzędzi do rozwiązywania dorosłych problemów. Oczekują, że świat będzie idealny, a gdy rzeczywistość nie spełnia ich marzeń, nie starają się jej zmienić, lecz szukają „pocieszek”, zamykają się w świecie fantazji.
Zdaniem psycholożki Karoliny Szklanny musimy oddzielić dziecięcość emocji (to pożądane cechy takie jak spontaniczność, radość, ciekawość świata) od infantylizmu (impulsywności, egocentryzmu, braku odpowiedzialności, oczekiwania natychmiastowej nagrody). – Nie krytykuję zabawy czy potrzeby sprawiania sobie przyjemności, lecz ostrzegam przed sytuacją, w której stają się one substytutem dojrzałości. Problem zaczyna się, gdy dorosłość przestaje być kojarzona z odpowiedzialnością, dyscypliną i zdolnością do odkładania w czasie własnych potrzeb, a zaczyna być definiowana przez kategorię „dobrostanu” rozumianego jako brak dyskomfortu. Wtedy „bycie poważnym” staje się wadą, dojrzałość jest nudna, a odpowiedzialność – opresyjna. Zastępuje je estetyka lekkości, zabawy, ciągłej autoekspresji – mówi psycholożka. Taka kultura nie uczy, jak kontrolować, regulować emocje, tylko jak je wyrażać. A ciągłe skoncentrowanie na sobie utrudnia budowanie trwałych związków czy przyjaźni. – W świecie, w którym tak trudno być dorosłym, lepiej zostać kidultem uzależnionym od przyjemnych wrażeń i emocji. Być może nie uda mi się nigdy kupić mieszkania, ale za to wreszcie mam dość pieniędzy, żeby realizować swoje pasje, spełniać drobne, dostępne marzenia – wyjaśnia Katarzyna Krzywicka-Zdunek. – To zjawisko nie jest prostym powrotem do dzieciństwa, romantyzowaniem młodości, ale mechanizmem, który pomaga pozbyć się nadmiaru negatywnych emocji, poradzić sobie z rozczarowaniem rzeczywistością – dodaje prof. Tomasz Sobierajski.
Radzenie sobie z presją przez powrót do zabawy? Właśnie tak. Bo ona według psychologów jest jedną z naszych podstawowych potrzeb na każdym etapie życia. Pomaga przetrwać trudności, rozwija kreatywność, buduje odporność psychiczną. I dopóki nie prowadzi do ucieczki przed wyzwaniami, jakie stawia przed nami świat, może być świetnym źródłem optymizmu i życiowej energii.