„Kaśka jest dziwna”, mówi z dezaprobatą koleżanka z pracy o nieobecnej osobie. Inni pracownicy potakują. Ty też, choć czujesz dyskomfort, bo tak nie myślisz. Skąd ten odruch? Zjawisko jest powszechne, nazwano je konformizmem normatywnym. Większość z nas ulega mu, choćby incydentalnie. Wykazano to w badaniach, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Na szczęście istnieje szczepionka na „owczy pęd”. Warto ją przyjąć.
Jako istoty społeczne mamy obsesję na punkcie akceptacji i przynależności do grupy. Nasi przodkowie dzięki niej przetrwali – skłonność do konformizmu jest zapisana w ludzkich genach. Problem w tym, że ujawniamy ją częściej, niż to konieczne. To rodzi sporo problemów. Powszechność zjawiska udowodnił profesor Solomon Asch, który jako nastolatek wyemigrował z rodziną z Polski do Ameryki w 1920 roku. Tragiczne wydarzenia II wojny skłoniły go do postawienia fundamentalnych pytań: Jak często podporządkowujemy się presji grupy? I dlaczego niektórzy są na nią uodpornieni, a inni nie?
Badanie, które Asch przeprowadził w 1955 roku, było proste. Ludzi usadzano w niewielkim pokoju, najpierw solo, później w grupach do dziewięciu osób. Naukowiec prosił, by porównali jedną kreskę z trzema innymi. Wyraźnie różniły się od siebie długością. Nie było wątpliwości, która jest identyczna z pierwszą. Gdy badani oceniali podobieństwo w pojedynkę, w 99 procentach podawali właściwą odpowiedź. Ale w grupie wszystko się zmieniało. Wystarczyło, że jedna osoba pewnym głosem twierdziła nieprawdę, a reszta się z nią zgadzała, by poddany badaniom człowiek zmieniał zdanie i twierdził – jak wszyscy – że linia wyraźnie dłuższa lub krótsza od wzorcowej jest jej równa. Tak naprawdę eksperyment polegał na badaniu jednej osoby – nieświadomej, że reszta grupy to współpracownicy profesora Ascha, którzy celowo mówią bzdury. Psychologowie chcieli się przekonać, ile osób w tej sytuacji powie: „Co wy mówicie? Przecież wiem, co widzę!”, a ile pod presją zełga. Wynik? 30 procent badanych podawało fałszywe odpowiedzi, żeby nie sprzeciwić się grupie. (Potem przyznali, że nie wątpili, które dwie kreski są równe, ale bali się odrzucenia!) Kolejne 40 procent w co najmniej jednej na kilka prób skłamało (z podobnych pobudek). Innymi słowy: jak w baśni Andersena Nowe szaty cesarza gotowi byli krzyczeć, że król jest pięknie ubrany, choć był nagi! Z obawy, by nie narazić się innym. Pocieszające, że jednak co czwarta osoba nie zmieniła zdania pod wpływem grupy. To dużo czy mało?
Badanie Solomona Ascha powtórzono współcześnie. Wyniki były zbliżone. I... chyba nas to nie dziwi. Wiele ludzi robi to, co uczestnicy eksperymentu. Śmiejemy się z żartu, który nas nie bawi. Lajkujemy posty, które „wszyscy polubili”, choć nie wydają nam się ciekawe. To mało znaczące sytuacje. Ale konformizm normatywny bywa groźny. Nie trzeba sięgać pamięcią do wieców NSDAP, na których tysiące zwykłych obywateli pod społeczną presją wyciągało ręce w geście nazistowskiego pozdrowienia, popierając pogardę wobec innych narodów. Niedawno w centrum Warszawy przechodnie mijali szamoczącą się w bramie parę. I szli dalej, jak wynika z nagrań monitoringu. Dziewczyna nazywała się Liza, a chłopak nie był jej znajomym, tylko gwałcicielem i mordercą. Konformizm przechodniów spowodował, że nikt nie stanął w obronie dziewczyny ani nie wezwał pomocy. Takich przypadków jest więcej. Martin Luther King powiedział, że to nie ucisk złych jest największą tragedią, lecz milczenie dobrych. To jedna z trafniejszych uwag na temat konsekwencji konformizmu. Warto zobaczyć nominowany do Oscara film dokumentalny Pan Nikt kontra Putin, by zrozumieć, o czym mówił Martin Luther King.
Na szczęście na konformizm można się zaszczepić. Często uodpornieni są na niego ludzie, którzy doświadczyli odrzucenia przez grupę i poradzili sobie z nim. Z badań wynika, że gdy choć raz świadomie zerwiemy z odruchowym szukaniem aprobaty grupy, wzrasta nasza zdolność do niezależności, podejmowania niepopularnych decyzji czy wyrażania odmiennych opinii. Taką „szczepionkę” można sobie aplikować od czasu do czasu samemu. Jak? Trenując się w mówieniu: „A ja nie!”. Można zacząć od błahostek. Rozmawiasz ze znajomymi, wszyscy przekonują, że najlepsze na świecie są lody czekoladowe. Też je lubisz, ale… to nieszkodliwa okazja, by przetestować, jak poczujesz się, wyrażając inne zdanie. I z jakimi reakcjami się spotykasz. Niezależność można wypracować jak cierpliwość czy silną wolę. Nawet jeśli wyrosłaś w domu, w którym konformizm był przedstawiany jako pragmatyczna zaleta ludzi, którzy „wiedzą, jak dobrze żyć z innymi”. Gdy opanujesz niełatwą sztukę mówienia „a ja nie” w drobnych sprawach, łatwiej będzie ci przeciwstawić się grupie i w poważniejszych sytuacjach. Zacznij od zaufania intuicji, zwróć uwagę na sygnały płynące z ciała. Gdy ktoś powie o koleżance, którą lubisz: „Kaśka jest dziwna”, i poczujesz ucisk w żołądku, nie zagłuszaj wrażenia, że coś tu nie gra. Może to sygnał, że nie zgadzasz się z tą opinią i nie chcesz brać udziału w obgadywaniu. Nie zawsze musisz głośno mówić „nie zgadzam się!”. Możesz przemilczeć temat. Ale nie powinnaś mówić „tak”, gdy myślisz „nie”. Czasem jednak sprzeciw warto wyartykułować. Nie będą cię lubić? Może nie wszyscy muszą. Ważne, żebyś ty siebie lubiła. A mało co do tego zachęca tak, jak dochowywanie wierności własnym uczuciom, myślom, wartościom i opiniom. W ten sposób okazujesz szacunek sobie. I udowadniasz, że jesteś dla siebie ważna.
W filmie dokumentalnym Wernera Herzoga Spotkania na krańcach świata, poświęconym naukowcom z Antarktydy, jest intrygująca scena: tysiące pingwinów ruszają w stronę morza, a kilka odwraca się i idzie w przeciwnym kierunku. Herzog zastanawia się dlaczego. Okazuje się, że pingwiny, które nie ulegają – nomen omen – owczemu pędowi pobratymców, mają szansę odkryć nieznane dotąd miejsca lęgowe i założyć nowe kolonie. Postęp i rozwój nie jest możliwy bez niezależnego myślenia. Warto je wspierać u siebie i innych. Bo jak powiedział Albert Einstein: „Ten, kto idzie za tłumem, zwykle nie zajdzie dalej niż tłum”.