Lider kabaretu hrAbi, wrażliwiec z pogodnym spojrzeniem na świat. Pozytywne myślenie pomogło mu przetrwać zły czas po odejściu Joanny Kołaczkowskiej – przyjaciółki i scenicznej partnerki. Dariusz Kamys poradził sobie z bólem i wraca na scenę, bo bez kontaktu z publicznością nie umie żyć. To ona daje mu siłę.
Nie wygląda na sześćdziesięciolatka. W białej koszuli, ciemnych okularach, z pasmami siwych włosów przyciąga spojrzenia kobiet. Mówi o nich, że są piękniejsze i mądrzejsze niż mężczyźni. I… chętnie je maluje. Mało kto wie, że Darek zajmuje się nie tylko kabaretem. Choć to o nim będziemy rozmawiać także w kontekście odejścia Joanny Kołaczkowskiej. Ale najpierw słucham o jego ostatnim obrazie. Na płótnie głowa zamyślonego mężczyzny, w niej pęknięcie, z którego wydobywa się intensywne, przyjemne światło...
Twój STYL: Czy to dlatego, że wokół ciebie zrobiło się jaśniej?
Dariusz Kamys: Tak, bo poprzedni rok był najgorszy w moim życiu. Nie mogłem malować. Spróbowałem raz, to miał być portret Aśki, ale zamiast niego namalowałem mroczną twarz dżokera. To byłem ja w tamtym czasie. Ostatni obraz rzeczywiście jest jaśniejszy. Światło ma w nim kluczową rolę – zwiastun wychodzenia na prostą z ciemności.
Niedawno przedstawiliście widzom nowy program. Był dylemat: zastępujemy kimś Aśkę czy idziemy dalej sami? A może nawet: schodzimy ze sceny?
Zanim Asia zachorowała, często rozmawialiśmy na poważne tematy, ona je wywoływała. Co by było, gdyby któreś z nas odeszło? I dochodziliśmy do wniosku, że ci, którzy zostają, pracują dalej. Kabaret to nasze życie. Mieliśmy to wyjaśnione. I ustalone, że osobie, która odeszła, przez rok płacimy gażę, jakby dalej była z nami. Wspomagając rodzinę. Tak jest. Przyrzeczenia zawsze traktowaliśmy serio.
Przed świętami zaśpiewaliście dla Aśki piosenkę Pierwsza zima ze słowami „Tu się o tobie mówi stale, tak jakbyś nie zniknęła stąd…” Ale puste miejsca domagają się wypełnienia. Czułeś to?
Nie. Jej nie da się zastąpić. Moim zdaniem w polskiej rozrywce nie było artystki równie wszechstronnej i utalentowanej. Umiejącej tak docierać do ludzi. To był fenomen. Wielu traktowało ją jak kogoś bliskiego, wręcz członka rodziny. Do tej pory ludzie piszą do mnie, że tęsknią. Myślę, że osoba, która miałaby występować zamiast Asi, tego by nie udźwignęła. Przygotowaliśmy program Być facetem, co miało też związek z pewną moją tęsknotą. Charyzma Aśki była tak duża, że – choć ona była jedna, a nas trzech – kabaret Hrabi funkcjonował właściwie w energii żeńskiej. Asia czasami nas na scenie „poniewierała”. Ciągnęło mnie, żeby teraz w kontrapunkcie pokazać silnych facetów, dać im głos. Pochylamy się nad męskością we współczesnym świecie, trochę łajamy mężczyzn i śmiejemy się z nich. Ale mamy moralne prawo, bo jesteśmy facetami. Dołączył do nas Wojtek Kamiński kojarzony z kabaretem Jurki, który również brał udział w pisaniu tekstów. Największy wkład w powstanie programu miał Władek Sikora, kiedyś liter kabaretu Potem. Bez niego nie dałbym rady. Wcześniej wszystkie programy pisaliśmy z Asią. Kombinowaliśmy, wymyślaliśmy idee, sytuacje, z tego rodziły się pomysły na skecze. Zostałem z tym sam. Władek, chociaż mocno przeżył odejście Aśki, podszedł do tego chłodniej.
Przyglądając się widzom, miałam wrażenie, że poczuli ulgę: uff, udało im się, mimo że bez niej...
Wielu mówiło, że bali się przyjść. Nie wiedzieli, jak sobie poradzą z tym, że Aśki nie będzie. I jak my sobie poradzimy. Myślę, że duże znaczenie ma moment, w którym na scenę przynosimy różę, jako symbol jej obecności. Znika ciężar. Gdybyśmy w ogóle nie odnieśli się do jej braku, widzowie mogliby poczuć, że chcemy o Aśce zapomnieć. To niemożliwe. Nasza historia dalej jest wspólna.
Symbolicznie zmieniliście pisownię nazwy z Hrabi na hrAbi, wyróżniając inną literę.
A jak Aśka. Mamy zamiar upamiętniać ją także inaczej – na początku grudnia organizujemy festiwal imienia Joanny Kołaczkowskiej, chcemy, żeby to była impreza coroczna. Trwają rozmowy na temat murali w różnych miejscach Polski, powstanie film dokumentalny itd. Nie pozwolimy o niej zapomnieć.
Aśka miała swoją skalę uznania dla artystów kabaretowych. Piątka to maksymalny szacunek, szóstkę rezerwowała dla tego, kto dostałby brawa na kolanach. Ty często podkreślasz, że od siebie dajesz jej, kabareciarce, najwyższą notę. Za co?
Była artystką kompletną. Miała niebywałą świadomość sceniczną. Często nas „zerowała”, poskramiała, żebyśmy osiągali efekt minimalnym nakładem środków. Bo wtedy jest wyrafinowany. Pilnowała praw widza: „Jak mówisz żart, nie śmiej się pierwszy. Widz decyduje, czy coś jest śmieszne”. Cały czas monitorowała, co dzieje się na scenie, wyłapywała np., że ktoś z nas jest niedoświetlony. Nie przerywając grania, podchodziła, brała za rękę i wprowadzała w światło. Albo stwierdzała, że gramy za wolno, zamulamy – więc przyspieszała nas gestem dłoni, niezauważalnie dla widzów. Ale przede wszystkim była twórcza i miała własne, Aśkowe poczucie humoru. Wystarczał jej błysk emocji. Mówiła: mam taki pomysł – i opowiadała coś. Słuchałem zdębiały: cholera, przecież nic w tym nie ma! Szybko nauczyliśmy się, że trzeba jej zaufać. Dobrym przykładem jest piosenka Andrzeju! Byłem przy tym, jak powiedziała do Lopeza (pianista i kompozytor Łukasz Pietsch – red.): „Mam pomysł na piosenkę, że babka uuu… tak sobie wyje” – zaczęła się wygłupiać. Co to w ogóle jest? – pomyślałem. I powstał hit. Z niczego robiła perełki. Dlatego wszyscy chcieli z nią pracować. Trochę nas martwił jej brak asertywności.
Nie korzystała z prawa gwiazdy, żeby przebierać w propozycjach?
Nie miała w sobie nic z gwiazdy. Wciąż była dziewczyną, która przed laty zaczynała w amatorskim kabarecie. Miała pokorę, spokój, ciszę, nie była ekspansywna. Mogła przesiedzieć godziny w kąciku, niezauważona. Nie czuła, że zawsze musi być zabawna, frapująca. A wielu kabareciarzy tak ma. Nie brylowała w towarzystwie, imprezy to nie był jej żywioł. Gdy podczas trasy ktoś miał urodziny, Aśka oczywiście przychodziła na herbatę – uwielbiała herbatę – a potem mówiła: „No to ja lecę, chłopary, bo jeszcze muszę…” – zawsze miała coś do zrobienia.
Pracowaliście razem, ale łączyły was także więzy rodzinne, Aśka to twoja szwagierka.
Po żonie była drugą kobietą, z którą spędzałem najwięcej czasu. Brakuje mi naszych rozmów w samochodach, garderobie… Jej śmiechu. Życzliwości. Aśka pierwsza kupiła ode mnie obraz. Wiadomo – szwagierka, koleżanka z pracy, ale szanowałem ją także jako artystkę. Fakt, że to, co robię, jej się podoba, był dla mnie nobilitujący i dawał wiatr w żagle.
Podobno ty zachęciłeś ją do kabaretu?
De facto zrobił to Adam Nowak z Raz Dwa Trzy. Na studiach pracowałem jako kierownik Klubu Gęba, w którym narodziło się i działało Zielonogórskie Zagłębie Kabaretowe. Tam powstał m.in. kabaret Potem. Ale Władek Sikora rozwiązał go, uważał, że się wypaliliśmy. Wtedy zostałem kierownikiem. Raz trafiłem na tomik poezji socrealistycznej – to dopiero była beka! Ten patos, dęta mowa – znakomity materiał na program. Zrobiłem Wio, Pegazie, na ugory. Wspaniale to poszło. Kiedy po studiach upomniało się o mnie wojsko, powiedziałem Władkowi: Dobierz ludzi, grajcie dalej. Zebrał zespół, ale nie mieli dziewczyny. I Adam Nowak, który był w tym składzie, zaproponował Aśkę. Przyszła, przeczytała dwa zdania, dalej nie szukali. Nie znała jeszcze sceny, ale miała instynkt. I naturalny wdzięk.
W jakim sensie jest dziś obecną nieobecną?
Jestem przekonany, że to, co robimy, cieszy ją. Gdy była ciężko chora, martwiła się, co z nami będzie. Myślę, że już się nie martwi. A poza tym – trochę pojadę metafizyką – mam wrażenie, że ułamek jej talentu scenicznego spłynął na mnie. Jakby obdarowała mnie cząstką swojej mocy. Bo wychodzę na scenę i czuję spokój, a na spokojnie robi się rzeczy dobre, nieprzypadkowe.
Poświęciłeś kabaretowi całe dorosłe życie. Co w nim jest, że tak cię uwiódł?
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy studiowałem, kierownik klubu studenckiego wybrał nas, pierwszaków, do jakiegoś okazjonalnego przedstawienia. Pojęcie o grze miałem słabe, ale przynajmniej coś się działo. W pewnym momencie rzuciłem ze sceny żart, nie pamiętam jaki. Ale pamiętam nagły flesz, zastrzyk dopaminy – ludzie się śmiali! Wow! To było przyjemne. I uzależniłem się. Założyliśmy kabaret z kolegą z roku. Na początku były wygłupy. Jakość przyszła, gdy dołączył do nas z Władek Sikora. Błazenada zaczęła nabierać kształtów. I tak to trwa ponad 40 lat.
Przez ten czas staliśmy się krytyczni, wymagający wobec kabaretu. Wielu widzów szuka kontynuacji tego, co robili Starsi Panowie, Dudek, Tey. Zastanawiasz się nad odpowiedzialnością ich „spadkobierców”?
Odpowiedzialność czuję wobec siebie. Jestem swoim pierwszym cenzorem. Natomiast nie czuję misyjności. Ale pociągnę twoją sugestię – brakuje mi we współczesnym kabarecie poszukiwań artystycznych. Widzę dużo rzeczy opartych na dobrym rzemiośle, jednak także powielane pomysły, przydługie występy z karkołomną fabułą. Nie wszystko mi się podoba.
Jest kabaret, na którego występ chciałbyś dostać bilet w prezencie?
Nawet na kilka. I soliści. Między innymi Artur Andrus. Nie jest kabareciarzem, ale dla mnie to absolutna czołówka. Podobnie Szymon Majewski. Miałem przyjemność widzieć go na scenie, uwielbiam jego oryginalny sposób myślenia i rozbawiania ludzi.
Twoim zdaniem kabaret powinien nadążać za światem, komentować go?
W hrAbim nie nadążamy, nawet się nie staramy. Zamiast komentować świat dookoła, kreujemy własny. Nie odnosimy się do bieżących wydarzeń, nie mamy z tego zabawy. Nasze programy wytrzymują próbę czasu, bo nie dotykają współczesności. Bohaterowie życia politycznego i społecznego szybko się dezaktualizują, ale relacje międzyludzkie, do których wolimy nawiązywać – nie. Poza tym nigdy nie podchodziliśmy do robienia kabaretu w sposób merkantylny, żeby się przypodobać. Artysta robi to, co mu w duszy gra, w zgodzie z sobą, potem pokazuje ludziom – i nie wszyscy muszą bić brawo. Dzięki temu do wielkiego gara, który nazywa się sztuką, dorzucamy nową wartość: jakość.
Szukasz tej jakości także z dala od dużych scen. W wiejskiej sali widowiskowej spektakle pokazuje Teatr Wielki w Cigacicach. Powołałeś go do życia dawno temu, pracujesz z amatorami. Po co ci to?
Jestem społecznikiem, po mamie. Mieszkaliśmy kiedyś na wsi między Gdańskiem a Tczewem. Mama pracowała jako sklepowa. Założono tam klub rolnika, mama zorganizowała pieniądze, kupiono instrumenty, powstał zespół, były potańcówki. Mama tym kręciła. Odziedziczyłem po niej tego rodzaju zapał. Poza tym lubię przebywać w przyjaznym środowisku, zawsze starałem się żyć z sąsiadami w zgodzie, mieć wokół życzliwych ludzi. Nasz syn chodził do szkoły podstawowej w Cigacicach w Lubuskiem, bo do niedawna tam mieszkaliśmy. Nauczycielki chciały wystawić dla dzieci Królewnę Śnieżkę. Coś nie szło, więc poprosiły żonę, żeby namówiła mnie do pomocy. Przedstawienie udało się wspaniale. Sąsiedzi przyszli oglądać sąsiadów: ten gra konika, ten księcia – sukces murowany. Tak się spodobało, że wystawiliśmy 18 spektakli, a Teatr Wielki w Cigacicach jest laureatem nagrody kulturalnej prezydenta RP! Miałem frajdę obserwować, jak ludzie, którzy początkowo nie mieli pojęcia o scenie, rozwijają się podczas wspólnej pracy. Na przedstawienia przyjeżdżali widzowie z całej Polski, bili brawa na stojąco. Jak tego nie lubić?
Jesteś altruistą. Pomagasz, chociaż się nie chwalisz.
Odpowiadam na sytuacje losowe. Z przyjaciółmi pomagaliśmy, gdy była powódź, w lockdownie rozwoziliśmy posiłki osobom, które nie mogły wyjść z domu. Dawanie jest niedoceniane. A dostarcza tyle przyjemności.
Z żoną pokazaliście, że można dać komuś bezwarunkową miłość i poczucie bezpieczeństwa. Stworzyliście dom dla dzieci, którym go zabrakło.
Mamy dwójkę dzieci adopcyjnych, jesteśmy z tego dumni. Nawet gdyby zawodowo wszystko się zawaliło (żona Agnieszka jest pielęgniarką – red.), będziemy mieli poczucie i dowód, że nasze życie ma sens – wychowaliśmy dwójkę dzieciaków na świetnych ludzi. Staś miał sześć lat, gdy do nas przyszedł, Paula dwa i pół. To było bardzo trudne, ale budujące doświadczenie. Nie pozwoliło nam zasklepić się w egoizmie, myśleniu o sobie. Dziś dzieci mają 29 i 21 lat. Już się wyprowadziły. Ale wpadają do domu, wystarczy hasło: ugotowałem obiad. Są kochani, inteligentni, zabawni. Stasiek, ponieważ wiedział, że rozśmieszam ludzi, długo myślał, że jestem klaunem. Gdy zauważył, że występuję w telewizji, podobnie jak Paula nigdy się tym nie chwalił. Jakoś nie kręciło ich to, co robię. Chociaż mają poczucie humoru. Kiedyś dziewięcioletni Stasiek schodził po schodach do salonu, zażartowałem: „Oto mój syn umiłowany" A on odpalił: „I jego słuchajcie!”. Albo nie mogłem odebrać ze szkoły Pauliny, poprosiłem, żeby wróciła autobusem, ona mówi: „Ale to kosztuje osiem pięćdziesiąt”. Trudno – stwierdziłem. Na co Paula: „Za osiem pięćdziesiąt mogę sobie życie na nowo ułożyć”. Wykorzystałem to w kabarecie.
Czego ci życzyć na czas, który przed tobą?
Spokoju ducha i serca.
Skąd je bierzesz?
Ze świadomości, że robię to, czego chcę. Że jestem w miejscu, w którym powinienem być. Również w sensie geograficznym. Od niedawna mieszkamy w Górzykowie niedaleko Sulechowa. Na skarpie, z której mamy widok na Odrę i łąki zalewowe, gdzie gnieżdżą się ptaki. W okolicy są cztery winnice, produkują znakomite wino. Poznajemy ludzi, nawiązujemy bliskie relacje. Mamy grupę sąsiadów, z którymi spotykaliśmy się towarzysko raz u jednych, raz u drugich. Siedzimy przy ognisku, gadamy. Ostatni rok to zmienił, ale chcemy wrócić do takich spotkań. Z wewnętrznego spokoju wynika reszta. O wenę się nie martwię, wciąż jest. Choć kabaret hrAbi istnieje ponad 20 lat, mam poczucie, że zachowujemy świeżość i poziom. Jakiś czas temu zrobiliśmy program Pociechy. Od wielu usłyszeliśmy, że jest najlepszy ze wszystkich. Pomyślałem: duża rzecz, wciąż się rozwijamy. To dla mnie ważne. A sukces, popularność? Gdy myślę o dzisiejszym punkcie widzenia Aśki, podejrzewam, że to wszystko nie ma znaczenia.