Wywiad

Stworzył muzykę w serialu "Lalka", teraz przyznaje: "Popularność jest raczej ceną niż nagrodą"

Stworzył muzykę w serialu Lalka, teraz przyznaje: Popularność jest raczej ceną niż nagrodą
Bartosz Schmidt, BAASCH
Fot. East News

Popularność uważa raczej za koszt niż nagrodę, a o swoich utworach myśli jak o dzieciach. Z najnowszego może być szczególnie dumny – Baasch, czyli Bartosz Schmidt, skomponował świetną muzykę do „Lalki” Pawła Maślony.

BAASCH o muzyce do "Lalki": Kiedy historia naprawdę mnie porusza, muzyka pojawia się bardzo szybko

PANI: Serial „Lalka” w reżyserii Pawła Maślony trafia właśnie na platformę Netflix. W jaki sposób zostałeś kompozytorem muzyki do tej produkcji?

BAASCH: Nie było telefonu z propozycją, ale było zaproszenie do konkursu. Kompozytorzy dostali te same sceny i każdy przygotował własną muzykę. Reżyserzy i producenci słuchali naszych propozycji, nie wiedząc, kto jest ich autorem. Nie oceniali nazwisk ani dorobku. Dopiero po wyborze poznali nazwisko twórcy. Bardzo podoba mi się ta zasada, bo wtedy naprawdę wygrywa muzyka.

Jak tworzy się ścieżkę dźwiękową do historii, którą wszyscy już znają?

Wiedziałem, że to nie będzie klasyczna ekranizacja, tylko reinterpretacja. Chciałem, żeby muzyka wyrastała z klasycznego brzmienia, a jednocześnie nie była przewidywalna. Eksperyment polegał na użyciu klasycznych instrumentów, ale znalezieniu języka, który będzie współczesny. I jeszcze jedna rzecz od początku była dla mnie ważna. Uważam, że każda wielka historia miłosna zasługuje na własny motyw muzyczny. Chciałem napisać temat, który będzie prowadził bohaterów przez cały serial. Taki, który może się zmieniać razem z nimi – raz być smutny, raz mroczny, raz czuły, a czasem nawet zabawny. To właśnie ten motyw powstał już na etapie konkursu – w dzień, może w dwa. Kiedy historia naprawdę mnie porusza, muzyka pojawia się bardzo szybko.

Wróciłeś do Prusa?

Nie chciałem komponować do wspomnienia lektury szkolnej, tylko do opowieści, którą miałem przed oczami. Pracowałem na gotowym montażu. Zazwyczaj zaczynamy od tekstu, a potem go interpretujemy. Tutaj najpierw była emocja obrazu, rytm scen, aktorzy, cisza między nimi. To wszystko budowało muzykę. Myślę, że gdybym zaczął od powieści, mógłbym za bardzo próbować być wobec niej „wierny”, a chciałem być uczciwy wobec obrazu, który widzę.

W takim razie czym dla ciebie jest „Lalka” po tej pracy?

Historią o niespełnieniu, które nie przestaje być piękne. O pragnieniu, które jest silniejsze niż rzeczywistość. I o tym, że czasem to, czego najbardziej chcemy, nie jest tym, czego naprawdę potrzebujemy.

 

BAASCH: " Nie przywiązuję się do komplementów"

Czy zdarzyło się już, że ktoś nazwał cię geniuszem?

(śmiech) Niedawno rzeczywiście usłyszałem to od kogoś z ekipy „Lalki”. Nie przywiązuję się do komplementów. Ten zawód bardzo szybko sprowadza człowieka na ziemię, bo każdy projekt zaczyna się od zera. Znowu trzeba szukać, próbować i udowodnić muzyką, że zasługuje się na zaufanie. Wiem to, bo moja droga trwa już długo, pierwszą własną piosenkę napisałem, znając zaledwie dwa akordy. Miałem może 10 lat.

Co było w niej tak pilnego, że nie mogło poczekać na trzeci?

Ojczym pokazał mi dwa akordy, a ja od razu napisałem piosenkę o tym, że nie chce mi się iść do szkoły. Wtedy to był mój największy dramat. Dzisiaj widzę w tym coś więcej: od początku nie interesowało mnie wyłącznie granie cudzej muzyki. Chciałem opowiadać własne historie. Ogromne znaczenie miał dom, bardzo otwarty na wzruszenie sztuką, muzyką, ale też zwyczajnym życiem. Mama słuchała Gershwina, ojczym Beatlesów. Dorastałem między tymi światami w przekonaniu, że można się czymś zachwycić i nie trzeba wstydzić się emocji.

Niechęć do szkoły została tylko w piosence?

Byłem niezłym uczniem, tylko niezbyt często bywałem na lekcjach. (śmiech) Dosyć wcześnie odkryłem wagary, nie z buntu, raczej z ciekawości tego, co było poza klasą. Mieszkałem na Saskiej Kępie, więc włóczyłem się nad Wisłą. Jako siedmio- czy ośmiolatek wymyśliłem zabawę: wychodziłem z domu i szedłem przed siebie w jedną stronę, żeby sprawdzić, co tam jest. Nie było telefonów ani nawigacji, więc po kilku godzinach zastanawiałem się, czy odnajdę drogę powrotną. I właśnie to było najbardziej ekscytujące. Samotność nigdy nie oznaczała dla mnie braku ludzi. Była wolnością i rozmową ze sobą. Może dlatego tak dobrze czuję się dziś sam w studiu.

Kiedy zacząłeś naukę gry na instrumencie?

Któregoś dnia w naszym domu pojawiła się gitara. Potem poprosiłem o własną. Była czarna, akustyczna i wydawała mi się większa ode mnie. Nie rozstawałem się z nią. Później odkryłem elektronikę i poczułem, że otwiera się przede mną nowy świat. Elektronika opiera się na brzmieniu, a nie wyłącznie na melodii, brzmienie można lepić jak plastelinę. Prawdziwym przełomem był keyboard Roland z sekwencerem, który wygrałem na przeglądzie piosenki autorskiej w liceum. Ludzie radzili, żebym go sprzedał, bo był sporo wart, ale chciałem nauczyć się go obsługiwać. Wtedy zaczęło się świadome budowanie własnego języka muzycznego.

Nikt w domu nie pytał: „Muzyka muzyką, ale z czego będziesz żył?”.

Miałem ogromne szczęście. Nikt nie próbował skierować mnie ku „prawdziwemu” zawodowi. Skończyłem psychologię, ale na studia szedłem już z przekonaniem, że chcę zajmować się muzyką. Dyplom był chyba bardziej sposobem na uspokojenie siebie niż planem na inne życie. Psychologia bardzo mi się jednak przydała. Uczy obserwować człowieka, rozumieć emocje i motywy. W twórczości to bezcenne. Po dyplomie wyjechałem do Brighton bez wyraźnego planu.

Czego wtedy szukałeś?

Chciałem chyba sprawdzić, czy potrafię żyć bez muzyki. Pracowałem w kawiarni i bardzo lubiłem tę zwyczajność. W piwnicy było miejsce, w którym wystarczyło zanucić jeden dźwięk, a całe pomieszczenie zaczynało rezonować. Zatrzymywałem się tam i słuchałem, jak nuta wraca do mnie od ścian. Trudno o bardziej wymowny obraz człowieka, który uważał, że wyjechał odpocząć od muzyki. Zacząłem znowu pisać teksty, kupiłem pierwszego Maca, uczyłem się produkcji. Do kawiarni przychodzili studenci pobliskiej szkoły muzycznej z gitarami przewieszonymi przez ramię. Obsługiwałem ich i myślałem: „Przecież powinienem być po tamtej stronie lady”. Zacząłem jeździć do Londynu na lekcje śpiewu, godzinami chodziłem po plaży ze słuchawkami. Wtedy zrozumiałem, że nie tylko kocham muzykę. Po prostu nie umiem bez niej żyć. Wątpiłem czasem, czy można się z niej utrzymać, ale nigdy w to, że chcę ją robić. 

Po powrocie od razu mogłeś z niej żyć?

Skąd. Zostałem copywriterem, później przeszedłem na freelancing. To dało mi coś cenniejszego niż etat: czas. Mogłem zarabiać i coraz więcej miejsca oddawać muzyce. Przez lata inwestujesz w ten zawód energię i pieniądze, nie mając gwarancji, że cokolwiek wróci. Ja jednak nie rozważałem innego scenariusza.

BAASCH: "Każda zmiana coś daje, ale też coś odbiera"

Czyli wybrałeś drogę, nie wiedząc, dokąd ona prowadzi. To wymaga odwagi.

Nie powiedziałbym, że się nie boję. Każda zmiana coś daje, ale też coś odbiera. Przeprowadzka, nowa praca, nowy pomysł na siebie wiążą się ze stratą. A jednak, kiedy się już wygodnie umoszczę w nowym „fotelu”, po pewnym czasie znów czuję, że coś mnie woła. To trochę jak ze wspinaniem się na drzewo. Wchodzisz na gałąź i dopiero z niej widzisz następną. Z ziemi w ogóle jej nie dostrzeżesz. To, co brałeś za cel, okazuje się miejscem, z którego po raz pierwszy widzisz dalszą drogę. Tak było z Anglią i tak jest z Hiszpanią. Wołała mnie, zanim tam pojechałem. Wydawała mi się miejscem, w którym ludzie są bardziej tu i teraz. Zachwyca mnie ich życzliwość, łatwość bycia razem. Do Barcelony trafiłem jako 22-latek i od razu wiedziałem, że będę wracał. Od czterech lat mieszkam częściowo w Madrycie, choć nigdy tego nie planowałem. Czasem miasta wybierają człowieka, nie odwrotnie.

W płytach odsłaniasz się coraz bardziej, ale w wywiadach pilnujesz granicy.

Bo nie mam poczucia, że to ja powinienem stać w centrum. Najważniejsze jest to, co wydarza się między muzyką a słuchaczem. Nie muszę objaśniać jej własnym życiem. Popularność jest dla mnie raczej ceną niż nagrodą. Oczywiście daje możliwość dalszego tworzenia, ale później pojawia się pytanie: ile siebie jesteś gotów oddać, żeby odbiorców było jeszcze więcej? Czy naprawdę trzeba wypełniać stadiony? A może wystarczy mniejsza sala i pewność, że nadal jesteś w zgodzie ze sobą?

Czy sukces zaczyna się tam, gdzie nie trzeba już zdradzać siebie?

Od kilkunastu lat utrzymuję się z muzyki, robię to, co kocham, rozwijam się i nie mam poczucia, że zdradziłem siebie. To jest sukces. Chcę też pozostać uczciwy wobec utworów. Myślę o nich trochę jak o dzieciach. Każdy kosztował mnie czas, uwagę i emocje. Skoro kiedyś zasłużył na miejsce na płycie, był ważny. Nie chcę się go później wypierać tylko dlatego, że zmieniła się moda. Ta potrzeba uczciwości dotyczy też ludzi. Źle znoszę cynizm, fałsz i nielojalność. Długo próbuję ratować relacje, ale kiedy wiem, że zrobiłem wszystko, odchodzę. Bez scen. Po prostu przestaję być obecny.

BAASCH: " Za sławą nie biegnę, ale biegnę za filmami, jakością"

Praktycznie nie jesteś też obecny w mediach społecznościowych. Jak ma cię znaleźć Almodóvar?

(śmiech) Jeśli kiedyś zadzwoni reżyser, z którym zawsze chciałem pracować, to nie dlatego, że dobrze prowadzę Instagram. Zadzwoni, jeśli moja muzyka będzie mu do czegoś potrzebna. Wiem, że media społecznościowe są częścią zawodu, ale nie czuję potrzeby produkowania treści tylko po to, żeby algorytm o mnie pamiętał. Za sławą nie biegnę, ale biegnę za filmami, jakością i rzeczami, które naprawdę mają dla mnie znaczenie. Po „Płynących wieżowcach” Tomka Wasilewskiego byłem przekonany, że pojawią się kolejne propozycje. Przez kilka lat się nie pojawiły. Czekałem długo, ale nie przestałem o nich marzyć. Dzisiaj, kiedy piszę do filmów i seriali, wiem, że warto było.

Noc wraca w twoich utworach jak osobna bohaterka. Kiedy zrozumiałeś, że poświęciłeś jej całą płytę? Mam na myśli twój album z 2020 roku.

Kiedy położyłem teksty obok siebie, zobaczyłem, że opowiadają o nocy i pogoni za czymś, co obiecuje bliskość, a zostawia pustkę. Próbowałem wypełnić samotność nocą, nie wiedząc jeszcze, że o tym piszę. Płyta, o której mówisz, nazwała stan, jakiego sam nie potrafiłem nazwać. Nie chcę demonizować klubów, bo dla wielu ludzi, na przykład dla społeczności queerowej, są miejscem wspólnoty i bezpieczeństwa. Ja po prostu szukałem tam czegoś, czego nie dało się znaleźć. Szedłem przez noc z tą samą ciekawością, z którą jako dziecko szedłem przez miasto. Aż ta ciekawość się nasyciła. Są doświadczenia, których nie da się poznać z książek. Trzeba przez nie przejść.

Dzisiaj bliżej ci do poranka niż do nocy? I nie pytam tylko o porę dnia.

Kiedyś żyłem nocą, dziś najlepiej pracuję rano. Miasto jeszcze śpi, nikt niczego ode mnie nie chce, a ja w studiu lepiej słyszę, szybciej podejmuję decyzje. Żeby tak pracować, muszę być wypoczęty i uważny. Bardzo zestarzał się mit artysty wyniszczonego, chimerycznego, tworzącego w rozpaczy. Ja myślę odwrotnie. Trzeba żyć, doświadczać, czasem zbłądzić, bo bez tego nie ma o czym opowiadać. Ale kiedy siadam do pracy, chcę być w najlepszej formie. Sztuka nie potrzebuje cierpienia. Potrzebuje przeżytego życia.

Skoro dbanie o siebie stało się częścią pracy, zmieniło też sposób, w jaki przeżywasz emocje?

Oczywiście: się złoszczę, ale kiedy emocje opadają, często myślę: „Naprawdę było warto aż tak?”. Złość wyznacza granice, jednak sama rzadko prowadzi do dobrego rozwiązania. Kilka oddechów, krok w tył i rozmowa zwykle są skuteczniejsze. Ktoś z branży powiedział kiedyś: „Z twoim dorobkiem powinieneś być bardziej bezwzględny”. Zrozumiałem, że nie chcę taki być. Mogę być stanowczy, nie budując pozycji na strachu. Pamiętam muzyka, który po koncercie zszedł ze sceny autentycznie rozczarowany, bo wiedział, że mógł zagrać lepiej. Nie bał się mojej reakcji. Sam czuł odpowiedzialność za to, co robimy. Właśnie na takich relacjach mi zależy. Nauczyłem się też większej łagodności wobec siebie i tego, że nie muszę ratować wszystkich.

Baasch: "Polubiłem własną drogę, także jej chaos"

Z czym w samym sobie najdłużej walczyłeś?

Z potrzebą, żeby moja droga wyglądała tak jak droga innych ludzi z branży. Wydawało mi się, że powinienem mocniej zabiegać o uwagę. Dopiero później zrozumiałem, że to nie jestem ja. Polubiłem własną drogę, także jej chaos. Zdarza mi się pomylić datę, czegoś zapomnieć, wrócić do domu po jedną rzecz i zapomnieć drugiej. Kiedyś traktowałem to jak osobistą porażkę. Dziś już nie. Co ciekawe, chaos kończy się, kiedy siadam do pracy. W studiu wszystko znajduje swoje miejsce.

Co najbardziej w sobie cenisz?

To, że potrafię spojrzeć sobie w oczy. Nie dlatego, że uważam się za idealnego, ale dlatego, że staram się być wobec siebie uczciwy. Lubię też swój wewnętrzny świat, dobrze mi się w nim mieszka, ale dzięki związkom pamiętam, że poza Baaschem jest jeszcze Bartek. Gdybym był sam, muzyka zajęłaby całą dostępną przestrzeń. Związek przypomina mi, że istnieje również życie poza studiem.

Kim jest BAASCH?

BAASCH czyli Bartosz Schmidt - kompozytor, producent, wokalista i autor tekstów, z wykształcenia psycholog. Wydał m.in. albumy „Corridors”, „Grizzly Bear with a Million Eyes”, nagrodzoną Fryderykiem „Noc” oraz dwuczęściowy projekt „IV!I/IV!II”. Tworzy dla kina, seriali i teatru. Skomponował muzykę m.in. do „Płynących wieżowców”, „Lipstick on the Glass”, „Czarnej śmierci” oraz nowej ekranizacji Lalki.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2026