Nocą porządkuje szuflady z lekami, a wszystkie sprawy do zrobienia zapisuje. Nie z zamiłowania do perfekcji. W ten sposób oswaja chaos. Tak samo buduje role. Teraz zagrał Kazia Starskiego w nowej „Lalce” w reżyserii Macieja Kawalskiego. Co to jest za Starski!
PANI: Kiedy zadzwonił telefon z propozycją zagrania w nowej kinowej „Lalce”, co było silniejsze: ekscytacja czy lęk?
MATEUSZ DAMIĘCKI: Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Telefon, pytanie, odpowiedź. Nie było czasu ani na długie rozważania, ani nawet na ponowne przeczytanie powieści. Paradoksalnie najbardziej obawiałem się nie samej ekranizacji, tylko Starskiego, którego przez lata nosiłem w swojej pamięci. Wydawało mi się, że będę musiał zmierzyć się z legendą Romana Wilhelmiego. Przed zdjęciami celowo nie wracałem do tamtego serialu. Najpierw chciałem zbudować własnego Starskiego. Ale nie wytrzymałem długo. Po nakręceniu pierwszej sceny wróciłem do domu i od razu obejrzałem ekranizację Ryszarda Bera z 1977 roku. Musiałem sprawdzić, czy udało mi się pójść własną drogą. I wtedy przeżyłem zaskoczenie. Tamten Starski okazał się zupełnie inny, niż go zapamiętałem. Wilhelmi nie był tak atrakcyjny, jak mi się wydawało, okazał się niedbały, niewyspany, jakby właśnie skończył trzydniową imprezę. Wtedy odetchnąłem. Zrozumiałem, że nie muszę rywalizować z tym, co było, że moje wyobrażenie tej postaci jest zupełnie inne.
Jak rodził się twój Kazio Starski?
Starski ma niewiele scen, dlatego od pierwszej minuty musiał zrobić ogromne wrażenie zarówno na innych bohaterach, jak i na widzu. Wiedziałem, że nie będzie czasu na ekranie, by budować go powoli, łagodnie, że trzeba będzie zacząć od razu z przytupem. Z reżyserem Maciejem Kawalskim długo zastanawialiśmy się, kim jest i co go ukształtowało. Ale wciąż nam czegoś brakowało. Dzień przed zdjęciami Maciek zadzwonił z pomysłem, żeby pierwszą scenę rozpocząć od Starskiego przy fortepianie. Pomyślałem: „Świetnie, strzał w dziesiątkę!”. Ale nie umiem grać na fortepianie... Maciek powiedział, że to nie ja będę grał, tylko Starski. Burza mózgów. Przypomniałem sobie o Pawle Popku, który już wcześniej mnie dublował przy klawiaturze w „Piękne kobiety”. Produkcja błyskawicznie wszystko zorganizowała, dobrano mi identyczny kostium, dopasowano taki sam sygnet. Zagrał tę scenę przepięknie. Nie wiem, czy widz zwróci uwagę na takie detale, ale właśnie one sprawiają, że postać zaczyna żyć.
Co było dla ciebie najważniejsze w budowaniu Starskiego?
Długo musiałem się do niego dobijać. Myślałem: „Ja bym tak nie potrafił żyć”. Gdybym jadł z cudzych talerzy, uwodził cudze kobiety i nie liczył się z nikim, zjadłyby mnie wyrzuty sumienia. A Starski? Wszystko przychodzi mu z zadziwiającą lekkością. I właśnie ta lekkość okazała się dla mnie kluczem do tej postaci. To człowiek zrodzony nie tyle z cynizmu oraz wyrachowania, ile człowiek, który pomimo tych cech ani przez chwilę nie wątpi w słuszność własnego sposobu życia.
Najniebezpieczniejsi bohaterowie literatury to często ci, którzy wyglądają na najszczęśliwszych. Tylko czy pod tą beztroską nie kryje się samotność?
Oczywiście, że się kryje. Ale nie róbmy ze Starskiego większego bohatera niż Wokulski. Myślę jednak, że wielu ludzi mu zazdrości. Mimo ceny, którą przychodzi mu za to płacić. Chcieliby umieć żyć bez wyrzutów sumienia, podejmować decyzje z taką łatwością. Wyobrażam sobie, że Starski powiedziałby: „Jestem hedonistą. Jestem płytki. Ale wiem, kim jestem”. I właśnie dlatego jego relacja z Wokulskim jest tak fascynująca. Wokulski zazdrości mu pewności i swobody, a Starski zazdrości Wokulskiemu romantycznej głębi. Obaj mają coś, czego temu drugiemu brakuje.
Przestajemy więc czytać „Lalkę” jak historię o dobrym Wokulskim i złym Starskim? Bardziej jak opowieść o ludziach, którzy na różne sposoby próbują poradzić sobie z własnymi pragnieniami.
Bo wszyscy popełniają błędy i są uwikłani we własne słabości. A Starski, paradoksalnie, jest chyba najuczciwszy z nich wszystkich, bo nikogo nie udaje. Nie zakłada maski przyzwoitości. Mówi: „Taki jestem. Lubię życie, kobiety i przyjemność”. To pozostali bohaterowie częściej ukrywają swoje prawdziwe motywacje.
Nie masz wrażenia, że Prus stworzył bohatera, który urodził się 150 lat za wcześnie? Gdyby żył dziś, byłby celebrytą, królem Tindera czy influencerem sprzedającym styl życia.
Myślę, że świetnie odnalazłby się we współczesności. Pewnie byłby „oszustem z Tindera”, człowiekiem, który potrafi oczarować każdego, byle tylko zapewnić sobie wygodne życie. Bardzo lubię scenę, w której prezesowa Zasławska odbiera mu nadzieję na spadek, a on z wściekłości przewraca w ogrodzie kamienny gazon i depcze rozrzucone kwiaty. W jednej chwili spod eleganckiego arystokraty wychodzi chłopiec, któremu ktoś odebrał zabawkę. Ta scena mówi o nim więcej niż niejeden dialog.
Powiedziałeś kiedyś, że znacznie trudniej jest żyć po swojemu niż zgodnie z oczekiwaniami innych. Rola Starskiego, człowieka, który nie przeprasza za to, kim jest, coś w tobie zmieniła?
Nie. Od dawna wiem, że powinienem żyć bardziej po swojemu. Ale problem nie polega na tym, żeby to zrozumieć, tylko żeby to wdrożyć, naprawdę tak żyć. To temat, nad którym często pracujemy z moją żoną. Paulina uważa, że wciąż za bardzo żyję dla innych i ich oczekiwań. I chyba ma rację. Starski nie miał z tym najmniejszego problemu. Potrafił powiedzieć: „Taki jestem”. Ja natomiast dobrze się czuję, kiedy spełniam oczekiwania innych.
Skąd bierze się ten tak potężny wewnętrzny przymus? Zwykle im więcej osiągasz, tym bardziej można by oczekiwać, że przyjdzie moment ulgi: „Już nic nikomu nie muszę w końcu udowadniać”. Tymczasem u ciebie działa to chyba odwrotnie.
To jest właśnie cały paradoks, chichot losu. Kto wie, może gdybym był bardziej pewny siebie, przestałoby mi wychodzić to, co dziś robię? Nie wiem. Natomiast staram się wyciągać wnioski z tych przemyśleń, na przykład coraz mniej lubię publicznie opowiadać o swoich porażkach. Coraz bardziej podoba mi się zasada: „Nie mów o sobie źle, inni zrobią to lepiej”.
A jednak aktor żyje z oceny innych. Zbyszek Wodecki powiedział mi kiedyś: „A ty myślisz, że po co ja wychodzę na scenę? Po brawa”. Pomyślałam wtedy, że w tym jednym zdaniu jest cała prawda o zawodach artystycznych.
I właśnie dlatego to bywa uzależniające. Schodzisz ze sceny kompletnie zmęczony, słyszysz setki bijących brawo dłoni i nagle uświadamiasz sobie, że przez dwie i pół godziny dawałeś coś ludziom, ale te kilka minut oklasków karmi również ciebie. Chciałbym powiedzieć, że jedynym paliwem jest sama praca. Ale to nie byłaby cała prawda.
I komu najbardziej chciałeś to udowodnić?
W różnych momentach życia różnym ludziom. Najpierw rodzicom. Potem Matyldzie. Pamiętam moment, kiedy przestaliśmy być po prostu starszym bratem i młodszą siostrą. Pomyślałem wtedy, że chciałbym ją jeszcze czymś zaskoczyć, pokazać jej taki kolor, którego we mnie nie zna. Później wiele rzeczy zacząłem robić z myślą o Paulinie, dziś także o dzieciach. A jednocześnie zawsze odzywa się zwyczajna ludzka ambicja: zrobić coś takiego, żeby inni wreszcie zobaczyli, że też dużo potrafię.
Nagrody są dla aktora ważne?
Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie. Ale nagrody są różne. Mam kilka, z niektórych jestem dumny, a niektóre doceniają coś, czego ja sam w sobie aż tak bardzo nie cenię. No i jest jeszcze jedna specyficzna nagroda - pamięć widzów. Jury profesjonalistów mówi: „Zauważyliśmy twój warsztat”. Publiczność: „Poruszyłeś mnie”. Tego nie da się porównać.
Co najbardziej cię wtedy cieszy?
Kiedy podchodzą na ulicy i cytują dialogi. Do dziś słyszę teksty Goldena z „Furiozy”: „Co klasyk to klasyk!”, „Chcesz? Kupię ci to morze” czy „Do pierwszego to mi starczy, ale do drugiego już czasem nie”. To zdanie wymyślaliśmy z Cyprianem T. Olenckim na planie. Kiedy wraca do mnie po latach z ust zupełnie obcych ludzi, mam poczucie, że film zaczął żyć własnym życiem. Dla aktora nie ma chyba większego komplementu niż świadomość, że stworzył coś, co zostało z ludźmi.
A jednak mam wrażenie, że z wiekiem coraz mniej potrzebujesz potwierdzeń z zewnątrz, a coraz bardziej cenisz coś znacznie mniej spektakularnego: spokój.
To prawda. Dziś ogromną satysfakcję daje mi poczucie bezpieczeństwa. Bywały w moim życiu naprawdę trudne momenty finansowe, dlatego teraz z Pauliną bardzo pilnujemy domowego budżetu. Oboje jesteśmy odpowiedzialni za chłopaków. Dziś nie mogę powiedzieć, że czegokolwiek mi brakuje. I to też jest szczęście. Może mniej widowiskowe niż brawa, ale za to bardzo konkretne.
A co jeszcze daje ci szczęście?
Porządek. Paulina jest teraz z chłopcami nad morzem, a ja jestem sam w domu. Po nocnych zdjęciach wracam nad ranem, a ponieważ jeszcze mnie nosi, zabieram się do… porządkowania leków. Zebrałem wszystko z całego domu, sprawdziłem daty ważności, posegregowałem, przygotowałem przeterminowane leki do oddania, a resztę poukładałem. Osobno leki Pauliny, osobno moje, osobno dzieci. Opatrunki, plastry, inhalatory, wszystko ma swoje miejsce. Stanąłem później w kuchni drugiego dnia porządków o piątej nad ranem i pomyślałem: „Jakie to jest przyjemne”.
Większość ludzi szczęścia szuka w podróżach, miłości albo sukcesach. Ty opowiadasz o szafce z lekami.
Bo dla mnie to nie jest tylko szafka z lekami. To jest poczucie, że nad czymś panuję. Że jeśli jutro wydarzy się coś niespodziewanie nieprzyjemnego, nie będę gorączkowo szukał termometru czy plastra. Wszystko jest na swoim miejscu. To daje mi spokój. Zresztą nie tylko z lekami tak mam. Kiedy skończyłem z apteczką, od razu zabrałem się do łazienki. Wróciłem po nocce około trzeciej nad ranem. Wiedziałem, że i tak nie zasnę, po zdjęciach zbyt dużo obrazów wciąż miga przed oczami, więc przez dwie godziny przeglądałem kremy, kosmetyki i perfumy, sprawdzałem daty ważności, wyrzucałem przeterminowane rzeczy i wszystko układałem od nowa. To daje mi ogromny spokój. Lubię, kiedy wszystko ma swoje miejsce. Zresztą zapachy też mają u mnie swoje miejsce. Nie tylko na półce, ale i w pamięci. Dobieram perfumy nie tylko do siebie, ale również do bohaterów, których gram. Zapach jest dla mnie częścią budowania postaci. Każdy bohater ma swój własny. Starski pachniał Loewe Solo. W „Prostej sprawie” był czarny Tom Ford, Golden pachniał czerwonym Fahrenheitem, a do „Piekła kobiet” wybrałem Opium. Co ciekawe, te zapachy zostają ze mną długo po zakończeniu zdjęć. Wystarczy, że po latach użyję któregoś z nich, a natychmiast wraca do mnie tamten bohater. Jakbym znowu wszedł w jego świat. Tom Ford od razu przywołuje Bezimiennego z „Prostej”, a razem z nim jedną bardzo prostą myśl: „Mniej mów, więcej rób. Nie opowiadaj, co zamierzasz zrobić. Zrób”. A Fahrenheita unikam jak ognia. Tam było zbyt dużo agresji, niepewności i rozedrgania. To fascynujące, że moi bohaterowie zostawiają po sobie nie tylko wspomnienia, ale czasem także konkretne życiowe wskazówki.
W „Lalce” właściwie każdy za czymś goni. Wokulski za miłością, Izabela za światem, który odchodzi, Starski za kolejnym zachwytem. A za czym dziś goni Mateusz Damięcki?
Za harmonią. Wiem, że życie zawsze będzie sinusoidą. Będą wzloty i upadki. Ale chciałbym ograniczyć te skrajności. Kiedyś wydawało mi się, że właśnie w nich tkwi moja siła. Dziś myślę, że najwięcej błędów popełniałem wtedy, kiedy podejmowałem decyzje pod wpływem bardzo silnych emocji. Zarówno euforia, jak i rozpacz są kiepskimi doradcami.
Kto cię tego nauczył?
Mama Joanna i żona Paulina. Od lat powtarzają mi, że skrajności mnie spalają. Przez długi czas wierzyłem, że właśnie dzięki nim jestem aktorem. Dzisiaj wiem, że aktorstwo nie polega na niekontrolowanym przeżywaniu emocji. Przeciwnie. Trzeba wejść bardzo głęboko, ale jednocześnie nad tym panować, szczególnie przy dzieciach.
Wyobraź sobie, że za 30 lat twoi synowie otwierają pudełko ze starymi zdjęciami. Nie oglądają aktora. Oglądają swojego tatę. Co chciałbyś, żeby zobaczyli?
Kiedy urodził się Franek, zaczęliśmy z Pauliną robić zdjęcia polaroidem. Później dołączył Ignacy. Kiedy dziś na nie patrzę, oprócz samych chłopców oczywiście najbardziej przyciągają mnie moje własne oczy. W tamtym czasie przeżywałem bardzo trudny okres, miałem za sobą rozwód, wiele rzeczy się nie udało. Bałem się rodzicielstwa. A jednak kiedy widzę na fotografii siebie trzymającego na rękach Franka oraz Ignacego, nie mam wątpliwości, że kiedy robione były te zdjęcia, wszystko, co złe, przestawało mieć znaczenie. Moi synowie stworzyli w moim życiu coś w rodzaju carte blanche. Wymazali to, co było wcześniej. Na tych zdjęciach widzę w sobie przede wszystkim zachwyt. Czysty zachwyt. I bardzo chciałbym, żeby właśnie to zapamiętali. Nie role. Nie filmy. To, że kiedy byli mali, patrzyłem na nich z bezbrzeżną miłością. Przypomniał mi się niedawno taki wywiad sprzed lat, bardzo przejmujący, z Arkiem Jakubikiem. Powiedział, że kiedy jego synowie wyprowadzili się z domu, poczuł pustkę, której zupełnie się nie spodziewał. Pustkę, z którą nieumie sobie poradzić. I zdałem sobie sprawę, że największym wyzwaniem rodzicielstwa nie jest wychować dziecko, ale umieć je kiedyś wypuścić.
Przez całą naszą rozmowę wraca jedna myśl: są rzeczy, na które trzeba ciężko zapracować, ale są też takie, które po prostu trzeba umieć puścić. Nauczyłeś się już tego?
Cytując klasyka: cały czas się uczę. Kiedyś czekałem na wynik castingu jak na diagnozę lekarską. Dzwoniłem non stop do agentki po zdjęciach próbnych i pytałem, czy się odezwali, czy coś wiadomo. A ona zawsze odpowiadała: „Spokojnie. Zobaczymy, będzie, co ma być”. A ja mówiłem: „Ale przecież bardzo mi zależy”. I wtedy słyszałem: „Wiem. Ale odpuść, zostaw”. Zapominam. Po roku oglądam film, którego nie dostałem, okazuje się, że jest niedobry, a ja dochodzę do wniosku, że wszystko ułożyło się dokładnie tak, jak powinno. Bo gdybym zagrał tamtą rolę, nie zagrałbym innej, która przyszła zaraz po tamtym castingu i okazała się dla mnie przełomowa. Dopiero z perspektywy czasu widać sens.
Czyli coraz bardziej ufasz, że nie każde rozczarowanie jest porażką?
W takich chwilach zawsze wraca do mnie chińska przypowieść o starym wieśniaku. Uciekł mu koń. Sąsiedzi mówili: „Jakie nieszczęście”. On odpowiadał tylko: „Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”. Kilka dni później koń wrócił, prowadząc stado dzikich koni. Wszyscy uznali to za wielkie szczęście. Ale wieśniak wzruszył tylko ramionami: „Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”. Potem syn wieśniaka spadł z jednego z koni i złamał nogę. Znowu nieszczęście. A kiedy wybuchła wojna i wszystkich młodych mężczyzn zabrano na front, okazało się, że właśnie dzięki tej złamanej nodze on jeden został w domu. Bardzo lubię tę historię, bo przypomina mi, że życie jest mądrzejsze od większości naszych ocen. To, co dziś wydaje się kompletną katastrofą, za jakiś czas może okazać się największym szczęściem. I odwrotnie.