Ogrom ról, wiele wypowiedzianych ze sceny kwestii, błyskotliwe riposty… Danuta Stenka przyznaje: w prawdziwym życiu długo nie umiała rozmawiać. Trzeba się było do niej przebijać, wyciągać ze skorupy. Nadal woli być słuchaczką. A dialogi wewnętrzne? Do siebie stara się zwracać z dystansem i czułością. Choć wewnętrznego krytyka pozbyć się trudno.
Tempo ma imponujące. Teraz rola w filmie Przepis na święta, wkrótce na ekranach Radioamator i Właśnie że tak!…, przed momentem premiera Orestei w Teatrze Narodowym. Kolejny rok nie miała urlopu, a marzy o nim. Przerwa na herbatę i wywiad? – trudno znaleźć okienko. I o czym niby ma mówić, wszystko już powiedziała – przekomarza się. Na spotkanie przychodzi uśmiechnięta, trochę rozmawiamy o tym, co usłyszała w audycji. Słucha radia w samochodzie, lubi je. Choć pewne rzeczy ją drażnią. Co na przykład?
Danuta Stenka: Och, uwiera mnie, zwłaszcza u dziennikarzy, moda na przeakcentowania, ten nacisk na pierwszą sylabę: „mamy WY-jątkowo CIE-kawe IN-formacje”. W języku polskim akcentujemy przecież drugą sylabę od końca. Albo gdy w moim ulubionym radiu słyszę „panie miniszczsze” czy „roszczulić, roszszerzyć”. Jak „gniewać” i „roz-gniewać”, tak „czulić” i „roz-czulić”, „szerzyć” i roz-szerzyć”. Oczywiście sama też robię błędy i wciąż się uczę, np. zaledwie kilka lat temu dowiedziałam się, że nie mówimy „jak bym się nie starała, zawsze będzie źle”, tylko: „jakkolwiek bym się starała, zawsze będzie źle”. Odkrywam takie rzeczy, chłonę i przekazuję dalej. To moja mała misja na prywatnym poletku.
Proszę opowiedzieć o pani rozmowach ze sobą. Potrzebuje ich pani?
Potrzebuję, choć są trudne, bo jestem dla siebie bezwzględna, surowa jak nikt. Jednak zauważam, że z wiekiem nuta łaskawości jest coraz głośniejsza. Na każdym polu. Na zawodowym widać to najwyraźniej. Zanim przyjdzie ocena z zewnątrz, sama wystawiam sobie cenzurki w trakcie każdej próby, spektaklu czy zdjęć. Mąż pyta: przecież dostajesz tyle dowodów, że coś robisz dobrze. Dlaczego wmawiasz sobie, że jest źle? Nie wmawiam sobie, ja to czuję. Ale kiedyś moje klęski – bo nawet zwykłe potknięcie miało taki wymiar – przynosiłam do domu. I prawdopodobnie infekowałam, zatruwałam atmosferę. Od dłuższego czasu opatruję „klęski” cudzysłowem i coraz częściej udaje mi się zostawić je na wycieraczce. Potrafię już powiedzieć: „było beznadziejnie” i… machnąć na to ręką.
Skąd ten krytycyzm?
To chyba pochodna perfekcjonizmu, który mi zaszczepiono. Mama była perfekcjonistką, wymagała tego od siebie, a tato wymagał tego od nas. Nie wiem, czy kiedykolwiek uwolnię się od tych dzwonków w głowie, sygnałów, że coś robię źle. Na szczęście już nie są tak raniące jak kiedyś. Teraz najczęściej tylko nieprzyjemne.
Potrafi pani pochwalić samą siebie?
Pochwały nie wypadają mi z rękawa, niestety. Ale kiedy jest naprawdę źle, potrafię wziąć siebie na kolana i przytulić.
Mówi pani sobie przed lustrem: Danka, masz 65 lat i jesteś piękną kobietą?
Nie na co dzień. Widzę, że jestem zmęczona. Brak urlopu, nakładanie się zajęć, nieprzespane noce, stres – co trwa od ponad roku – odcisnęły się na mojej twarzy. Ale choć zwierciadełko mówi: „są księżniczki piękniejsze od ciebie”, zdarza mi się pomyśleć: „Kurczę, Stenia (tak nazwała mnie pani portierka w Dramatycznym, myśląc, że Stenka, to moje imię, co z rozkoszą przyswoili domownicy), masz dzisiaj dobry dzień, jakoś fajnie ułożyły ci się włosy, jest błysk w oku! Fajna z ciebie babka!”.
Pani naturalna uroda jest doceniana, podobnie jak pani zwierzenia związane ze stanami ducha, psychiki. Prowadzi pani szczere rozmowy ze światem, także o sprawach tak trudnych jak bezsenność, depresja. Warto?
Z bezsennością zmagałam się prawie sześć lat. Sypiałam po trzy godziny na dobę, czasem krócej. Padałam do łóżka śmiertelnie zmęczona i codziennie wierzyłam, że tym razem czeka mnie długie spanie. Tak się nie działo, a od rana obowiązki. Bez taryfy ulgowej. Kiedyś po nocy, w ciągu której przespałam tylko godzinę, zbieram się na lekcję angielskiego, mąż mówi: „Oszalałaś? Zadzwoń do Bena i powiedz, że nie przyjdziesz, musisz odpocząć, wieczorem masz spektakl!”. Ale każda odwołana lekcja to przecież rachunki, których nauczyciel nie opłaci. Pojechałam. Tak żyłam, aż doszłam do ściany. Miałam wziąć udział w programie telewizyjnym. W przeddzień zadzwoniła do mnie Lucy, agentka, żeby mi o tym przypomnieć. I wtedy po raz pierwszy powiedziałam, że cokolwiek się stanie, nie jestem w stanie tam pójść. Lucy „wypisała” mnie z tego pod warunkiem, że spotkam się z lekarzem. A lekarz uświadomił mi, że bezsenność to objaw depresji, wypalenia. Opowiedziałam tę historię podczas wywiadu, kiedy zapytano mnie, jaką cenę płacę za bycie aktorką. Myślę, że wielu ludziom było to potrzebne. Dzwonili do mnie znajomi, którzy wreszcie odważyli się przyznać, że mierzą się z tym samym problemem. Nie przypuszczałam, że to może być tak ważne. Uśmiechnięta bohaterka pięknych sesji zdjęciowych, przedstawiana jako „kobieta sukcesu”, też jest zwykłym człowiekiem, który wziął za dużo na swoje barki i, jak oni, załamał się. Popękali nie dlatego, że są zbudowani z gorszego materiału.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu Twój Styl.