„Ty już nic nie musisz. Wystarczająco zrobiłaś”, mówi jej Maja Komorowska. Czy Kinga Dębska posłucha? Na razie opowiada nam o swojej nieoczywistej drodze do reżyserii i momencie szczęścia, który przeżywa.
PANI: Sugestywnie umierasz na początku pierwszego sezonu „Gry z Cieniem”. Przeleciał ci film życia przed oczami?
KINGA DĘBSKA: Jeżeli przeleciał mi jakiś film, to jej, Stefanii Markowskiej, partyjnej towarzyszki, byłej żony ministra spraw wewnętrznych, który ją zdradzał na prawo i lewo, a w końcu porzucił. Przeczytałam parę książek o tych starych komunistkach. Jakie były, jak żyły… Lata 50. to bardzo szczególne czasy dla kobiet. Trudne, naznaczone wojenną traumą i rzeczywistością zanurzoną w stalinowskiej ideologii. Kobiety były twarde, heroiczne. Wiesz, że żadna aktorka nie chciała tego zagrać? Jedna odmówiła, druga… Bo epizod i tylko jeden dzień zdjęciowy, bo brzydkie umieranie. A to postać kluczowa, od niej zaczyna się cała intryga „Gry z Cieniem”. „Dobra - pomyślałam - zagram sama”. Piotr Dzięcioł, producent, był zachwycony. Gdy robiliśmy „Święto ognia”, wpadł na pomysł, że będę Józefiną...
…w którą ostatecznie wcieliła się Kinga Preis, jedna z twoich aktorek.
I jest wspaniała! Najlepsza! Ja lubię sobie pograć trochę, zmienić wektor mojej pracy. Uważam, że aktorstwo i reżyseria są bardzo blisko. Dwie strony medalu. Chodzi nam o to samo, żeby stworzyć coś, co jest interesujące, wiarygodne, intensywne, emocjonalne. We wrześniu do kin wchodzi „Lalka”, zagrałam tam Rzeżuchowską, najbogatszą hrabinę w Warszawie. Nie jest to duża rola, ale też nie malutka. Hrabina gardzi zarówno Wokulskim, jak i Łęcką. Miałam aż cztery dni zdjęciowe! Grałam z moją córką, z Krystyną Jandą, z Marcinem Dorocińskim. To była fantastyczna lekcja i przygoda. Namawiam kolegów reżyserów do tego, aby czasami grali, bo to nas wzbogaca. Widzimy rzeczy, których nigdy byśmy nie zobaczyli. Teraz kręcę nowy serial, tym razem zagrałam dziennikarkę.
Czyli trochę siebie sprzed 30 lat?
Prawicową dziennikarkę. Więc nie siebie...
W książce „Czułe miejsca” opowiadasz o swojej długiej i nieoczywistej drodze do reżyserii. O życiu, które zaskakuje bardziej niż scenariusz filmowy.
Napisałam książkę, która jest mapą tropów, mapą błędów. Piszę w niej, że jak już myślę, że coś wiem, to życie zawsze płata mi figla. Jakby chciało mi powiedzieć: „Akurat...! Nic nie wiesz!”. Często wydaje się nam, że w tym, co nas spotyka, nie ma żadnej logiki. Sens różnych zdarzeń rozumiemy dopiero po latach, patrząc wstecz. Nagle wszystko układa się w konkretny wzór, którego w danym momencie nie byliśmy w stanie dostrzec. Czas zmienia perspektywę, daje inny punkt widzenia. Kiedyś pewnie napiszę drugą część, ale jeszcze trochę poczekam. Zaczęłam pisać dla siebie, dopiero później zgłosiło się wydawnictwo. Ta książka była mi bardzo potrzebna. Jestem w takim momencie w życiu, że chciałam zmierzyć się z trudnymi rzeczami, o których nigdy nie powiedziałam w żadnym wywiadzie.
To opowieść o odwadze, która przychodzi z wiekiem, o sukcesie, który ma cień, i o sile, która przychodzi, gdy przestajemy się bać.
O dziewczynie z Wołomina, prowincjonalnej, pozamykanej, ugrzecznionej, której absolutnie nic nie powinno wyjść.
Korekta. O dziewczynie ambitnej, wszechstronnie utalentowanej. Ciekawej świata...
…pochodzącej z nieartystycznego domu. Tato architekt chciał, żebym miała konkretny zawód. A mnie do konkretów nie ciągnęło. Chodziłam do Batorego, bo szybko biegałam i trenowałam na Legii. W trzeciej klasie wpadłam na pomysł, że będę aktorką. Kuzyn, który studiował w łódzkiej filmówce, zrobił mi z kolegami „przesłuchanie”. Uznali, że się nie nadaję. Od razu odpuściłam. W czwartej klasie liceum przeczytałam „Sprawę osobistą” Kenzaburō Ōe i się zachwyciłam. Postanowiłam studiować japonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, wydawała mi się odpowiednio odjechanym kierunkiem. To była moja motywacja - pójść na studia, które są przygodą, tajemnicą.
W tym samym czasie wybrałam… iranistykę na UJ. Motywacja ta sama.
Pociągał nas świat. Napędzał drive do szukania czegoś więcej. Gdzie Japonia, gdzie Iran…?! Nie można było nigdzie wyjechać, więc człowiek podróżował w wyobraźni. Poza tym nasze pokolenie nie myślało o materialnej stronie bytu. Studiowało się dla przyjemności. Dosyć długo korespondowałam z Kenzaburō Ōe. Myślałam, żeby na podstawie jego książki zrobić film. Pech chciał, że dostał Nobla, trudniej teraz uzyskać prawa. Ale kto wie? Po pięćdziesiątce uwierzyłam, że w życiu wszystko jest możliwe.
Co widzisz, patrząc dojrzałym wzrokiem kobiety sukcesu na tamtą dwudziestolatkę?
Dopiero teraz widzę, jaka byłam wobec siebie krytyczna. Nie myślałam o sobie życzliwie. Długo nie przyznawałam sobie prawa, żeby powiedzieć, że jestem fajna, mądra, ciekawa. Ładna. Oprócz japonistyki na drugą nóżkę studiowałam dziennikarstwo. Ówczesna szefowa Sony Małgorzata Maliszewska wysłała mnie do Los Angeles na wywiad z Leonardem Cohenem, który po długiej przerwie wydał płytę. Cohen był dla naszego pokolenia ikoną. Kiedy się spotkaliśmy, był już panem po siedemdziesiątce, znużonym dziennikarzami. Nagle zobaczył młodą dziewczynę, japonistkę, która zadaje mu niestandardowe pytania. Cohen był wyznawcą japońskiej odmiany zen, mieszkał w klasztorze. Zaintrygowałam go. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny, a potem zaprosił mnie na kolację. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Boże, Cohen jest ciekawy, co ja mam do powiedzenia!”. Ja, dziewczyna z Wołomina, z bloku, która uczyła się angielskiego na jego tekstach! Narodziła się z tego serdeczna znajomość. Z perspektywy czasu widzę, że on mnie też trochę podrywał. Ale wówczas taka myśl nie przyszłaby mi do głowy.
Potrafisz opisać tamtą dziewczynę? Jak wyglądałaś, jak się ubierałaś?
Ostatnio spotkałam się w TVN–ie z Filipem Łobodzińskim, który pamiętał mnie z telewizji z tamtego okresu. Filip powiedział, że miałam burzę kręconych włosów i buzowałam energią, entuzjazmem. Dziewczyna ogień! Jak się ubierałam? Zawsze starałam się mieć coś specjalnego. Pamiętam różowy sweterek i krótką spódniczkę. (śmiech) Kręciłam się blisko redakcji zagranicznej. Waldek Milewicz, który robił reportaże wojenne, był wtedy guru. Pociągało mnie wszystko, co znajdowało się poza bańką, w której żyłam. To był zresztą ciekawy moment w moim życiu. Staż w „Wiadomościach”, małżeństwo, malutka Marysia. Mój pierwszy mąż był biznesmenem, kupował mi kostiumiki Diora. Problem w tym, że w tych kostiumikach mogłam wychodzić tylko z nim. Był straszliwie zazdrosny. Gdy wkładałam kostium na inne spotkania, w napadzie złości... ciął go nożyczkami. Było mi ich bardzo żal, więc moja siostra z babcią siadały przy maszynie i zszywały pocięte kawałki. Kostiumy przeżyły nasz rozwód.
Miałaś 21 lat, wychodząc za mąż, 22, gdy urodziłaś Marysię. Studiowałaś dwa kierunki, pracowałaś, chciałaś zdobyć świat... Po co ci był tak szybko ten mąż, dziecko?
To jedno z tych pytań, których nie cierpię. Po prostu pochłonęło mnie życie. Wpadłam w nie jak śliwka w kompot. I czerpałam z niego pełnymi garściami nie tylko dobre rzeczy. Więc kiedy stanęłam za kamerą, bardzo dużo wiedziałam o życiu, o emocjach, o porażkach. Byłam po rozwodzie, po terapii. Spotkałam Zbyszka (Domagalskiego, producenta, drugiego męża – przyp. red.) i budowałam siebie na nowo. Z niejednego pieca chleb jadłam. I bardzo się cieszę. Gdybym została reżyserką w wieku 24 lat, byłabym bardzo głupią reżyserką. Życie okazało się mądrzejsze ode mnie.
Co było zapalnikiem tej reżyserii?
W telewizji zaczęłam robić krótkie reportaże, myślałam, że zostanę dokumentalistką. Interesowała mnie prawda, człowiek, życie. Zapisałam się do dwuletniej szkoły filmowej w Toruniu, działającej przy festiwalu Camerimage. Zajęcia odbywały się w weekendy, co mi odpowiadało, bo byłam już wtedy samotną matką z dzieckiem. Jacek Bławut, który był wtedy moim profesorem w Toruniu, bardzo mnie namawiał, żebym poszła na Wydział Operatorski do Łodzi, uważał, że będzie ze mnie świetny operator. Nie chciałam. Kolega montażysta jechał na egzaminy do FAMU w Pradze. Zaproponował, żeby pojechała z nim dla towarzystwa. Poszłam z ciekawości na wydział reżyserii, gdzie się dowiedziałam, że mogłabym zdawać od razu na czwarty rok, bo zaliczą mi japonistykę i niektóre przedmioty z Torunia. Postanowiłam spróbować. Z Wojtkiem Staroniem nakręciłam „Szeptem”, film spodobał się komisji i mnie przyjęli. W wakacje musiałam nauczyć się czeskiego, ale po japonistyce to była pestka. Po studiach w Polsce znowu musiałam zaczynać od nowa.
Bo...?
Nikt nie wiedział, że jakaś Polka skończyła w Pradze reżyserię i zrobiła po czesku dyplom. Mój pierwszy film fabularny „Hel” był tak naprawdę moim pierwszym spotkaniem z polskimi widzami. Miałam go zrobić w Zebrze, ale nie wyszło. Byłam załamana, że już nigdy mi się nie uda, i wtedy Zbyszek powiedział: „Dobra, w takim razie ja ci wyprodukuję ten film”. I kolejny zbieg okoliczności - tydzień przed premierą „Helu” rozbił się samolot prezydencki pod Smoleńskiem i nikt nie chodził do kina…
Miałaś wtedy 40 lat.
W moim życiu było dużo zbiegów okoliczności, które miały mnie odwieść od reżyserowania, a ja z uporem szłam w tym kierunku. Miałam ogromną potrzebę bycia w tym zawodzie, zarówno wtedy, kiedy był mi nieżyczliwy i kiedy był przyjazny. I to jest właśnie fantastyczne. Idę drogą, która jest mi „zapisana”. Nie znam jej do końca, nie zawsze ją rozumiem, ale czuję, że muszę nią iść. Uczę czasami studentów reżyserii, ale teraz mam taką refleksję, że tego zawodu nie da się nauczyć. Jak i wrażliwości na życie, potrzeby opowiadania o nim. Albo masz tę potrzebę opowiadania, dzielenia się swoim wnętrzem poprzez filmy, albo nie masz. Możesz studiować na Harvardzie i się tego nie nauczysz.
Najważniejsze filmy: „Moje córki krowy”, „Zabawa, zabawa”, „Zupa nic”, zrobiłaś ze Zbyszkiem jako producentem. Mówił: „Filmy Kingi są prawdziwe, bo biorą się z niej, w niej się rodzą”. Jest w nich hrabalowska miłość do zwykłego człowieka, subtelna ironia, humor. Miałaś mistrza w Pradze?
W Pradze zaprzyjaźniłam się z moim profesorem Sašą Gedeonem. Zrobił wspaniałe filmy: „Powrót idioty”, „Indiańskie lato”. Uczyła mnie też Věra Chytilová, słynna reżyserka, już nie żyje, czy Otakar Vávra. Miał ze sto lat, gdy miałam z nim zajęcia, był mentorem wszystkich najważniejszych czeskich reżyserów. Oni wszyscy dali mi to, czego wówczas potrzebowałam. Wiarę w siebie, we własną intuicję. Razem oglądaliśmy różne filmy, dyskutowaliśmy o nich, miałam czas, żeby pomyśleć, co ja chciałabym pokazać ludziom, jakie filmy chciałabym robić. Jiří Menzel, twórca „Pociągów pod specjalnym nadzorem”, którego przez chwilę byłam asystentką, powiedział mi jedną z najważniejszych rzeczy o filmie: „Jak robisz tragedię, rób lekko jak komedię, a jak robisz komedię, rób ją tak, jakbyś robiła dramat”. Świat warto malować różnymi kolorami. Ale chyba najważniejsze w moich czeskich studiach było wspólne oglądanie filmów i później dyskutowanie o nich. Z tego najwięcej się nauczyłam, z czeskiej klasyki. Moim ukochanym filmem jest „Sklep przy głównej ulicy”, za który Czesi dostali Oscara. Nie nauczyłam się tam swojego stylu, ale uwierzyłam w siebie. Już od moich profesorów z Torunia, Doroty Wardęszkiewicz i Jacka Bławuta, usłyszałam, że mam intuicję, ale to w Pradze zaczęłam na poważnie myśleć o tym, co mnie w kinie interesuje. Człowiek w jego kruchości i sile. Bardzo dużo mi dało robienie filmów dokumentalnych. One nauczyły mnie uważności na człowieka. Ale mój styl tworzył się latami. W „Helu” ironii i dowcipu używałam pokątnie.
Dlaczego?
Trochę się bałam, że nie wypada, a teraz używam humoru pełną gębą. Życie jest dla mnie tragikomiczne. Tak je widzę. Jestem z Białegostoku, moi rodzice pochodzą z Wasilkowa. Podlasie pełne jest tragikomiczności. Myślę więc, że w moich filmach na Podlasie nałożyła się czeska szkoła. Mam szczęście, bo moje filmy pięknie się starzeją. Ludzie wciąż do nich wracają, przeżywają, odnajdują siebie. Czyli można powiedzieć, że się nie starzeją, tylko wciąż są potrzebne. Maja Komorowska czasami do mnie dzwoni i mówi: „Ty już nic nie musisz. Ty już wystarczająco zrobiłaś. Możesz sobie odpoczywać”. Wielka Maja Komorowska! Bardzo przypadłyśmy sobie do gustu. Zaczęło się od „Pogo”, mojego spektaklu teatralnego na podstawie Jakuba Sieczki, z Marcinem Hycnarem, który zrobiłam dla Teatru Polonia, a potem Teatru Telewizji. To opowieść o lekarzu pogotowia ratunkowego, który traci wiarę w sens tego, co robi, i odchodzi z zawodu. Maja to zobaczyła i się zachwyciła.
W naszej mentalności i kulturze wciąż jest głęboko osadzony stereotyp, że „prawdziwy” reżyserski sukces może osiągnąć tylko mężczyzna. Czułaś się czasami deprecjonowana, bagatelizowana?
Wielokrotnie. Tylko że w sposób delikatny i subtelny. Nigdy nie dawałam po sobie poznać, że tak się czuję. Przykład? Przychodzę z jakimś pomysłem do producenta, a on mi mówi, że musi to wyreżyserować ten i ten facet. I mnie w ogóle nie bierze pod uwagę, a to mój pomysł! W Polsce kobietom nie proponuje się takich dużych seriali jak „Gra z Cieniem”. Wielkie produkcje z dużym budżetem, gdzie są walki, strzelaniny, niebezpieczne misje, pościgi i dużo kaskaderki, są zarezerwowane dla reżyserów mężczyzn. A przecież każda kobieta, tak samo jak facet, może zrobić film o wojnie. Myślę, że może go nawet zrobić lepiej, bo kobiecy punkt widzenia na wojnę jest jeszcze ciekawszy. Popatrzmy na Kathryn Bigelow. A jednak takie filmy u nas robią głównie faceci. Dostałam tę propozycję od Piotra Dzięcioła tylko dlatego, że pracował ze mną przy „Święcie ognia”, moim ostatnim filmie. Zobaczył, co potrafię. „Gra z Cieniem”, którą zrobiłam ze wspaniałym operatorem Adamem Sikorą, jest dla mnie dowodem na to, że potrafię odnaleźć się w różnych gatunkach, także tych zarezerwowanych dla mężczyzn. Myślę, że mam męski mózg. Pytanie, czy istnieje płeć mózgu? To nie jest ani wada, ani zaleta. Idę prosto do celu. Nie ma we mnie czułostkowości. Wyniosłam to z domu, gdzie nie odnosiliśmy się do siebie z namaszczeniem. Była miłość, ale szorstka. Do dziś, gdy jest za słodko, wietrzę podstęp.
Wczesne macierzyństwo okazało się dla ciebie turbiną napędową. Udzielasz czasami Marysi „dobrych” rad? Chciałabyś ją przed czymś ustrzec?
Summa summarum okazało się, że to był najlepszy pomysł - zostać matką w wieku 22 lat, żeby potem mieć piękną karierę i wspaniałe dziecko, które od czasu do czasu gra u mamy. Jestem szczęśliwa, obserwując rozwój Marysi. Czy jej udzielam rad? Czasami, rzadko, bo wiem, że tego nie lubi. Nie mówię, co ma grać, a czego nie grać, ale zawsze się cieszę, kiedy razem pracujemy. Myślę, że role, które zrobiła ze mną, szczególnie ta w „Zabawie, zabawie”, mają duże znaczenie i dla niej, i dla mnie, i dla polskiej kinematografii. Oczywiście jak każda mama chciałabym ją ustrzec przed rozczarowaniami. Jest bardzo wrażliwa na to, co mówią inni. Powtarzam jej: „Marysia, niech sobie ludzie gadają. Zawsze coś będą mówić, co to ma za znaczenie?”. Ale dla niej to jest istotne, że mówią: „mama załatwiła”, kiedy tak nie jest. Tak jakby ktokolwiek mógł komuś coś załatwić. Masz talent albo nie masz. Ona wielokrotnie udowodniła, że ma.
Od kilku miesięcy spędzasz po kilkanaście godzin na planie, najpierw drugiego sezonu „Gry z Cieniem”, teraz tajemniczego serialu, a jest w tobie mnóstwo energii, radości.
(śmiech) Mam teraz w życiu moment szczęścia. Cieszę się z tego, co mam. Nie czuję potrzeby, żeby mieć więcej. Dużo się w moim życiu zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. Na plus. Żyję pełnią, nie czekając na tę pełnię. Odpuściłam wiele rzeczy, na które nie mam wpływu. Przestałam się martwić. Przestałam przejmować się tym, co ludzie powiedzą, co pomyślą. Zaczęłam żyć dla siebie, nie dla innych. Nie mam ani ochoty, ani siły być superkurą domową i matką Polką, która robi święta dla 30 osób. Rok temu po raz pierwszy wyjechałam z Polski na Boże Narodzenie. Poleciałyśmy z Marysią na Bali, Zbyszek został, bo kończył kontrakt dyrektorski w WFDiF. Przestałam gotować mężowi obiady w przerwie, pracując na planie po 13 godzin. Przecież ma dwie ręce, dwie nogi i samochód, może sobie gdzieś pojechać i zjeść albo zamówić obiad do domu.
Twoja książka pięknie się kończy. Piszesz „Idę żyć!”.
Menopauza dała mi napęd. Nauczyłam się wreszcie cieszyć swoim ciałem, swoim życiem, miłością, seksualnością. Zawsze powtarzałam: „Ciało nieważne, duch jest ważny”. Nieprawda. Ciało jest bardzo ważne i dbam o nie, bo od niego się zaczyna. Chodzę z kijkami, codziennie ćwiczę jogę. Chodzę na lekcje baletu. Balet jest wspaniały, bo uruchamia całe ciało, wszystkie mięśnie. Zrozumiałam, że gdy nie jesteśmy same ze sobą szczęśliwe, to żaden facet nam nie pomoże. Kocham Zbyszka, ale nie trzymam go kurczowo rękami i nogami. Wpuściłam trochę powietrza do naszego związku i ono było bardzo potrzebne. Sprzedaliśmy mój wymarzony dom w Milanówku i wróciliśmy do Warszawy, wreszcie nie spędzam czasu w korkach. Mam czas, żeby spełniać swoje zachcianki, a nie cudze. Robić rzeczy, których jeszcze nie robiłam. Marzę o tym, żeby przejść Camino de Santiago. Chcę się sprawdzić w nowych gatunkach filmowych. Ciekawi mnie, co jest za drzwiami, których jeszcze nie otwierałam. Ale też chcę odpoczywać, bo jak człowiek przechodzi z projektu w projekt, nie zauważa tego, co jest najważniejsze. Życia. Wierzę, że kino ma znaczenie. Szczególnie teraz, gdy w Polsce i na świecie kończy się pewna epoka demokracji i dobrobytu. Już nie wystarczy opowiadać o uczuciach, kino może stać się głosem, który poruszy ludzi, coś zmieni. Nie wiem, czy dużo mogę zmienić swoimi filmami, ale będę próbować. Jak powiedział w słynnym przemówieniu Marian Turski: „Jedenaste przykazanie. Nie bądź obojętny”.