Czasem odrywa się od ziemi, ale na co dzień twardo po niej stąpa. Aleksandra Popławska urodziła się na Śląsku, po śląsku żartuje i przeżywa emocje. Mówi, że ma śląską duszę. Introwertyczka, na scenie i planie filmowym daje upust emocjom, które prywatnie chowa. Odzyskuje równowagę, włócząc się z psami po lesie i praktykując jogę. Spokój? Nie zawsze go czuje. Dlatego wie, ile jest wart.
W genach ma zakodowaną siłę i potrzebę niezależności. Choć jest też druga, artystyczna strona, utkana z wrażliwości. Mama Aleksandry Popławskiej amatorsko występowała w sztukach, chciała zostać aktorką, ale nie było jej stać na studia. Miłością do teatru zaraziła córki – Olę i młodszą Magdalenę. Zaczęło się od konkursów recytatorskich, poezji śpiewanej, nauki w szkole muzycznej. Były sukcesy, wyróżnienia, nagrody. Pierwsza poważna porażka? Ola nie dostała się do szkoły teatralnej. Przez rok uczyła muzyki w podstawówce, a potem zdała na wymarzone studia aktorskie i wyjechała do Wrocławia. Nie wróciła już na Śląsk. Na drugim roku zaniosła CV do wszystkich wrocławskich teatrów. Mówiła, że nie ma pieniędzy i przyjmie każdą rolę. Zadziałało. Zaczęła grać w Teatrze Polskim. Dwa lata później dostała angaż w warszawskim Teatrze Rozmaitości. Popularność? Musiała na nią poczekać, przyszła z serialem Wataha i rolą prokuratorki Igi Dobisz. Nie zmieniła Oli, nadal chodzi własnymi ścieżkami, od ponad 20 lat związana jest z aktorem Markiem Kalitą. Mieszkają z dala od miasta, w domu na skraju Puszczy Kampinoskiej. Cieszą się ciszą, wdychają zapach drzew.
Zastanawiam się, z jakim wzorcem kobiecości weszłaś w dorosłość?
Aleksandra Popławska: Myślę, że w DNA mam wpisany pewien rodzaj siły, ukochanie wolności i niezależności. Ale siła to nie supermoc. Dla mnie to walka o swoje, kiedy świat próbuje narzucać schematy. Zawsze imponowały mi takie kobiety jak Dolly Parton, Kora, która była moją idolką od wczesnych lat młodzieńczych. Wciąż mam jej płyty w winylowej wersji. „Nie oceniaj mnie ani dobrze, ani źle. Po prostu bądź i patrz”. Prosty i prawdziwy ten cytat. Lubię Patti Smith, byłam na jej koncercie w Warszawie, pisze świetne książki, piosenki, wiersze, wspaniała kobieta. Kate Bush, która w przeciwieństwie do Kory czy Patti miała szczęśliwe dzieciństwo. Bije od niej radość i światło. Wprowadziła do teledysków ruch, taniec, to było coś oryginalnego wtedy. Udowodniła, że artysta nie musi być nieszczęśliwym, poranionym człowiekiem, szukającym natchnienia w alkoholu czy narkotykach, żeby tworzyć piękne rzeczy.
Zapytam więc przewrotnie: czym ty się odurzasz?
Życiem. (śmiech) Przyrodą, muzyką, sztuką. Uwielbiam włóczyć się po lesie, gadać z ludźmi, spać w jednym łóżku z moimi zwierzakami. One są szczęśliwe, ja też, choć trochę ciasno. Lubię być w ruchu. Od Natalii Kality (mojej pasierbicy) dostałam parę lat temu pas do jogi. Zaczęłam sobie zwisać głową w dół, spodobała mi się ta nietypowa perspektywa. Potem poznałam Jolę Fudali, instruktorkę aerial jogi. Spotkałyśmy się na planie dokumentu fabularyzowanego, w którym zagrałam Anne Schilling, gospodynię Kopernika, którą podejrzewano o romans z astronomem. Pierwszego dnia zdjęciowego usłyszałam, że zaczynamy od scen współczesnych i mam włożyć strój sportowy. Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że twórcy chcą opowiedzieć o Koperniku z dzisiejszej perspektywy. Okazało się jednak, że ekipa sprowadziła na plan Jolę, która poprowadziła dla mnie zajęcia aerial jogi. To był jeden z lepszych dni zdjęciowych. Wytłumaczyła mi, jak ważny jest właściwy dobór chusty, jak powinna być podwieszona, żeby było bezpiecznie. Wspaniała instruktora i kolejna cudowna kobieta w moim życiu. Teraz praktykuję aerial jogę codziennie rano, to rodzaj powrotu do dzieciństwa, kiedy uwielbiałam się huśtać, zwisać na trzepaku. Najbardziej lubię savasanę, czyli pozycję trupa, można schować się w chuście jak w kokonie. O niczym wtedy nie myślę, tylko się bujam. Jestem zabujana w tym bujaniu.
Ponad 20 lat „bujasz się” w Marku Kalicie. Ale dopiero niedawno wzięliście ślub. Czy są jakieś normy, kiedy trzeba to zrobić?
Musieliśmy się „trochę” zastanowić. I wokół znajomi się rozwodzą, a my wzięliśmy ślub .
Poczułaś różnicę?
Początek małżeństwa jest przyjemny. Ciekawe, jak długo to potrwa. Na Instagramie obserwuję Joan Collins, słynną Alexis z Dynastii. Kobieta po dziewięćdziesiątce w świetnej formie, miała pięciu mężów, a Elizabeth Taylor ośmiu, ja na razie mam pierwszego, więc wszystko przede mną.
Znalazłaś w życiu to, czego szukałaś?
Niczego nie szukałam. Samo się znalazło. No, może trzeba było trochę popracować. Ale jestem z siebie dumna. Do głowy mi nie przyszło, że tyle osiągnę. Będę grać w teatrze, filmach, serialach, czytać audiobooki, reżyserować. W listopadzie mam premierę Dziadów w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Wracam do miejsca, w którym debiutowałam. Po drodze tyle się wydarzyło. Były sukcesy, wątpliwości, załamania, popełniłam dużo błędów, zaliczyłam porażki, które z perspektywy czasu nazywam po prostu doświadczeniami. Teraz najważniejsze są dla mnie relacje z najbliższymi, choć jest to cholernie trudne, cały czas trzeba nad sobą pracować. Chciałabym, żeby ludzie, których kocham, byli szczęśliwi, czuli się zaopiekowani. Praca wciąż mnie ciekawi i jest jeszcze trochę rzeczy, których nie zrobiłam, a chciałabym.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu Twój Styl.