Nowe ekranizacje „Lalki”, uznawanej za polską powieść wszech czasów, prowokują pytania o jej twórcę. Kim naprawdę był ten uwielbiany literat, opowiada Iwona Kienzler, autorka książki „Prus. Ukryte życie pisarza”.
PANI: Bolesław Prus jest dla biografa postacią wdzięczną, bo pełną sprzeczności. A jednocześnie trudną, bo lubił ukrywać szczegóły ze swojego życia.
IWONA KIENZLER: Rzeczywiście, jego życie jest pełne zagadek, o co sam zadbał. Nigdy nie wypowiadał się na temat własnych doświadczeń, a wspomnienia zachowywał dla siebie. Tadeusz Boy-Żeleński powiedział w 25. rocznicę jego śmierci: „Prus nie ma biografii, należy do najszczelniej zakonspirowanych pisarzy, bo nawet oczy na portretach kryje za ciemnymi szkłami”. I jeszcze te sprzeczności: wybitny pisarz tak naprawdę niezbyt szanował literaturę, kochał matematykę i naukę. Marzył o Instytucie Technologicznym w Petersburgu i tytule mechanika konstruktora. Ale nie ukończył żadnych studiów: do Petersburga nigdy nie dojechał, ze Szkoły Głównej odszedł po oblanym egzaminie z rachunku różniczkowego, a z Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Puławach został wyrzucony karnie.
Może dzieciństwa nie wspominał, bo było naznaczone traumą?
Możliwe. Jego matka, Apolonia Głowacka z domu Trembińska, umarła na gruźlicę, kiedy miał trzy lata. Został sierotą, bo ojciec Antoni Głowacki, który mieszkał osobno, nawet na pogrzeb żony nie przyjechał i nie zainteresował się synem. Chłopca wzięła do siebie babka, Marcjanna Trembińska. Zamieszkał z nią w Puławach, w oficynie pałacu Czartoryskich, gdzie pracowała w Instytucie Wychowania Panien. Babka nie poświęcała mu uwagi - dużo pracowała i oszczędzała, także na wnuku. W końcu zaopiekował się nim starszy brat Leon, nauczyciel historii i geografii, najpierw w szkole w Siedlcach, a potem w Kielcach. Utrzymywał brata z pensji, z której sam ledwo mógł się wyżywić.
Ale ten etap również kończy się tragicznie.
Leon, który angażował się w działalność polityczną, został w 1863 roku wysłany z tajną misją do Wilna. Istnieje podejrzenie, że miała coś wspólnego z planowanym zamachem na tamtejszego gubernatora Murawjowa „Wieszatiela”. Jednak do zamachu nie doszło. Leon, niezatrzymywany, wsiadł do pociągu i z tego pociągu wysiadł już jako człowiek chory psychicznie. Bełkotał, był śmiertelnie przerażony. Potem całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością i do końca życia go nie odzyskał. Aleksander umieścił brata w Szpitalu Jana Bożego w Lublinie i płacił na jego utrzymanie przez trzydzieści kilka lat, do śmierci Leona w 1907 roku.
Prus jako 16-latek wziął udział w powstaniu styczniowym i to zaważyło na całym jego życiu: na poglądach, zdrowiu, pisaniu.
Uciekł z kieleckiego gimnazjum z grupą kolegów i przedarli się do powstania. 1 września 1863 roku, podczas bitwy pod Białką koło Siedlec, został ranny w kark. Znaleziono go nieprzytomnego. Nic nie widział, a lekarze nie dawali nadziei na odzyskanie wzroku. Jednak w pewnym stopniu go odzyskał, choć pozostał krótkowidzem. Do końca życia był przekonany, że oślepnie. Stąd te ciemne okulary, na które nakładał jeszcze binokle, żeby rozpoznać znajome osoby na ulicy. I stąd, o wiele później, maszyna do pisania - używał jej jako pierwszy polski pisarz. Uczył się bezwzrokowej metody pisania i mawiał, że byłby prawdziwie szczęśliwy, gdyby mógł pisać z zamkniętymi oczami.
Nastolatek wraca z wojny okaleczony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dzisiaj pewnie miałby zdiagnozowany zespół stresu pourazowego.
Zapewne. Doświadczał kołatania serca, duszności, bezsenności, nadwrażliwości na hałas i migren. Nazywał to „rozklekotaną głową”. Był też drażliwy, czasem agresywny, popadał w apatię. A trzeba dodać, że mężczyźnie tamtej epoki nie wolno było przyznać się do uczuć - jednego z krytyków oburzało nawet to, że Wokulski zachowuje się jak zakochany gołowąs. Więc Prus był w tym cierpieniu zupełnie sam. Po latach nazwie powstanie „poetycką wojną”: była w niej śmierć, poświęcenia, cierpienia, zsyłki i szubienice, ale nie było ani wojska, ani oręża, ani wodzów, ani jakiegokolwiek rozsądnego planu. Już do końca życia nie wierzył, że kolejny zryw ma szanse, i uciekał od angażowania się w politykę. I dlatego zarzucano mu konformizm. Tymczasem on walczył innymi sposobami. Starał się o ochronki, przytułki dla ubogich położnic, kolonie letnie dla dzieci z robotniczych dzielnic, kasy oszczędnościowe, tanie mieszkania, sklepy fabryczne. Mówił też o potrzebie szkół fachowych i kas emerytalnych. Odróżniał to od jałmużny. Chciał instytucji, nie gestów. Ale lewica miała go za konserwatystę, a prawica za ugodowca.
Ujmuje jego zaangażowanie w kanalizację Warszawy. System Lindleya działa do dziś, a wcześniej nieczystości spuszczano do Wisły, skąd bez uzdatniania czerpano wodę do picia, co powodowało kolejne epidemie.
Cholera nawiedziła dziewiętnastowieczną Warszawę wiele razy. Cuchnący rynsztok z nieczystościami płynął obok dzisiejszego Hotelu Bristol. Kiedy władze sprowadziły Williama Lindleya, podniósł się krzyk: dlaczego cudzoziemiec, dlaczego bez konkursu. A Prus poparł zatrudnienie Anglika. Powtarzał, że higiena i szkoła elementarna to fundament narodowego bytu. Że trzeba nam reform higieniczno-dietetycznych i że: „nie jesteśmy ani Francuzami północy, ani ludem muzykalnym, ani poetyckim, ale nade wszystko ludem niemyjącym się”.
Był przeciwny stawianiu pomników.
Bo uważał, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na coś konstruktywnego. Był przeciwny odbudowie Teatru Rozmaitości, budowie gmachu Zachęty, pomnikowi Mickiewicza w Krakowie, a potem temu na Krakowskim Przedmieściu. Proponował, żeby zebrane pieniądze przeznaczyć na bursę dla ubogich studentów imienia wieszcza. I nie chodziło mu tylko o pisarzy. Kiedy w 1901 roku proszono go o wsparcie zbiórki na pomnik Chałubińskiego, odmówił, choć doktora szczerze podziwiał i nazywał najszlachetniejszym przedstawicielem polskich lekarzy. To konsekwencja jego niechęci do heroicznej pamięci. W 1909 roku, wbrew ogólnonarodowemu entuzjazmowi, skrytykował przygotowania do pięćsetnej rocznicy Grunwaldu. Pisał, że moglibyśmy obchodzić rocznice Wszechnicy Jagiellońskiej, Uniwersytetu Wileńskiego czy Komisji Edukacji Narodowej, a my o nich zapominamy, żeby jak najhuczniej świętować rocznicę bitwy.
Kiedy zaczyna pisać, szybko okazuje się, że ma talent, ale sam nie uważa tego za coś nadzwyczajnego.
Dlatego pisał pod pseudonimem. Jak mówił, podpisuje się innym nazwiskiem, żeby się nie rumienić ze wstydu. Kto poza historykami literatury wie, że Konopnicka podpisywała się Jan Waręż albo Mruczysław Pazurek, a Gabriela Litwinka to Orzeszkowa? Sienkiewicza też pamiętamy z nazwiska, a nie jako Litwosa. A autora „Lalki” nie pamiętamy jako Aleksandra Głowackiego, bo tak brzmiało jego prawdziwe imię i nazwisko. To poniekąd wynikało z różnic temperamentów. Żeromski i Sienkiewicz mieli ogromne parcie na Nobla. Prus o Noblu nigdy nie myślał. Pisanie było dla niego narzędziem do zarabiania na życie - najpierw felietony, potem powieści w odcinkach. A jednak to on nadal świetnie się czyta i sprzedaje. W 2025 roku użytkownicy Goodreads uznali „Lalkę” za najlepszą polską powieść wszech czasów - przed „Ferdydurke” i przed jedną z części sagi o Wiedźminie. „Quo vadis”, swego czasu światowy bestseller, wylądowało na piątym miejscu. Choć ja uważam, że „Faraon” jest pozycją jeszcze lepszą - i do ekranizacji, i do wczytywania się. Znakomicie pokazuje mechanizmy władzy. Ta powieść o klęsce idealizmu, którą Prus napisał bez postawienia nogi w Egipcie, zupełnie się nie zestarzała.
Nie podróżował z powodu dręczących go fobii, szczególnie agorafobii.
Pierwszy udokumentowany atak zdarzył się mu się na moście. Doktor Karol Benni zaprosił go z towarzystwem do restauracji na Pradze i trzeba było przejechać Nowy Zjazd oraz most. W drodze Prus dostał ataku nerwowego. Sam opisał to potem z autoironią: „okazało się, że mam wcale piękny początek fenomenalnej choroby zwanej obawą przestrzeni”. Doktor poradził mu wtedy kurację w Nałęczowie, więc pojechał. I tak w 1882 roku zaczęła się jego wielka miłość do tego miejsca. Ale z fobii się nie wyleczył. Objawy się nasilały. Po schodach wchodził, trzymając się ściany i zwrócony do niej twarzą. Nie był w stanie przejść przez Plac Teatralny, ktoś musiał go przeprowadzać. W dorożce przez most jechał z zamkniętymi oczami, koleją podróżował tylko nocą.
A jak w końcu pojechał za granicę, do Francji, to zobaczył jedynie połowę Paryża.
Był tylko po prawej stronie Sekwany, bo bał się przejechać przez most i nie poznał Dzielnicy Łacińskiej. Przyjaciel próbował go przechytrzyć: wsiedli do tramwaju, nie omawiając trasy. Kiedy Prus zorientował się, że pojadą przez most, wyskoczył z pojazdu. I stąd obraz Paryża w „Lalce”: nazwy ulic, placów i dwie budowle - Grand Hôtel i Opera, ale nie ma opisów wnętrz, muzeów, lokali, smaków, zapachów. I nie ma kolorów, co u pisarza tak wrażliwego na barwę jest zdumiewające. Ale on znał te miejsca tylko z czarno-białych fotografii, planu miasta i z przewodników.
Kiedy „Lalka” się ukazała, nie wzbudziła entuzjazmu.
Uważano, że nie wiadomo po co on pisze ten romans. Świętochowski krytykował wszystko: kompozycję, rozbicie narracji „Pamiętnikiem starego subiekta”, sprzeczne informacje o bohaterze, a to była nowatorska wielość punktów widzenia, i samego Wokulskiego, który według niego jest chorobliwie niedołężnym mazgajem, zasługującym na śmierć, ale nie na cześć. Brückner nazwał „Lalkę” pierwszym wielkim romansem Prusa z chybionym bohaterem i nieciekawym problemem. W pewnych kręgach uchodziła wręcz za książkę niemoralną. Boy-Żeleński wspominał scenę z dzieciństwa: do jego matki, przewodniczącej krakowskiego Stowarzyszenia Nauczycielek, wpadła bibliotekarka z wypiekami na twarzy, cisnęła na stół trzy tomy „Lalki”, jakby ją parzyły, i powiedziała, że tego w bibliotece trzymać nie mogą, bo to ohyda.
Jakie Prus miał relacje z kobietami?
Miał jedną żonę, Oktawię Trembińską, którą znał od dzieciństwa - byli dalekim kuzynostwem ze strony jego matki. Kiedy zaczął się starać o jej rękę, przyszła teściowa była przeciwna temu małżeństwu. On nie miał nic, a Oktawia wprawdzie nie miała posagu, ale była wykształcona i matka chciała wydać ją za kogoś, kto zapewni jej przyszłość. Do tego podejrzewała Prusa o ateizm. Prus oświadczał się dwa razy i dwa razy dostał kosza, ale się nie poddawał. W listach do przyszłej teściowej skrzętnie relacjonował swoje zarobki i widoki na posady. Pobrali się w końcu 14 stycznia 1875 roku w Kościele św. Ducha w Lublinie, dokładnie naprzeciwko naprzeciwko kamienicy ze sklepem Jana Mincla, który potem uwiecznił w „Lalce”.
Jakie to było małżeństwo?
Bywali i wyjeżdżali osobno, a z drugiej strony w jego listach jest tyle czułości. To klasyczny niejednoznaczny Prus. Ich dom był podporządkowany jego trybowi dnia: przed południem redakcja, potem obiad i krótki odpoczynek, znów redakcja, wieczorem samotne chodzenie po mieście w poszukiwaniu materiału do felietonu (napisał ich ponad tysiąc). Oktawii ze sobą nie zabierał, bo, jak twierdził, potrzebował samotności. Na przyjęcia przychodzili osobno, najpierw on, potem ona, i wychodzili też osobno w tej samej kolejności. Tłumaczył, że sam czuje się swobodniej i że gdy towarzystwo zacznie go nudzić, będzie mógł natychmiast wyjść. Nie zabierał jej na wystawy i wernisaże. Krewnym, którzy użalali się nad „biedną Głowasią”, cierpliwie tłumaczył, że to obowiązek reporterski i to niezbyt lubiany. A jednocześnie ta korespondencja: zachowało się 65 listów do żony. Pisał do niej „Taciuniu”, potem „Najdroższa Laluniu”, „Moja Złota Laluniu”. W listach do innych osób słowo „Żona” pisał zawsze wielką literą. To jej zadedykował „Faraona”. Byli razem 37 lat. Oktawia była jego archiwistką i pierwszą recenzentką - bezlitośnie usuwała z jego utworów to, co jej się nie podobało.
Prus był człowiekiem dowcipnym. Przywołuje pani taką scenę: on siedzi z kolegami w restauracji, Oktawia przychodzi później na kolację i on mówi do niej: „Jedz, Głowacka, Prus płaci”.
Był świetnym kompanem, potrafił wprawić w dobry humor każde towarzystwo, choć jego dowcipy nie zawsze były wysokich lotów. W redakcyjnym gronie nazywał żonę „Naczalstwem” albo domowym żandarmem, zwłaszcza w pierwszym okresie małżeństwa, kiedy przychodziła do restauracji i od progu gestem nakazywała mu powrót do domu. Oni się po prostu lubili. Niestety, dość szybko okazało się, że Oktawia nie może mieć dzieci. To była tragedia dla obojga, a Prus był na tym tle tak przewrażliwiony, że nie wolno było przy nim wypowiadać słowa „bezdzietność”. Kochał dzieci - w Nałęczowie chodził z kieszeniami pełnymi karmelków, a za nim zawsze biegła gromadka urwisów.
I wtedy w ich życiu pojawia się dziecko.
W 1888 roku, po śmierci brata Oktawii, Michała, wdowa po nim oddała im pod opiekę najmłodszego syna. Emil miał wtedy trzy lata. Oktawia pokochała go natychmiast. Ale dla Prusa to zły moment, bo właśnie był zauroczony, a może zakochany w Oktawii Rodkiewiczowej, przyszłej żonie Żeromskiego. Nigdy nie zaangażował się w opiekę nad Emilem. Płacił na niego, podejmował decyzje o jego edukacji, ale ani w gronie przyjaciół, ani w redakcji o nim nie mówił. A Emil był dzieckiem niezwykle żywiołowym. Psuł wszystko, co wpadło mu w ręce, i stąd przezwisko „Psujak”, które przylgnęło do niego jak drugie imię. Maszynę do pisania Prus przed nim zamykał na klucz. W 1904 roku 18-letni chłopak z niejasnych powodów popełnił samobójstwo - zastrzelił się w progu mieszkania kobiety, w której był zakochany. Oktawia i Prus usunęli z domu zdjęcia i pamiątki po nim i zachowywali się tak, jakby nigdy z nimi nie mieszkał. Po tej tragedii oddalili się od siebie.
Przez wiele lat nikt nie wiedział, że Prus doczekał się potomka.
W końcowym okresie życia miał romans z Aliną Sacewiczową. Jej męża, doktora Kazimierza Sacewicza, znał i cenił - był lekarzem z powołania i społecznikiem, którego część badaczy twórczości Żeromskiego uważa za pierwowzór doktora Judyma. Prus poznał ich oboje w Nałęczowie w 1894 roku. Alina wpadła mu w oko, ale póki jej mąż żył, nie miała ochoty na żadne romanse. Kiedy jednak stan Sacewicza pogorszył się na tyle, że trzeba go było umieścić w Tworkach, gdzie zmarł w 1901 roku, Alina spojrzała na Prusa życzliwszym okiem. Owocem tego związku był chłopiec, Jan Bogusz (lub Bohusz), którego urodziła w 1906 roku w Finlandii. Prus zwariował na punkcie tego dziecka. Trzymał je do chrztu w Kościele św. Barbary. Nazywał go najpierw „Zlapą”, potem „Pameczkiem”, bo raz w cukierni półtoraroczny Janek zwrócił się do kelnera, wskazując na Prusa: „kawi dla pama”. Pisarz zabierał go na wakacje do Nałęczowa. Traktowali go z Oktawią jak wnuka. W testamencie zapisał mu jedną czwartą dochodów z wydań swoich dzieł, resztę żonie. Owdowiała Oktawia interesowała się nim do końca życia.
Ta historia wypłynęła niedawno.
W kwietniu 2024 w prasie ukazała się notatka o śmierci pani Hanny Blandford z domu Sacewicz, opisanej jako „wnuczka Bolesława Prusa, córka Jana Bogusza”. To ona za życia postanowiła sprawdzić, ile prawdy jest w rodzinnych pogłoskach. W 2023 roku wykonała badania DNA, które potwierdziły jej pokrewieństwo genetyczne z potomkami rodziny Jackowskich, bliskimi krewnymi Prusa ze strony matki. A losy samego Jana warto opowiedzieć do końca, bo zamykają tę historię w sposób, którego Prus nie zniósłby. Odziedziczył po ojcu krótkowzroczność i miłość do matematyki: ukończył Politechnikę Warszawską i został inżynierem. Ożenił się, miał dwie córki. A potem, jak jego ojciec, dał się uwieść „poetyckiej wojnie” - walczył w powstaniu warszawskim jako podporucznik „Bohusz”. Powstanie przeżył, ale trafił do niewoli i zmarł 25 maja 1945 roku w oflagu w Lubece.
Stosunek Prusa do emancypacji kobiet był pełen sprzeczności.
Zacznijmy od tego, że na przełomie XIX i XX wieku część kobiet pracowała. Jak jego własna babka czy ciotka Domicela, która prowadziła w Lublinie salon kapeluszy. Kobiety prowadziły stancje, sklepy doglądały interesów. Prus dostrzegał, że problem leży w prawie: kobiety wciąż nie mogły funkcjonować niezależnie, podpisywać dokumentów czy podejmować decyzji. Dopominał się o usunięcie barier w dostępie kobiet do edukacji i pracy, bez względu na pochodzenie społeczne. Napisał do Rodkiewiczowej: „Tonę w rozmyślaniach o kwestii kobiecej, a myśląc o niej i rejestrując żywe fakta, widzę, jak często i jak podle mężczyźni, a raczej my, mężczyźni, wyzyskujemy kobiety”.
Był feministą?
Tego bym nie powiedziała. Prawo do pracy zarobkowej traktował jako zło konieczne i pisał o „skazywaniu” kobiet na kształcenie i samodzielną pracę. Takie poglądy wypowiada profesor Dębicki w jego „Emancypantkach”: „Kobieta przede wszystkim jest i musi być matką, a jeśli chce być mędrcem, za którym szeleści jedwabny ogon, albo aniołem uszczęśliwiającym całą ludzkość – wychodzi ze swojej roli i kończy na potworności albo na błazeństwie”.
Prus uwielbiał technologię. Wzrusza mnie jego sympatia do rowerów.
Jeździł najczęściej w Nałęczowie, bo tam nie miewał ataków agorafobii. Ze swojej miłości do rowerów zrobił kampanię społeczną. Apelował w 1891 roku: „Jeśli masz pieniądze, kupuj rower, nie wyobrażaj sobie, że w nim siedzi diabeł, naucz się jeździć i wyjeżdżaj jak najdalej za miasto - zgrubieją ci muskuły, odzyskasz sen, apetyt i dobry humor”. Uwielbiał wszelkie nowinki techniczne. Gdyby żył dzisiaj, na pewno zmieniałby telefon co dwa lata. Aparat fotograficzny Kodak kupił w 1898 roku i tłumaczył się przed żoną, że to nie jest marnowanie pieniędzy. Miał też futurystyczne pomysły… Wieszczył „telepatrzydło”, czyli urządzenie pokazujące żywe obrazy. Przewidywał, że ludzie będą przez telefon nie tylko rozmawiać, ale przystępować do spowiedzi i zawierać śluby oraz budować roboty, a nawet więcej, bo wyobrażał sobie, że w takiej konstrukcji osiedli się „duch świadomy”.
Pod koniec życia był schorowany.
W wieku 59 lat dostał zapalenia kości twarzy w konsekwencji ran z powstania. Proces zapalny objął kości twarzoczaszki i w 1910 roku musiał przejść operację szczęki w Krakowie. Do tego reumatyzm, ciężkie zapalenie płuc w 1905 roku, kuracje neurologiczne i okulistyczne. W 1902 roku, w trzydziestolecie pracy pisarskiej, nie ukazał się ani jeden jego felieton - po prostu nie miał siły. Jego znajomi twierdzili, że Prus wśród rówieśników wygląda o dziesięć lat starzej. Zmarł 19 maja 1912 roku, mając 64 lata, w konsekwencji komplikacji po grypie. I wtedy okazało się, kim ten „konformista” był dla ludzi. Kiedy umarł, w Warszawie opustoszały fabryki i warsztaty. Szacunki liczby żałobników wahają się od 75 do 200 tysięcy. Prus życzył sobie pogrzebu skromnego, karawanu w dwa konie, ale jego trumnę przed bramą Powązek wzięli na barki cykliści. Wspominano, że na trasie od Kościoła św. Aleksandra ludzie stali na chodnikach i płakali.
Iwona Kienzler - pisarka i popularyzatorka historii. Ma na koncie wiele książek non-fiction, słowników i leksykonów. Jej twórczość koncentruje się na roli kobiet w dziejach oraz na biografiach ważnych postaci. Jest autorką książek o Violetcie Villas, Bolesławie Prusie, Stefanie Żeromskim. Mieszka w Gdyni.