Ile „Lalki” zobaczymy w kinach? Film Macieja Kawalskiego pozostaje wierny powieści Bolesława Prusa, ale Izabela zyskuje ambicje, a Wokulski wrażliwość. Już 30 września zobaczymy to wszystko na wielkim ekranie.
Brukowane, pokryte śniegiem warszawskie ulice XIX wieku, a wśród nich sklep Stanisława Wokulskiego (Marcin Dorociński). Tak zaczyna się ponad 2,5-godzinna „Lalka” w reżyserii Macieja Kawalskiego. Sama zresztą miałam okazję zajrzeć do witryny sklepu wybudowanego na Krakowskim Przedmieściu, który na czas zdjęć do kinowej adaptacji powieści Bolesława Prusa stał się częścią warszawskiego krajobrazu. Tym bardziej nie mogłam się doczekać, aż zobaczę ją na wielkim ekranie.
„Lalka” Kawalskiego pozostaje w dużej mierze wierna powieści Prusa, jednocześnie jednak ukazuje ją w kontekście współczesnej wrażliwości. Uczniowie, którzy chcą czerpać wiedzę o lekturze z jej adaptacji, mogą zatem spodziewać się większej wierności tekstowi źródłowemu niż w przypadku nowoczesnej, nieco buntowniczej reinterpretacji przedstawionej w serialu Netfliksa o tym samym tytule.
Stanisław Wokulski oczywiście pozostaje skupiony na zdobyciu serca Izabeli Łęckiej (Kamila Urzędowska), jednak na wielkim ekranie wpisuje się we współczesne wyobrażenie o męskości. Nie sprawia wrażenia faceta, który musi wejść do pokoju i od razu wszystkim pokazać, że jest najważniejszy, najbogatszy, najbardziej rozchwytywany. Zamiast ostentacyjnie wkupić się w łaski Izabeli, woli, żeby pokochała go za empatię, szlachetne czyny oraz konsekwencję w miłości. I wytrwale trwa w tym przekonaniu. Tylko czy ta potrafi docenić jego dobre serce?
Uwspółcześniona panna Łęcka zaczyna bowiem dostrzegać potrzebę niezależności i próbuje przejąć kontrolę nad własnym życiem. Nie chce zdobyć majątku jedynie poprzez małżeństwo. Zamiast tego marzy o samodzielnym zarabianiu na życie, karierze aktorskiej czy podjęciu studiów na uniwersytecie. Film choć na moment pozwala spojrzeć na bohaterkę nie tylko w odniesieniu do jej relacji z Wokulskim, lecz także na jej własne potrzeby i pragnienia. Jednak mimo że Izabela otrzymuje większą podmiotowość niż jej literacki pierwowzór, wciąż brakuje jej siły sprawczej, by rzeczywiście podążyć za własnymi marzeniami, a jej ambicje szybko zostają stłumione.
W sklepie wzbogaconego na wojnie Wokulskiego, którego witryna błyszczy coraz jaśniej, wśród licznych gości pojawia się też znacznie bardziej zainteresowana życiem uczuciowym Wokulskiego niż jego asortymentem (choć nie pogardzi także świecidełkami) swatka, pani Meliton (Agata Kulesza), która za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, kradnie całą moją uwagę, a jej cięty język i dosadne komentarze wywołują na sali salwy śmiechu. Postać pani Meliton sprawnie włada współczesnym językiem, trafnie obnażając klasowe podziały i konwenanse charakterystyczne dla XIX wieku, dzięki czemu staje się bardziej wyrazista i dowcipna niż ta w powieści Prusa.
Oprócz spojrzenia na literacką klasykę ze współczesną wrażliwością, kinowa „Lalka” oferuje również seans pełen tętniącej życiem XIX-wiecznej Warszawy. Są dorożki sunące po ulicach, tłumy na Krakowskim Przedmieściu, zieleń Łazienek Królewskich, a na każdym rogu znajoma twarz, bo nawet w epizodycznych rolach zobaczymy znane nazwiska. Gwiazdorska obsada przechadza się po mieście w bogatych, starannie dopracowanych kostiumach. Są koronkowe suknie i wytworne cylindry.
Podczas pokazu prasowego producent Radosław Drabik mówił o swojej nadziei, że „Lalka” wyrwie Polaków sprzed telewizorów i przyciągnie ich do kin. Faktycznie warto zobaczyć te scenerie, kostiumy i całą tę XIX-wieczną Warszawę na wielkim ekranie. Ale przede wszystkim warto obejrzeć tę dobrze znaną wszystkim historię w nowym wydaniu razem z innymi. Jedno jest pewne: dobrze było pośmiać się z ciętego języka pani Meliton w towarzystwie. W ten sposób dowcip wybrzmiewa jakoś mocniej.