Ekstrawertyczna i odważna. Rozpiera ją energia, którą pożytkuje w sztuce. Na pierwszym roku studiów zagrała w serialu Wojenne dziewczyny. Widzowie pokochali Czarną, graną przez Vanessę Aleksander. Zaczepiali ją na ulicy, prosili o autografy. Nie dała się zwariować. Nie chodziła na premiery, bankiety, wolała szkolić warsztat. Brać udział w wydarzeniach, dzięki którym miała szansę na rozwój. Na 30. urodziny spełniła największe aktorskie marzenie – jedzie do Stanów na swój pierwszy hollywoodzki plan filmowy! Brzmi jak bajka? Nie, to zasługa świadomych wyborów.
Była przekonana, że dobra aktorka musi cierpieć. Podczas zdjęć do Hejtera, by wczuć się w rolę Gabi, dziewczyny, której brat umiera, doprowadziła się do skrajnej rozpaczy. W spektaklu teatralnym, w scenie furii naprawdę wyrywała sobie włosy. Wtedy była dumna z poświęcenia dla roli. Dziś uważa, że aktorstwo to umiejętne budowanie iluzji, a nie wypruwanie flaków przed kamerą. Sympatię widzów przyniosły jej role Patrycji Kowalskiej w The Office PL czy Pauli w Królu dopalaczy. Oraz zwycięstwo w Tańcu z Gwiazdami. Jej największą siłą jest autentyczność. I niekonwencjonalne poczucie humoru, które opiera się na umiejętności śmiania się z siebie, wielokrotnie ratowało ją w trudnych chwilach. Vanessa Aleksander ma też inny, solidny punkt oparcia, mówi: – Kocham aktorstwo i chciałabym w nim osiągać wspaniałe rzeczy, dostawać wymagające role. Ale na koniec dnia to nie praca liczy się najbardziej. Najważniejsze jest to, jakim jestem człowiekiem i jakimi ludźmi się otaczam.
Twój STYL: Jest pani ulubienicą widzów w serialu The Office PL, zaraz zobaczymy panią w netfliksowej Zemście, wiem, że szykują się inne interesujące projekty. Czuje pani, że życie to bajka?
Vanessa Aleksander: Życie to tworzenie własnego scenariusza bez gwarancji szczęśliwego zakończenia. Choć często od nas zależy, co w nim napiszemy. Los bywa zaskakujący i nielogiczny, na wiele wydarzeń nie mamy wpływu. Nie unikniemy błędów, cierpienia, straty, jednak to my nadajemy sens temu, co nas spotyka. Jesteśmy narratorami własnej historii. Wierzę, że pozytywne nastawienie ma wpływ na jakość. Swoje życie traktuję bardziej jak spełniający się sen niż bajkę.
Bajka, która ukształtowała pani wyobraźnię, wrażliwość?
Królowa Śniegu o Kaju i Gerdzie, ulubiona baśń mamy, często opowiadała mi ją przed snem. Bajki, do których wracam w dorosłym życiu, to te same, które najczęściej oglądałam, gdy byłam mała – Król lew i Shrek. Lubię tamtą beztroskę, staram się o nią w dorosłym życiu. Gdy odbywałam asystenturę w Akademii Teatralnej, Wiesław Komasa powiedział do studentów, że „aktorstwo to zbieranie rozrzuconych po świecie fragmentów dzieciństwa”.
Trzy najważniejsze punkty na mapie pani dzieciństwa?
Było piękne, więc trudno mi wskazać tylko trzy momenty. Na pewno najważniejsze były narodziny brata. Sposób, w jaki rodzice nas wychowywali, sprawił, że jesteśmy sobie najbliżsi, dbamy o siebie, wspieramy się. Rodzinę stawiam na pierwszym miejscu. Kolejnym przełomowym momentem było zetknięcie ze sceną. W piątej klasie podstawówki wygrałam casting i z grupą Tintilo zaczęłam występować w Teatrze Rampa. Tam narodziła się miłość do teatru, który w moim sercu zajmuje wyjątkowe miejsce. Trzecie zdarzenie, które przychodzi mi do głowy, to pierwsza historia odrzucenia. Dzieci na podwórku nie chciały się ze mną bawić, bo nie miałam popularnych wtedy szklanych kulek. Tata widząc, że wracam do domu z płaczem, przyniósł mi następnego dnia kolorowe kauczukowe piłeczki. Był przekonany, że rozwiązał problem. Ja również na to liczyłam...
Myślała pani, że wkupi się w łaski grupy?
Pobiegłam szczęśliwa, wreszcie mam kulki, mogę się z wami bawić! Dzieci mnie wyśmiały. Przypuszczam, że chęć zadowalania innych, bycia częścią grupy, potrzeba bycia correct, a przede wszystkim lęk przed odrzuceniem mogły mieć też źródło w tamtym zdarzeniu. Poza tym moje dzieciństwo było takie, jakie powinno być. Radosne i bezpieczne. Czułam się kochana, ważna, zaopiekowana. Zdaję sobie sprawę, że to przywilej i jestem za to wdzięczna. Oczywiście nie jesteśmy rodziną idealną, zdarzały się różne problemy, ale jako dziecko nie byłam ich świadoma. Rodzice rozłożyli nade mną i bratem parasol ochronny.
Nawet teraz, podczas wywiadu, tata usiłuje się do pani dodzwonić. Gdy opuszczała pani dom rodzinny, wyposażył panią w cenną radę, mądrość życiową?
Wiele ich było. Ale chyba najważniejsza brzmiała: „Stawiaj na marzenia. Masz wszystko, co trzeba, żeby je zrealizować”. Powtarzał, żebym w siebie wierzyła. I nigdy nie pozwoliła sobie wmówić, że na coś nie zasługuję. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, zawsze mogę liczyć na rodziców. Wspierali mnie, ale nie bezkrytycznie. Początkowo nie byli fanami mojego pomysłu na życie, aktorstwo wydawało się im dobre jako hobby. Ale wcześniej to tata latami woził mnie do Teatru Rampa. Aby dojechać na próbę na siódmą rano, musieliśmy wstać o piątej. Tata przygotowywał mi tosty, które pakował do woreczków foliowych, zaczynałam jeść je już w samochodzie. To jedno z moich ukochanych wspomnień.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu Twój Styl.