W tej chwili gra w siedmiu spektaklach. I każda z tych siedmiu ról jest wyjątkowa. „Jak ktoś umie piec dobry tort, to zawsze on będzie smaczny”, mówi nam żartem Krystyna Janda. Wielka aktorka, dla której scena jest i będzie prawdziwym domem.
Miałam skromne marzenia, ale los podsunął mi wielkie szanse. Na przykład wcale nie marzyłam o tym, żeby zostać aktorką. Uczyłam się w liceum plastycznym i planowałam iść na projektowanie ubioru. Na egzaminie do szkoły teatralnej znalazłam się tylko dlatego, że poszłam wspierać koleżankę (egzamin się przeciągał, koleżanka czekała na korytarzu wiele godzin, więc Krystyna Janda weszła do sali, mówiąc, że to niedopuszczalne, a zaintrygowany profesor Aleksander Bardini stwierdził, że to ona powinna podejść do egzaminu – przyp. red.). Więc aktorstwo nigdy nie było moim marzeniem, tylko interesującą pracą, która z czasem stała się sensem życia. Bo co innego dałoby mi taką intensywność przeżyć? Kiedyś w stanie wojennym miałam za to inne wielkie pragnienie, chciałam otworzyć dom dziecka. Zająć się strukturalnie losem chociaż kilkorga nieszczęśliwych dzieci. Ale to się nie wydarzyło. Opiekowałam się kilkoma domami dziecka, zbierałam na nie pieniądze, ale zawsze tylko na marginesie mojej działalności zawodowej. W rezultacie stworzyłam fundację zajmującą się kulturą.
To jest miłe, ale prawdziwe życie jest gdzie indziej. Wstaję rano, jadę do teatru, wieczorem wychodzę na scenę i gram najlepiej, jak umiem. Myślę o tym, co chcieliby obejrzeć ludzie i kto to ma za grać, wyreżyserować. Pracuję od 50 lat niemal całymi dniami. Dawniej, kiedy dzieci były małe, wyjeżdżałam z nimi na długie wakacje, bardziej zajmowałam się „życiem”. A teraz wyjeżdżam rzadko. Głównie pracuję. Ale kocham to, co robię. Więc te nagrody to efekt końcowy ciężkiej, codziennej, zwykłej niezwykłej pracy. Może też i szczęścia.
O te propozycje, które do mnie przychodziły, nigdy nie zabiegałam. Było ich dużo, a ja mogłam wybierać te, które wydawały mi się najbardziej interesujące. Dostawałam do ręki ważne tematy, interesujące role i miałam wspaniałych reżyserów. Więc mówię, że miałam szczęście, bo zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj ten zawód tak nie wygląda. Ten zawód to najczęściej czekanie.
Czy dużo, to chyba nie, ale dostaję. I niestety odmawiam. Nie są to dla mnie propozycje, dla których warto „zwariować”. Niedawno pewien młody reżyser namawiał mnie do udziału w filmie, w którym praktycznie nie schodziła bym z ekranu, i przekonywał, że to dla mnie wielka szansa. (śmiech) Może, może. Większość scenariuszy, które dostaję, to bohaterowie z jednego worka: matki złodziei, prostytutek, narkomanów i pijaków. Nie bardzo mnie to interesuje, nie chcę grać w historii polskiego marginesu. Nie obchodzą mnie też obyczajowe opowieści, które nie poruszają żadnych wyższych te matów. W zasadzie już jakiś czas temu wewnętrznie pożegnałam się z ekranem.
Problemy polskiego inteligenta, bo to jest mi bliskie. No i problemy tego kraju. A są to w tej chwili wielkie problemy, wielkie tematy. Tylko najwyraźniej nie interesują scenarzystów i reżyserów. Ci, zamiast zadawać funda mentalne pytania, wolą się nurzać w codzienności. Pokazywać alkoholika zachlewającego się na śmierć. A inteligent zostaje sam, wyśmiewany, pogardzany i marginalizowany. Jest tyle te matów, którym warto by się przyjrzeć... Chociażby polska medycyna czy polska nauka. Nie mówiąc o polskim prawie czy sądownictwie i wszystkim tym, co w tych środowiskach się dzieje. To nie smutne, to wręcz tragiczne. Tam się zdarzają prawdziwie antyczne tragedie. Interesuje mnie też indywidualny los współczesnego wysoko wykształconego Polaka-Europejczyka.
W życiu trzeba mieć coś, co nadaje mu sens. Coś, co fascynuje. Ja mam.
Bywa, że tracę oddech, ale jestem w zawodowej formie. I wciąż mam sporo do opowiedzenia ludziom. Mam 74 lata, ale nie chciałabym zwolnić. No, może trochę mniej grać. (śmiech) Odpoczywanie jest nie dla mnie. A czy jestem w trakcie wy powiadania ostatnich słów? Nie wiem. Zobaczymy. Przyjmę wszystko, co przy niesie mi los. Mam na szczęście uczucie, że widzowie ciągle czegoś się po mnie spodziewają i są tego ciekawi. Nie wiem zresztą, co sobie wyobrażają.
(śmiech) To przyjaciel, ogląda wszystkie moje role, a ja czytam jego wiersze i sztuki. W tej chwili gram siedem ról w teatrze, w spektaklach „Shirley”, „Aleja zasłużonych”, „Matka”, „Zapiski z wygnania”, „Pomoc domowa”, „Lily” i „Biała bluzka”, a teraz doszła „Zapętlona”. Jest różnorodność. Ale rzeczywiście po „Zapętlonej” przychodzą do mnie po spektaklu osoby, które mówią o zaskoczeniu, że czegoś takiego jeszcze nie widziały. (śmiech) Postać Tallulah Bankhead to rola zagrana odważnie i bez kompromisowo, ale… jak ktoś umie piec dobry tort, to zawsze on będzie smaczny.
Nie wiem… Chyba nie. Miłość nie podlega racjonalnym analizom. No i to jest co dzienna praca, choć jeśli się kocha, to bardzo, bardzo przyjemna. Moim dzieciom i wnukom zawsze powtarzam jedną rzecz: „nie wolno wam myśleć tylko o sobie”. W każdej sytuacji trzeba się po stawić na miejscu drugiego człowieka i spróbować wyobrazić, co on teraz czuje i myśli. To dotyczy wszystkich relacji międzyludzkich, ale miłości szczególnie. Tylko to bywa trudne, bo żyjemy w świecie, w którym ludzie budują pancerze i robią się coraz bardziej obojętni za nowe rodzące się życie. Niektórzy wręcz uważają, że sprowadzanie dzieci na ten świat to egoizm. Strach przed przyszłością jest zbyt duży. Pięć miesięcy temu urodził mi się nowy wnuk i przez całe upalne lato dręczyła mnie myśl: „Boże, co będzie z tym małym Kubą za 20, 30 lat? Czy jemu będzie jeszcze goręcej niż nam teraz? Czym on sobie na to wszystko zasłużył?”. A z drugiej strony jak mężczyzna i kobieta się kochają, to dziecko jest najpiękniejszym, co mogą wspólnie stworzyć.
Miłość dawała ludziom nadzieję nawet w najtrudniejszych czasach. Bo zakochać się to jest największe szczęście. Nawet zakochać się nieszczęśliwie.
Na szczęście związki damsko-męskie to sprawy, które mnie już nie dotyczą. Romantyczne porywy serca dawno za mną. Za to przyjaźń, podobne poglądy, po czucie humoru i chęć życia sprawiają, że nie czuję się samotna.
Ja też, ale… jeśli miało się przy sobie ta kiego mężczyznę jak mój mąż, to wszyscy inni wypadają blado. Poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko.
Jestem na tyle dorosła i, jak mówię w „Zapętlonej”, za bardzo zmęczona, żeby po obejrzeniu wieczornego podsumowania dnia nie przesypiać nocy. Człowiek na pewne rzeczy obojętnieje i zaczyna rozmieć, że to jest świat, w którym przyszło nam żyć. Oczywiście jak można coś zrobić, pomóc, zmienić na lepsze, protestować, to trzeba. Natomiast nie mam już w sobie takiego młodzieńczego szaleństwa. Daniel Olbrychski ciągle to ma, wewnętrznie wciąż jest 19-latkiem i idzie ze sztandarem na barykady. Lub raczej szarżuje na koniu z szablą i w kontuszu. A ja się po prostu zajmuję swoimi rzeczami. Wy chodzę na scenę, gram, reżyseruję. No i codziennie dużo czytam: książki, sztuki teatralne, gazety. Nie siedzę i nie zastanawiam się, co będzie, tylko staram się uczestniczyć w życiu na tyle intensywnie, żeby za dużo lękliwie nie myśleć. I staram się nie denerwować tym, na co nie mam wpływu. Ale ja jestem w komfortowej sytuacji. Nie mam żadnych długów, bo wszystkie pospłacałam, nie mam wielkich zobowiązań, mogę robić, co chcę. Przyjaciele dookoła umierają, ja też jestem gotowa. A ponieważ ze wszystkich przyjemności, jakie w życiu miałam, została mi tylko praca, to pracuję. I to jest naprawdę wielka przyjemność. Wielka.
Cały wywiad w najnowszym numerze magazynu PANI.