Długo był nazywany enfant terrible polskiego teatru. Przeszedł drogę od buntownika z irokezem na głowie do dyrektora najważniejszych narodowych scen. Nam odsłania swoje nieznane, prywatne oblicze.
PANI: Czym różni się gabinet dyrektora Teatru Narodowego, w którym rozmawiamy, od gabinetu w Starym Teatrze w Krakowie?
JAN KLATA: Nie wiem, jakiej odpowiedzi pani się spodziewa…? (uśmiech) Tam była duża piłka rehabilitacyjna, tu jest drążek, na którym się podciągam, ale głównie zwisam. Zwis jest bardzo ważny, pomaga się zdekompresować. Zwis pasywny, zwis aktywny. Polecam każdemu, pani również. Natomiast oba dyrektorskie gabinety łączy moja tułacza walizka, która stoi pod oknem. Podróżowałem z nią 21 lat, sześćdziesiąt kilka wyreżyserowanych spektakli od Madrytu do Moskwy. Przyprowadziła mnie tutaj, a teraz przypomina, że w każdej chwili mogę spakować swoje rzeczy i wyjść. Nie jestem tutaj zabetonowany. Widok jest inny. Serdecznie pozdrawiam uliczną wokalistkę z Krakowa, która w miesiącach letnich na rogu Szewskiej i Jagiellońskiej śpiewała „Już nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny”. Albo „Odkryjemy miłość nieznaną”. Piosenki wlatywały przez otwarte okno i zapadły mi w pamięć jak barwna kafejka przy molo. Tutaj z kolei źli ludzie ruszyli z odbudową Pałacu Saskiego.
Wycięli kilkanaście pięknych drzew. Zastanawiałem się, czy nie przykuć się do jednego z nich, ale postawili płot, więc byłem tylko oniemiałym świadkiem tego barbarzyństwa. Meble odziedziczyłem – przecież meble się dziedziczy, nieprawdaż? Najbardziej przywiązałem się do ulubionego fotela Jerzego Grzegorzewskiego. Piękny, superwygodny, świetnie się w nim siedzi i myśli.
Grzegorzewski, podobnie jak pan wybitny reżyser, też był kapitanem tego okrętu.
Powiedziałbym raczej lotniskowca, z którego kilka razy w roku wyruszają na misje różne załogi. Przed nami kolejne lądowanie, miejmy nadzieję z sukcesem. Były już na otwarcie „Termopile polskie”, oraz „Niewyczerpany żart” Kamila Białaszka i spektakl Klaudii Gębskiej, a zaraz adaptacja powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w reżyserii jednej z najzdolniejszych studentek wydziału reżyserii Akademii Teatralnej, z jakimi miałem przyjemność pracować, Ewy Platt. W czerwcu „Moralność pani Dulskiej” mistrzyni Anny Augustynowicz z Małgorzatą Kożuchowską w roli tytułowej. Nie tyle moralności, co pani Dulskiej. Z góry zapraszam. Wolę wybiegać w przyszłość, niż spoglądać do tyłu.
Co panu dają maratony?
Czyszczą głowę. W młodości miałem wadę serca. Ni z tego, ni z owego tętno wskakiwało na ok. 240 uderzeń na minutę. Arytmia. Kiedy miałem 29 lat, operował mnie w Aninie profesor Franciszek Walczak, wybitny kardiolog. Leżałem na stole operacyjnym znieczulony od pasa w dół, a asystenci profesora wjeżdżali w moje żyły rurkami. Obok stał wielki ekran, mogłem obserwować swoje serce w akcji, live stream. Starałem się za często tam nie patrzeć. Profesor rzucał asystentom uwagi, a ze mną rozmawiał, żebym się zrelaksował: „Czym się pan zajmuje?”.„Zaraz będę debiutował w teatrze w Wałbrzychu »Rewizorem« Gogola”. „A gdzie pan studiował?”. „W Krakowie”. „Jako student medycyny jeździłem do Starego Teatru na spektakle Swinarskiego”.
Zaczął opowiadać o tych wszystkich „Nie-boskich”, „Dziadach”, „Wyzwoleniach”. Potem o tym, jak przyjeżdżał do Krakowa na Grzegorzewskiego. W pewnym momencie profesor przerwał. Wydał komendę: „Teraz”, poczułem nagły trzepot serca, po chwili tętno spadło. Powiedział „Teraz musimy porozmawiać na poważnie”.
Od sztuki po sprawy życia i śmierci… Niezły rozrzut. I co pan usłyszał?
Miałem dwie możliwości. Pierwsza: rozrusznik. Zapytałem, co to dla mnie oznacza. „Nie będzie się pan mógł denerwować”. „To ja dziękuję, panie profesorze za ten rozrusznik. Nie po to czekałem pięć lat na debiut, żeby się nie denerwować”. Druga opcja była bardzo ryzykowna mogła zakończyć się natychmiastową operacją na otwartym sercu. Miałem już wtedy trójkę dzieci, ale postanowiłem zaryzykować. Po paru minutach na sali pojawiło się kilkanaście osób w zielonych kitlach, z maskami na twarzy. Wyglądało to jak efektowna scena teatralna, z lekka finałowa. Powiało grozą. Nie wróciliśmy już do rozmowy o teatrze, ale tamtego dnia profesor Walczak uratował mi życie.
Dosłownie i w przenośni.
Pięknie pani to ujęła. Jestem wdzięczny profesorowi za to, co dla mnie zrobił.
Byłby dumny, widząc „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, pana debiut w Starym.
Myślałem o nim w dniu premiery. A drugi raz – kiedy wchodziłem do Starego Teatru jako dyrektor. Moi rodzice byli bardzo dumni. W latach 70. chodzili na Warszawskie Spotkania Teatralne, jeździli też do Krakowa na spektakle Starego. Mama ze mną w ciąży. Ojciec zajmował kolejkę kilkanaście godzin przed otwarciem kasy. Zabawne, w kamienicy, gdzie mieszkałem jako dyrektor, na parterze był lokal, do którego moi rodzice przychodzili po spektaklach. Nie stać ich było na hotel i tam czekali do piątej nad ranem na pociąg powrotny do Warszawy. Pili herbatę i rozmawiali o teatrze. Byli obecni, kiedy powołano mnie na dyrektora. I kiedy minister Gliński pozbył się mnie ze Starego. Mama nie dożyła już momentu, kiedy zostałem dyrektorem Teatru Narodowego. Wie pani, że za każdym razem, kiedy wchodzę do teatru i przykładam identyfikator przy bramce, myślę o mamie? Taki emocjonalny detal. Bez niej nie byłoby mnie tutaj.
Piękny „detal”! Jeden z krytyków napisał: „W powiedzeniu, że Klata ma teatr we krwi, nie ma kropli przesady”. Jako 12-latek dostał pan nagrodę za sztukę „Słoń zielony” w konkursie dramaturgicznym ogłoszonym przez „Dialog” i Teatr Współczesny we Wrocławiu. Do mamy chodził pan na zajęcia teatralne. Zagrał pan nawet u Kieślowskiego.
Mama była najwybitniejszą specjalistką od tak zwanej metody dramowej, opartej na improwizacji, osobistym rozwoju. Od małego chodziłem na te zajęcia. Mój brat Wojtek również. W „Dekalogu III” Kieślowskiego zagrałem Śmierć z kosą. Szykowała się wielka rola, ale wypadłem w montażu. Kręciliśmy z Marią Pakulnis i Danielem Olbrychskim, któremu ciągle nie powiedziałem, że miałem zaszczyt mu partnerować w wieku lat 13. Pomalowany na biało, w czarnej szacie – jako Śmierć - byłem szefem kolędników. Śpiewaliśmy „Przybieżeli do Betlejem” i postać grana przez Olbrychskiego wręczała nam pieniądze, żebyśmy tylko poszli. Powtarzaliśmy tę scenę trzy razy. Wszyscy zawsze mówili, żebym nie śpiewał, bo strasznie fałszuję. A Krzysztof Kieślowski mówił, że mam fałszować bardziej. Magia wielkiego reżysera.
Już wtedy wiedziałem, że nie zostanę aktorem, zwłaszcza gdy patrzyłem na Wojtka, który był naprawdę wybitny. Czułem się tak, jakbym próbował grać na boisku z Leo Messim. Mogę mu podać, ale raczej się z nim nie pokiwam. Więc szukałem swojego miejsca, jakiejś niszy po drugiej stronie. Jednak lata spędzone w teatrze amatorskim bardzo mi pomogły. Jestem człowiekiem patologicznie nieśmiałym, te zajęcia pozwoliły mi zwalczać moje minidemonki.