Arkadiusz Jakubik: W życiu nie ma dubli
Arkadiusz Jakubik
Fot. AKPA

Arkadiusz Jakubik: W życiu nie ma dubli

Arkadiusz Jakubik gra tak, że jego postać śni się widzom nocami. O jego roli w serialu "Król" już krążą anegdoty. Teraz głośno jest o jego nowym aktorskim wcieleniu w serialu "Klangor", gdzie zagrał psychologa więziennego, który poszukuje zaginionej córki. W realu los też nie żałował mu męskich prób, choć od ojca nie dostał wzoru, jak im sprostać. Sam doszedł do tego, że w życiu liczy się bycie w porządku, zasady i dobro. Bo to, co robimy, do nas wraca. Arkadiusz Jakubik to zdecydowanie gość, który zaskakuje nie tylko na ekranie.

Co jest trudniejsze: granie czy życie?

Arkadiusz Jakubik: Zaskoczyła mnie pani... Życie, zdecydowanie. W życiu nie ma dubli, nie można powtórzyć tego, co się spieprzyło. Albo zrobisz dobrze albo przepadłeś.

Nie wierzy pan w drugą szansę?

Wierzę. Mam 51 lat i już wiem, że istotne jest nie to, czego chcemy czy szukamy. Najważniejsze są spotkania przez duże S. Nasze życie definiują przystanki, na których spotykamy właściwe osoby. W liceum w moich Strzelcach Opolskich spotkałem profesor Urszulę Krakę, wybitnego pedagoga, uczyła mnie polskiego i dała mi drugą szansę. Wyleczyła mnie z traumy po filmie Okrągły tydzień, gdzie grałem jako ośmiolatek. Gdy koledzy zobaczyli mnie na ekranie gołego, rozpętało się piekło. Wołali: „Aktor, pokaż pisiora!”. To nie były żarty, tylko totalne upokorzenie. Zmieniłem szkołę, zacząłem się jąkać, znienawidziłem aktorstwo.

To był dobry film, grał pan z Franciszkiem Pieczką!

Spójrzmy na to z perspektywy małego chłopca. Całe Strzelce nabijały się z mojej golizny. Straszne! Przez lata próbowałem wkupić się w łaski kolegów, zatrzeć tamten incydent. Pani profesor Kraka przekonała mnie, a może zmusiła, żebym zapisał się do kółka teatralnego. Zagrałem tam rolę Papkina w Zemście, a potem Skąpca Moliera i nagle dotarło do mnie, że jestem w stanie zawiadywać tłumem, hipnotyzować. Kiedy podniosę prawą rękę, śmieją się. Kiedy podnoszę lewą, jest cisza.

Władza.

No właśnie! Władza nad duszami.

Nasze życie definiują też sytuacje, w których najważniejsza osoba nagle znika. Kiedy ojciec wyjechał do Ameryki, pan miał 17 lat.

To był trudny czas, początek lat 80., po stanie wojennym. Bieda i brak nadziei. Ojciec wyjechał do Stanów zarobić pieniądze, żeby to mityczne, zachodnie eldorado dotarło i do nas. Obietnice, plany, wizja dostatniej przyszłości, łzy pożegnania... Pamiętam pierwszy list, pełen entuzjazmu, do którego tato włożył sto dolarów. I to były jedyne pieniądze, jakie otrzymaliśmy od niego w ciągu dziewięciu lat.

Miał pan żal?

Najpierw była niepewność i pytanie, czemu przestał się odzywać, co się stało? Kiedy zrozumieliśmy, że odciął się od nas, pojawiła się złość, żal, a potem postanowienie, że nie chcę go znać. Ojciec został skasowany z twardego dysku. Po ośmiu latach znowu zaczął pisać listy. Któregoś dnia mama zapytała, co sądzę o jego powrocie do domu. Pamiętam swoje słowa: „W żadnym wypadku. Ja się na to nie zgadzam”. Byłem już na studiach we Wrocławiu, miałem swój świat, więc dodałem: „Mamo, to twoja decyzja, ale pamiętaj, że tyle lat dawałaś sobie radę bez niego. Powrót ojca przyniesie ci ból i kłopoty”.

I tak było?

Do domu wrócił obcy człowiek. Nie mógł znaleźć sobie miejsca, nie umiał dogadać się ani z mamą, ani z moim bratem. My mieliśmy rzadkie kontakty. Coś go wtedy zjadało od środka. Wytrzymał trzy lata i zmarł.

Wybaczył mu pan?

Wtedy nie, ale na pogrzebie płakałem strasznie. Nienawidzę pogrzebów. Niewielu ludzi je lubi, ale moja niechęć jest posunięta do granic absurdu. W dorosłym życiu byłem na trzech pogrzebach: ojca, przyjaciela ze Strzelec Opolskich, Wojtka Reicherta, który umarł tragicznie w wieku 36 lat, i dziadka, Franka Jakubika. Na resztę nie chodzę, nie jestem w stanie. Za dużo mnie to kosztuje. Rozkładam się na czynniki pierwsze i ciężko mi się potem pozbierać do kupy.

Zapełnił pan pustkę po ojcu?

Nie. Taty nie było, kiedy był mi potrzebny: ani podczas matury, ani po zdanych egzaminach do szkoły teatralnej, ani w trakcie studiów, kiedy kształtowała się moja osobowość.

To kto ją ukształtował?

Mama. Gdybym mógł dzisiaj zrobić cover Pieśni o bohaterze Dzieci Kapitana Klossa, piosenki mojego przyjaciela Olafa Deriglasoffa, byłaby to pieśń o bohaterce: „Barbara niczego się nie boi. Z niebezpieczeństwa drwi, bez trudu przejdzie nawet przez zamknięte drzwi”. Mama jest moim największym idolem. Mama – superwoman, która musiała wychować dwóch synów, mnie i młodszego o siedem lat brata. Była kierowniczką kadr w fabryce mebli. Żeby nas utrzymać, brała drugą i trzecią pracę. Była zarobiona, pamiętam, jak wieczorami wracała zmęczona. W tajemnicy przed dyrektorem – bała się, że się wścieknie – załatwiła sobie pół etatu sprzątaczki. Zostawała i po godzinach sprzątała swój zakład pracy. Dowiedziałem się o tym po latach, gdy już się usamodzielniłem. Mama nie chciała wzbudzać we mnie poczucia winy tym, jak się poświęcała, żeby wyprowadzić na ludzi dwóch synów. Popłakałem się wtedy.

Wojciech Eichelberger uważa, że „mężczyzna może sobie pozwolić na płacz, kiedy czuje się wewnętrznie mocny, dowartościowany”.

Dlatego czasem płaczę. I się tego nie wstydzę.

Mama mówiła: „Mam nadzieję, że nie będziesz taki jak twój ojciec”?

Nie musiała. Miałem zakodowane, że tą drogą iść nie mogę. Widziałem z bliska, jak można zmarnować życie sobie i bliskim. Za to dziadkowie krążyli po mojej orbicie jako wzorzec prawdziwego faceta. Dziadek Franciszek Jakubik dawał mi poczucie bezpieczeństwa, bliskości. Był szalenie dowcipnym człowiekiem. Spędzałem z nim dużo czasu. W Gliwicach, na Trynku, gdzie mieszkał z babcią, było lotnisko. Chodziliśmy tam oglądać samoloty, parę razy wsiadłem do środka i zwariowałem na punkcie lotnictwa. A ojciec mamy, czyli Stanisław Drzyzga, był wzorem wodza, który trzyma rodzinę razem. To mam po nim. W domu musi stać wielki stół, przy którym wszyscy gromadzą się na świętach i uroczystościach. Dziadek czuł się w takich chwilach najszczęśliwszy, ja też. To był mój lider, wódz Apaczów. Dyrektor Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych, które robiły... spiżowe pomniki przywódców komunistycznych. Ideowy komunista, który, jak trzeba było, szedł do pracy w niedzielę i siadał na suwnicę. Kiedy w roku 1980 robotnicy wywieźli go na taczkach, załamał się, świat w który wierzył, runął. Przez lata z mamą, która była antykomunistką, szedł na noże, a w końcu powiedział: „Córeczko, miałaś rację. Jestem starym durniem”.

Na płycie Dr Misio Strach XXI wieku śpiewa pan: „Przyszłość jest coraz bliżej, już prawie nadeszła, a razem z nią przychodzi strach”. Wchodząc w dorosłość, bał się pan odpowiedzialności?

Musiałem do niej dojrzeć. Bałem się jej. Na najnowszej płycie Dr Misio Strach XXI wieku momentami wracam do czasów młodości, do lat 80., i opowiadam o tamtym strachu. Nie wierzę, że ciąży nad nami genetyczne fatum, że jesteśmy skazani na powtarzanie drogi naszych ojców. Wymówka: „Nie miałem wyjścia, bo tata był taki czy siaki”, to lenistwo. Trzeba przejąć kontrolę nad życiem zamiast przerzucać odpowiedzialność za nasze decyzje na los, przeznaczenie, innych ludzi...

 ...coś, co jest niezależne od nas.

Otóż to. Wszystko, co robimy, jest tak naprawdę kwestią naszego wyboru. Długo szukałem odpowiedzi na pytanie, kim jestem, czego chcę od życia. To była gonitwa myśli, chaos. W liceum chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej, byłem zafascynowany teorią względności Einsteina. Próbowałem rozwijać kosmogoniczne teorie i tworzyć własne. Marzyłem o pracy naukowej związanej z fizyką teoretyczną. A z drugiej strony czułem ogromne ciśnienie muzyczne. To był czas, kiedy nauczyłem się grać na gitarze pierwsze piosenki: Wódkę Kultu i Garaż T.Love Alternative. A po co gra się na gitarze w wieku 16 lat? (śmiech)

Żeby podrywać dziewczyny?

Oczywiście! Facet z gitarą ma zawsze większe wzięcie u płci pięknej. Założyłem zespół rockowy. Żaden dom kultury nie chciał nas przyjąć, bo graliśmy heavy metal. Jeździliśmy na próby do Szymiszowa, wsi pod Strzelcami, gdzie znajomy dyrektor użyczał nam sali. Graliśmy covery mojego ulubionego zespołu AC/DC, a ja nieudolnie naśladowałem Briana Johnsona. Niestety, nie udało nam się doprowadzić do koncertu, zespół się rozpadł. Ale w 1985 pojechałem na Festiwal Muzyków Rockowych do Jarocina. To był czas inicjacji nie tylko muzycznych. Na polu namiotowym, w tej komunie wolnych ludzi, zobaczyłem, że można żyć inaczej niż w Strzelcach. Nie obowiązują sztywne zasady, rutyna, nie ma nudy, można robić, co się chce. „Chcemy być sobą” – po prostu. Poczułem smak wolności.

A kilka lat później smak ojcostwa. Co w „byciu ojcem” było wyzwaniem?

Dwa lata na przymusowym „ojcowskim”, gdy nie mogłem znaleźć pracy i utrzymywała nas Agnieszka. Zajmowałem się Kubą, a dziad nie chciał spać. Czasami nie potrafił zasnąć ani na rękach, ani w kołysce, więc w nocy wsadzałem go do nosidełka, pakowałem do starego garbusa i w miasto. Wtedy przestawał płakać i zasypiał. Jeździłem godzinę po Warszawie, potem podjeżdżałem pod dom i drzemałem na siedzeniu, bo się bałem, że jak go wyciągnę, znowu zacznie. Pamiętam też zamrażarkę wypełnioną słoiczkami z pokarmem, który Agnieszka ściągała, a ja miałem tylko podgrzewać. Byłem w fatalnej formie. Zaliczałem pasmo porażek i depresji, że do niczego się nie nadaję. Nie przyjęli mnie na reżyserię do akademii teatralnej, o czym marzyłem. Niech pani wyobrazi sobie faceta, który nie ma pracy, jest utrzymankiem żony, jego aktorstwo nikogo nie interesuje...

Ostry egzamin dla męskiego ego.

Zwłaszcza gdy jeszcze się uważa, a ja tak mam, że podstawową rolą faceta jest zapewnić byt rodzinie, zagwarantować poczucie bezpieczeństwa. Pokora i cierpliwość pomogły mi przetrwać. Musiałem odsunąć na bok ambicje, wziąć na smycz ego związane z reżyserią czy aktorstwem, zakasać rękawy. Mam wdrukowane, że liczą się pryncypia. Łapałem więc wszystkie okazje, żeby zarobić. Pisałem scenariusze reklam radiowych, byłem głosem w dubbingu. Jedną z pozytywnych cech, jakie posiadam, jest konsekwencja. Chciałem reżyserować, nie chcieli mnie w szkole, to najpierw się załamałem, ale po kilku dniach zacząłem myśleć, co zrobić, żeby się udało. Poszedłem ze scenariuszem do teatru Rampa. Przekonałem dyrekcję, żebym mógł na małej scenie wyreżyserować przedstawienie. Okazało się udane, pojawiły się kolejne. Pieniądze zaczęły napływać...

 …i?

Moment, w którym uzyskałem niezależność finansową, był przełomowy. Zamknąłem pewien etap. Pomyślałem, że rodzina jest przy mnie bezpieczna, synowie będą mogli pójść do fajnej szkoły, na piłkę nożną, tenisa czy dżudo, na każde zajęcia, na które będą chcieli.

Pamiętam zdanie amerykańskiego socjologa, że w dzisiejszych czasach „dzieci są ekonomicznie bezwartościowe, za to emocjonalnie bezcenne”.

Gdyby ktoś zapytał, co jest moim największym sukcesem, czym chciałbym się pochwalić, odpowiedziałbym: „rodzina”. Synowie są moją chlubą. Ciężko przeżyłem moment, gdy najpierw Kuba, potem Janek wyprowadzili się z domu. Dopadł mnie syndrom pustego gniazda. Zabrzmi to absurdalnie, ale pandemia sprawiła, że zwariowałem ze szczęścia, bo synom pozamykano uczelnie i wrócili do swoich pokoi, które zionęły pustką. Wyciągnęliśmy gry planszowe, szachy... Kompletne wariactwo, co trzeci dzień ognisko, rozmowy, było cudownie.

Kuba ma 23 lata, Janek 20. Kiedy mówi pan o synach, mam wrażenie, że jest pan… ich rówieśnikiem.

Mam przerąbane, bo zabronili mi opowiadać o sobie w wywiadach, ale mam to w nosie. Kuba skończył scenariopisarstwo w łódzkiej Filmówce, teraz jest tam na drugim roku reżyserii. Wczoraj oglądaliśmy z Agnieszką film, który zrobił na zaliczenie roku. Bardzo dobry. 25 minut ciekawie opowiedzianej, niebanalnej, pandemicznej historii. Pomyślałem: „Synek, masz to! Udało ci się! Ale jestem z ciebie dumny!”.

A Janek?

Rok temu zdał rozszerzoną maturę z matematyki, fizyki i informatyki na ponad 95 procent i dostał się na informatykę na Politechnice Warszawskiej, najbardziej oblegany kierunek. Teraz jeszcze złożył papiery na drugi kierunek, dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, powiedział: „Słuchajcie, chcę się rozwijać, muszę spróbować”. Jestem pełen podziwu dla niego, że idzie swoją drogą. Ale też widzę, że jeszcze siebie szuka.

Udziela im pan ojcowskich rad?

Nie. To mogłoby skończyć się kompromitacją i wspólnym wybuchem śmiechu. Wiedzą, że dla mnie najważniejsze było, żeby wychować ich na dobrych ludzi. Paru filozofów, z Kantem na czele, za naczelny imperatyw człowieka uznawało zasadę „czyń zawsze to, co chciałbyś, żeby i tobie czyniono”. Dla mnie to ateistyczne przykazanie miłości bliźniego. „Pamiętaj, żeby być dobrym człowiekiem. Reszta nie ma znaczenia” – z takim przesłaniem wypuściliśmy z żoną synów z domu. To, czy zrobią karierę, będą sławni, jest drugorzędne. Trzymamy kciuki, kibicujemy, pomagamy, ale jakimi będą ludźmi, to jedyna istotna rzecz. Wszystko, co zrobimy w życiu, do nas wraca. Nie mam wątpliwości!

Człowiek za dobro zostanie wynagrodzony, a za zło ukarany?

Wierzę, że tak. Ewolucja zmuszała naszych przodków do współpracy. Nie tylko do walki, niszczenia i zabijania, ale właśnie do łączenia sił i przyjaźni. I taką też mądrość rodzicielską starałem się przekazać synom.

Pana koledzy, mówili mi z nutą zazdrości, że „Arek jest fantastycznym aktorem i genialnym ojcem. Ma fart”.

No tak, blisko trzymam się synów, mam z nimi silne relacje, pełne emocji. Czasem myślę, że może są za bliskie, że będą mieli problem, by odciąć tę cholerną pępowinę? Może to przerabianie mojej przeszłości? Tego, czego mi zabrakło, czego nie dostałem od taty? Chociaż, kiedy byłem chłopcem, nie było tak źle. Ojciec grał w piłkę, przez chwilę nawet zawodowo w Piaście Gliwice, potem w Odrze Opole i zdarzało nam się razem kopać piłę na boisku czy pojechać na narty do Szczyrku. Ale potem zaczął odsuwać się od nas, jeszcze zanim nas opuścił. Żebym umiał mu wybaczyć, musiały upłynąć dekady. Zamieszkałem pod Warszawą, sprowadziłem mamę, kilka lat wcześniej przyjechał tu mój brat, znalazł pracę, znowu byliśmy blisko siebie: ja pod Konstancinem, mama w Piasecznie, brat w Józefosławiu. Aż w 2014 roku mama mnie zapytała: „Synku, minęło 20 lat od śmierci ojca. Co ty na to, żebyśmy tutaj na cmentarz przenieśli tatę blisko nas?”. I wtedy już byłem na to gotowy. Przenieśliśmy prochy, pochowaliśmy ojca po raz drugi i to był magiczny moment, jeden z najważniejszych w moim życiu. Raz, że pogodziłem się z nim i mu wybaczyłem – dziś zdarza mi się do niego zajrzeć, zapalić papierosa i pogadać. A dwa, że przy okazji wydarzyła się niezwykła historia.

Opowie mi pan?

Żeby przenieść tatę na cmentarz do Konstancina, trzeba było kupić kwaterę. W tym celu mama zadzwoniła do kancelarii kościoła i umówiła na spotkanie z proboszczem. Niestety, proboszcz zdążył się do rozmowy przygotować: „A, to pani jest matką tego Jakubika, tego komunisty, tego bezbożnika?”. To było po wywiadzie, w którym powiedziałem, że Jan Paweł II był odpowiedzialny za zamiatanie pod dywan problemu pedofilii w kościele. No i zaśpiewał zaporową cenę za miejsce na „jego” cmentarzu. Mama się popłakała, ja wściekłem, ale pobieg- łem do banku, wyciąg- nąłem wszystkie pieniądze i kupiłem tę kwaterę. Dwa dni później odbyłem konspiracyjną rozmowę z panem Sławkiem z zakładu kamieniarskiego: „Panie Arku, mówią, żeś pan u księdza proboszcza przepłacił. Ile panu krzyknął?”. Podałem cenę, a on: „Ożeż ty! To już przesadził! Ale skoro żeś pan tak przepłacił, proponuję wybudować pięterko dla siebie i żony”. Zatkało mnie. „Panie Arku, teraz albo nigdy. Pan się zastanowi, pogada z żoną”. Idę do Agnieszki i mówię: „Słuchaj, jest taka sprawa, wolałabyś leżeć nad teściową czy nad teściem?”. (śmiech) No i proszę sobie wyobrazić, że mamy już swoją kwaterę na cmentarzu. Znaczy, że aby stać się prawdziwym mężczyzną, nie tylko trzeba zasadzić drzewo, spłodzić syna i wybudować dom. Trzeba również zadbać o miejscówkę na cmentarzu. To w końcu nasza stacja końcowa. Moi synowie będę mieli dokąd wrócić, zapalić świeczkę 1 listopada. I to akurat mnie cieszy.


Seriale „Król” oraz „Klangor”, w których gra Arkadiusz Jakubik można oglądać na Canal+.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również