Z wiekiem częściej musimy wykreślać kolejne pozycje z listy marzeń do spełnienia. Zamiast „może kiedyś” czy „nie teraz, ale w przyszłości...” małym druczkiem stawiamy przy nich adnotację: „już nigdy”. Maciej Dowbor zna ten stan, ale nie jest rozgoryczony, że nie wszedł na najwyższy szczyt świata i nie został mistrzem triatlonu. Nowy prowadzący "You Can Dance" mówi, jak udało mu się zmienić perspektywę i opanować trudną sztukę rezygnowania z realizacji marzeń.
Twój STYL: Największa słabość ludzi polega na rezygnacji. Najlepszym sposobem, aby odnieść sukces, jest spróbować jeszcze raz – powiedział Thomas Edison. Pan tak umie?
Maciej Dowbor: Uczyłem się tego długo. Gdy byłem młodszy, każda propozycja jawiła mi się jako drzwi do czegoś niezwykłego. Przyjmowałem wszystkie, wydawało mi się, że za odpuszczeniem czegoś zawsze idzie rozczarowanie osoby, której mówię „nie”. I też moje rozczarowanie. Z podziwem patrzyłem na kolegę, Maćka Rocka, który odmawiał prosto z mostu, ze spokojem: „To nie dla mnie, nie widzę siebie w tej roli”. Ja byłem jak dzieciak w sklepie ze słodyczami. Pamiętam rozmowę wychowawczą, którą odbyła ze mną Nina Terentiew. „Mniej znaczy więcej”, powiedziała. Z początku wydało mi się to banalne, ale zacząłem dostrzegać, że więcej projektów nie znaczy więcej możliwości: nadmiar w końcu przytłacza, odbierając radość z tego, co już mamy. Dziś wiem, że odpuszczenie kolejnych zobowiązań to element troski o siebie. Albo o tych, którzy są dla mnie najważniejsi. Nie da się mieć wszystkiego.
Z czego zrezygnował pan dla tych, którzy są dla pana ważni?
Wiele marzeń odpuściłem – by mieć szczęśliwą rodzinę, utrzymać w życiu kruchą równowagę sił. Bo nie może być tak, że wszyscy podporządkowują swoje życie potrzebom jednej osoby. Miałem kiedyś fantazję, by wejść na Mount Everest. Ale to wymaga długiego przygotowania, jest kosztowne, ryzykowne. Zrezygnowałem. Ten Everest to symbol – nie chodzi o widok ze szczytu, ale o przekraczanie własnych granic, przygodę. Moją pasją był triatlon, przez 10 lat poważnie byłem w to zaangażowany – codzienne treningi, starty, czasem na drugim końcu świata. To na pewno bardzo obciążało moją rodzinę, chociaż i tak starałem się wszystko tak zorganizować, żeby oni odczuwali to w najmniejszym stopniu – treningi po nocach albo bladym świtem. Długo tak się jednak nie da. Zobaczyłem, że wielu ludzi z tego środowiska kompletnie się zatraciło, co zniszczyło ich rodziny, biznesy, kompletnie wywróciło hierarchię wartości. Aśka (żona Joanna Koroniewska, aktorka – red.) i moje córki były jednak dla mnie ważniejsze. Odpuściłem.
Czuje pan żal?
Nie. Czy wspinaczka w Himalajach jest ważniejsza niż towarzyszenie dziecku w jego pierwszych krokach? Wystarczy, że kiedy starsza córka była niemowlakiem, mnie ciągle nie było w domu, bo kręciłem program we Włoszech. Coś tracisz, ale zazwyczaj zyskujesz coś innego. Myślę, że udało mi się stworzyć na tyle udany balans pomiędzy rodziną, pracą i moimi pasjami, że byłem obecny w życiu moich bliskich w przełomowych momentach i to jest cenne. Straconą szansę czy niezrealizowaną fantazję widzę jako element większej układanki. W rodzinie każdy oddaje coś dla siebie ważnego, by budować wspólne dobro. Asia poświęciła jeszcze więcej, na pewnym etapie zrezygnowała z rozwijania kariery, gdy postanowiliśmy walczyć o drugie dziecko. To była jej samodzielna decyzja, ale też poświęcenie, biorąc pod uwagę biologiczne aspekty macierzyństwa.
Pana ostatnia decyzja o odejściu z telewizji Polsat, gdzie miał pan status gwiazdy, była zaskoczeniem. Już nie boi się pan straconych szans?
Inaczej na nie patrzę, trochę bardziej nostalgicznie. O zmianie pracy myślałem od pewnego czasu, ale nie wiedziałem, co dalej, co zamiast? Przyszła pandemia, a ja pierwszy raz tak długo nie chodziłem do pracy. Funkcjonowałem bez harmonogramu, presji, był czas na refleksję. Jestem dojrzałym mężczyzną. Jeśli się zasiedzę w Polsacie, ochota na zmiany może minąć. Długo prowadziłem show Twoja twarz brzmi znajomo i uznałem, że dwudziesta edycja to moment, by – jak śpiewał Perfect – ze sceny zejść niepokonanym.
Trochę strach, prawda?
Bez przesady. Przez lata solidnie pracowałem, stworzyliśmy z żoną w internecie rozpoznawalną markę, alternatywę, która daje poczucie bezpieczeństwa. Chciałem sprawdzić, jak będę się czuł w świecie, gdzie rytmu życia nie wyznacza termin kolejnej produkcji. To było swego rodzaju ryzyko, ale i olbrzymie podekscytowanie. Miałem w pamięci rozmowę z Magdą Mołek po tym, jak zrezygnowała z telewizji i przeszła do internetu. Przekonywała mnie, że da się żyć bez stałej roboty w TV. Oczywiście propozycja pracy w Dzień Dobry TVN i You Can Dance była z jednej strony niezwykle kusząca, ale z drugiej pojawił się mały stres: jak się odnajdę w nowej firmie i jak odbiorą mnie widzowie w nowej roli. Na szczęście wyszło lepiej, niż się spodziewałem.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu "Twój STYL"