Czułe opowieści. Fragment rozmowy Twojego Stylu z Magdaleną Różczką
Fot. AKPA

Czułe opowieści. Fragment rozmowy Twojego Stylu z Magdaleną Różczką

Była przytulana, chwalona. To jej siła. Chce ją przekazać dalej nie tylko swoim dzieciom, ale tym z ośrodka preadopcyjnego. Magdalena Różczka mówi, że czułość raz zasiana rośnie w nas. Dzięki niej widzimy więcej niż czubek nosa. Szczególnie dzisiaj, gdy sława i kariera są tak ulotne, a liczy się poczucie, że każdy dzień ma wartość. Bo człowiek, któremu los sprzyja, pomagając innym, pomaga też sobie.

Zdaniem profesora Bralczyka najbardziej polskim słowem jest „żółć”. A jakie jest najczulsze słowo?
Magdalena Różczka: Dziecko. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy.

Była pani dzieckiem przytulanym, chwalonym?
Tak! Tylko dzięki temu nie zwariowałam w dorosłym życiu, nie straciłam wiary w siebie na początku drogi.

Chodzi pani o pracę w drogerii czy protokolantki w sądzie?
Nie, miałam świetne koleżanki i dobrze się bawiłam! Mówię o pierwszych angażach aktorskich. Usłyszałam wtedy wiele złych słów na temat tego, jak wyglądam, mówię, chodzę... To było trudne.

Nabawiłam się kompleksów, ale na powierzchni utrzymywały mnie słowa mamy, która w dzieciństwie mówiła, że jestem wspaniała, piękna, mądra. Była we mnie wpatrzona, a ja przeglądałam się w jej oczach i myślałam: pewnie, że dam radę, jestem przecież wyjątkowa! Dziecka nie można zepsuć miłością.

Nikogo nie można zepsuć miłością. Jej nigdy nie za wiele. To siła, która pcha nas przez życie. O tym, jak budująca może być bezwarunkowa miłość rodzica, niech świadczy jedna sytuacja. Po liceum nie byłam pewna, co chcę robić. Studiowałam przez semestr informatykę, potem socjologię, szukałam swojego miejsca. I gdy oświadczyłam, że zdaję na wydział aktorski w Warszawie, wszyscy stukali się w głowę. Gdzie, jak, dziewczyna z Nowej Soli aktorką w Warszawie? Mama popatrzyła ze smutkiem i powiedziała: ojej, tak daleko... Nie brała pod uwagę, że ja mogłabym się na te studia nie dostać czy na nich nie utrzymać. Była pewna, że indeks mam w kieszeni. Dodała mi skrzydeł.

Ma pani jakieś wyjątkowo czułe wspomnienie z mamą z dzieciństwa, obraz, do którego odwołuje się pani w chwilach, gdy jest szczególnie trudno?
Mam.

Jesteśmy razem na rodzinnej imprezie i jedna z osób z rodziny, nie powiem kto, daje mi klapsa. Mama mnie nigdy nie biła. Uderzenie mnie zaskoczyło. Jak każde dziecko, niepewne, co się dzieje, jak zinterpretować sytuację, poszukałam wzrokiem mamy. I wyrazu jej twarzy nie zapomnę: malował się na niej smutek i gniew, że coś takiego miało miejsce, a jednocześnie determinacja.

To był ułamek sekundy. Nie pamiętam, co stało się potem, ale w tej jednej chwili zrozumiałam, że nikt mnie już nigdy nie uderzy, że mama do tego nie dopuści, będzie mnie bronić. I poczułam się najbezpieczniej na świecie. Opancerzona jej miłością.

Myślała pani, by podać tę czułość dalej?
Oczywiście, chciałam zostać mamą i uszyć dla moich dzieci takie same poduszki bezpieczeństwa jak ta, w którą mnie wyposażyła mama. Moje córki mają 12 i sześć lat, a najmłodsza rok. Nie przewidziałam jednego: gdy pierwszy raz po porodzie zobaczyłam Wandę, najstarszą z córek, poczułam się rozbrojona tym, jak malutka i krucha się zdawała. Widywałam niemowlęta, ale ujrzenie kogoś, na kogo się czekało i kogo już się kocha, a kto jest tak bezbronny, to wielkie przeżycie. Zmienia sposób patrzenia na świat.

Bo to tak wielka miłość i czułość? 
Bardziej dlatego, że zmieniasz swój punkt widzenia. Dojrzewasz do myślenia o innych. Może to kwestia hormonów, pewnie da się to racjonalnie wytłumaczyć.

Gdy patrzyłam na maleńkie dłonie, stopy córeczki, instynktownie wiedziałam, że muszę ją chronić, dać jej dużo ciepła, miłości. I co zaskakujące, pojawiła się myśl: każde dziecko jest tak delikatne i tak samo zasługuje na opiekę, ale nie każde ją dostanie.

Może kilometr dalej albo godzinę później urodziła się dziewczynka podobna do Wandy, też zależna od dorosłych, ale niekochana. To mnie bolało. Fizycznie. Świadomość, że nie wszystkie dzieci dobrze trafiły i jak to jest niesprawiedliwe. Wiedziałam, że ta myśl będzie miała jakiś ciąg dalszy. Ja coś z tym zrobię.

I co pani zrobiła?
Mam wrażenie, że myślami, intencjami przywołujemy pewne osoby i zdarzenia. Tak było wtedy, 12 lat temu. Gdy córka podrosła, okrzepłam w roli mamy, ktoś powiedział mi, że w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w Otwocku brakuje łóżeczek. Miałam takie łóżeczko, już złożone, nieużywane i chciałam komuś oddać. Spakowałam do samochodu, pojechałam do Otwocka z zamiarem oddania łóżeczka. I tam... zostałam.

Dlaczego?
Zdziwi się pani. Wchodziłam z ulicy do, jak się spodziewałam, „placówki” dla niekochanych dzieci, a wylądowałam na planecie miłości. Spotkałam pielęgniarki, lekarki, panią dyrektor i psycholog, które stworzyły to miejsce z czułości i troski o drugiego człowieka. To brzmi może patetycznie, ale taka jest prawda. W Polsce działają tylko trzy takie ośrodki, trafiają do nich najmłodsze dzieci, które z różnych przyczyn nie mogą być wychowywane przez rodziców, są przygotowywane do adopcji. To za mało! Procedury trwają, a dom dziecka, wbrew nazwie, to nie jest odpowiednie miejsce dla dzieci, zwłaszcza małych. One muszą być przytulane, inaczej się nie rozwijają, nie rosną, chorują. Łódzki ośrodek preadopcyjny nazywa się Tuli Luli, to nazwa trafiona w punkt: tam się niemowlęta tuli i lula, zanim trafią do rodziców adopcyjnych i rodzin zastępczych. Żeby nie zostały same. To nie jest praca, do której przychodzi się na ósmą i wychodzi o szesnastej.

Brzmi jak misja.
I tak jest. Pamiętam, jak jedna z pielęgniarek pojechała z małą Natalką do Szczecina. Okazało się, że Natalka nie może wrócić ze swoją opiekunką do domu, musi zostać trzy dni w szpitalu. Pielęgniarka zdecydowała, że z nią zostanie, chociaż czekały na nią jej dzieci, dwoje. Uznała, że dziewczynka pozbawiona matki bardzo jej potrzebuje. Dzieci codziennie do niej dzwoniły, ale nie pytały, kiedy wróci do domu: pytały, jak się czuje Natalka.

To niesamowite, ile czułości potrafią wyzwolić w nas samotne dzieci. Znam wiele takich historii. I powiem, że ośrodek w Otwocku ratuje moją wiarę w istnienie dobra na świecie. I w ogóle w nas, ludzi, zwłaszcza teraz, gdy wszystkim nam jest tak ciężko, nad każdym wisi wielka czapa ponurych myśli: jak będzie, gdyż jak dawniej już nie będzie.

W czasach pandemii wolontariusze nie mogą odwiedzać ośrodka, brak mi tego. Uwielbiam tam przychodzić. Nie mam poczucia, że dużo daję – odwrotnie, jestem przekonana, że to ja dostaję tam zastrzyk pozytywnych emocji, myśli, miłości.

Cały tekst przeczytasz w numerze 02/21 Twojego Stylu.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 02/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również