Marianna Gierszewska: " Żyjemy w społeczeństwie poranionych dusz, ale z twarzy uśmiech nie znika"
Fot. fot Anita Olbryś/arch. pryw.

Marianna Gierszewska: " Żyjemy w społeczeństwie poranionych dusz, ale z twarzy uśmiech nie znika"

Marianna Gierszewska miała 15 lat, gdy po długich miesiącach wypełnionych bólem usłyszała druzgocącą diagnozę: wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Dzień, w którym odbyła się ratująca jej życie operacja oraz wyłonienie stomii traktuje jak dzień swoich drugich urodzin. Bolesne doświadczenia przekuła w swoją siłę i cenny bagaż. Wrażliwa, empatyczna, magiczna, pełna zrozumienia i czułości. - Staram się zostawiać w sieci ślady stóp, w których ktoś może zobaczyć kawałek swojej własnej historii - mówi nam. Dziś w ukochaniu swoich ciał i samych siebie pomaga innym kobietom. Właśnie z tego powodu, razem z Ambasadorką kategorii Selflove, Joanną Koroniewską  – przyznajemy Mariannie nominację do tytułu Doskonałość Sieci w 2. edycji akcji #poswojemu.

Zagłosuj na Mariannę w 2. edycji #poswojemu Doskonałość Sieci w kategorii Mama:

Zagłosuj_C

"Stomia przyniosła mi uzdrowienie: Pozwoliła mi skosztować miłości - bezwarunkowej, pełnej, harmonijnej. Pozwoliła mi odnaleźć w sobie pokłady odwagi, radości, stabilności i siły" – to naprawdę niezwykłe wyznanie, które umieściłaś w swoich mediach społecznościowych wiosną. Coś co dla niektórych może być ciężarem czy kompleksem, dla Ciebie jest powodem do dumy. W jaki sposób coś co dla jednych osób może być słabością, Ty przekułaś w swoją siłę?

Wiesz, myślę, że z tym ciężarem jest tak: przygniata nas tym bardziej, im bardziej od niego uciekamy. W spojrzeniu na prawdę - czasami ciężką - jest niepodważalna moc. Wtedy każde doświadczenie staje się Twoje i przede wszystkim, DLA CIEBIE. Nie wyobrażam sobie świata, w którym swoją operację i samą stomię mogłabym traktować jako słabość.

Myślę, że jako społeczeństwo mamy w ogóle wykrzywioną definicję słabości. Trudne doświadczenia przychodzą jako prezent do transformacji. To dla nas często niewygodne, nie na rękę, mówimy „to zły czas na chorobę!”, zamiast pytać: „co ta choroba próbuje mi powiedzieć?”. Walczymy z chorobami, zamiast na nie spojrzeć i wreszcie - uciekamy przed bólem, choć jest zupełnie naturalną częścią doświadczenia ludzkiego. Wycinamy to co „brzydkie”, niepopularne, brudne, zapominając o tym, że zgoda na to co trudne, przynosi otwarcie na to, co lekkie. Z odczuwaniem jest tak, że albo się otwieramy na całe spektrum, albo nie otwieramy się wcale. Ja więc stanęłam do tego, z czym przyszła do mnie moja historia. Bez oceny. Za to z wielkim zrozumieniem dla właściwości zdarzeń.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marianna Gierszewska (@mariankagierszewska)

Jak wygląda życie ze stomią? Czy narzuca Ci ona jakieś ograniczenia?

Moja podróż ze stomią stała się początkiem życia. Nie "nowego", nie "lepszego", ale po prostu. Bo bez stomii nie miałabym szans na przeżycie. Patrzę więc na nią z największą możliwą wdzięcznością. Jest częścią mnie i mojej opowieści. Częścią, której nigdy nie ocenię inaczej niż z miłością. Zawsze powtarzam, że wdzięczność rozpuszcza to co trudne. I tak właśnie jest. Mam jej w sercu ogrom - za życie, za miłość, za możliwość budowania czegoś większego. To właśnie stomia i cała moja historia postawiły przede mną takie a nie inne możliwości.

A co z ograniczeniami? Nie szukajmy ich na siłę, bo wszystkie są tylko w głowie. Ze stomią uprawiam sporty, podróżuję, prowadzę dwie firmy, warsztaty, chodzę na basen, boksuję, uprawiam jogę, latam samolotami, uprawiam miłość... Również w jej towarzystwie zaszłam w ciążę. Tu nie ma ograniczeń większych niż te, na które pozwalamy naszym lękom.

Ale tak naprawdę - nie ma znaczenia, czy masz stomię czy nie. Wszystko może być powodem do budowania ścian i murów. Tak jak, mimo wszystko, mimo tak wielu różnych okoliczności i przejść, możemy żyć autentycznie - za rękę z własnymi pragnieniami. Tu wszystko zawsze sprowadza się do odwagi i mocy serca. Odwagi i mocy, na którą przyzwalamy sobie sami. 

Oglądając Twój profil, czytając Twoje teksty poznając Cię bliżej poprzez Twoje media społecznościowe trudno nie odnieść wrażenia, że jesteś osobą wypełnioną cudownym spokojem, akceptacją, miłością do samej siebie. Czy w Twoim życiu szklanka zawsze była do połowy pełna? Czy musiałaś się tego postrzegania nauczyć?

Mam w sobie dużo zaufania do życia, do otoczenia, do prawidłowości doświadczeń - to prawda. Czy tak było od dziecka? Zdecydowanie nie. O wielu rzeczach nie mówiłam na głos: nie pokazywałam, że jest mi przykro, nie pozwalałam sobie czuć bólu, wstydziłam się łez i za każdym razem, kiedy stawałam przed wyborem: zrobić coś w zgodzie z opinią innych, czy wyłamać się z oczekiwań - wybierałam zdradę siebie.

Aż wreszcie, kiedy miałam 15 lat, przyszła ona - choroba. Wrzodziejące Zapalenie Jelita Grubego, pokazało mi jasno, że cena oddalenia od swojego serca i uczuć jest za wysoka. Dla mnie to było zdrowie i życie, bo Wrzodziejące Zapalenie Jelita Grubego przechodziłam wyjątkowo poważnie, ale nie musimy szukać w skrajnościach: tak wiele z nas przecież nie musi płacić zdrowiem. Tak wiele z nas za cenę przynależności oddaje swój wewnętrzny dom. A to strata porównywalna ze stratą zdrowia, a może nawet gorsza. Zdrowie i jego utrata często motywują do zmian, a ran serca nie widać. I być może to jest największe przekleństwo dzisiejszych czasów. Bo żyjemy w społeczeństwie poranionych dusz, ale z twarzy uśmiech nie znika.

Doszłaś do tego miejsca o własnych siłach, czy ktoś Cię inspirował, wspierał i dopingował?

W okresie szpitalnym miałam wsparcie od rodziców, od siostry. Ale musimy tu pamiętać o tym, że każda poważna choroba jest doświadczeniem całej rodziny. Mama, tata, siostra też przeżywali swoje i nie byli w stanie stanąć przy mnie bez bagażu zmartwienia o moje życie. Bo przecież nie ma poradników, które podpowiedzą Ci jak radzić sobie z sytuacją, kiedy Twoje 17-letnie dziecko przelewa się przez ręce, bo kolejna terapia farmakologiczna nie działa. Nie ma książki, która powie Ci, jak poradzić sobie ze złożonością uczuć, kiedy Twoja siostra leży w szpitalu w pieluszce, bo nie ma już siły nawet na dojście do toalety. Więc to były moje dopingowania. Tak duże i tak głośne, jak mogło być w takich warunkach i w takiej sytuacji.

Pamiętam sytuację, tuż przed operacją, kiedy poprosiłam rodziców, żeby - jeśli potrafią - ukochali mnie z całej siły, ale jeśli to jest dla nich zbyt trudne - w porządku. Zostanę z tym sama. I poradzę sobie. Bo ich zmartwienia do serca wpuścić nie mogłam. W tamtym momencie grało to we mnie bardzo jasno: rodzimy się i umieramy sami.

Gdzieś pomiędzy ludźmi - tak, ale w gruncie rzeczy sami. To nasze doświadczenia i nasze transcendentalne przejścia. Pożegnania i rozstania przychodzą nam z natury trudno, ale to właśnie w nich jest czasami największa siła i gotowość na nowe. Bo paradoksalnie, czasami trzeba przejść przez śmierć, żeby dojść do życia.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marianna Gierszewska (@mariankagierszewska)

Sporo w Twojej historii bólu – tego fizycznego i psychicznego. Bolesne lata „w towarzystwie” wrzodziejącego zapalenia jelita grubego poprzedzone były trudnymi latami w gimnazjum, gdzie padłaś ofiarą przemocy ze strony swoich koleżanek. Jak człowiek podnosi się po takich historiach?

Tak sobie myślę... A w czyjej historii nie ma bólu? Może większy, może mniejszy, ale u każdego z nas ten ból rozkłada się podobnie. Czasami tylko, tak jak w moim przypadku, jest jasno krzyczący, widoczny i krwisty - u drugiego będzie zakopany w ciszy samotnego siedzenia w zamkniętym pokoju. Jak człowiek podnosi się po takich doświadczeniach? Może wcale... Może po prostu bierze to doświadczenie i przekuwa je na najbardziej krystaliczną, autentyczną opowieść o sobie samym.

Jesteśmy przyzwyczajeni do czarno - białych klasyfikacji: walcz, albo się poddaj! Kochaj albo nienawidź! A co, jeśli spróbujemy poszukać miejsca na wszystko? Tak po prostu. Bez oceny i kalkulacji. Bo może te trudne doświadczenia, wcale nie muszą nas dobijać do ziemi. Może sukcesy wcale nie muszą nas uskrzydlać. Może wystarczy, że będziemy kroczyć - czasami w bezradności, a czasami w szczęściu.

Zawsze jednak pamiętając, że tylko zaufanie poprowadzi do zgody i harmonii - nawet, jeśli w danym miejscu widać tylko zagrożenie i chaos.

Celebrujesz swoje ciało – jego niedoskonałość, nierówności, nieregularności. Do tego samego, w sposób bardzo czuły i piękny, zachęcasz swoje obserwatorki. Jaki otrzymujesz feedback?

W zdecydowanej większości piękny! Przepełniony delikatnością, zrozumieniem i miłością. To też wspaniale pokazuje, jak bardzo my - kobiety, jesteśmy gotowe na zmiany! Chcemy patrzeć, myśleć i czuć inaczej. Cieszę się, że mogę być częścią tej rewolucji.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marianna Gierszewska (@mariankagierszewska)

Jesteś aktorką – to zawód, który z jednej strony wymaga totalnej akceptacji swojego ciała (traktujesz je jako narzędzie, znasz jego silne i słabe strony, grasz nim, musisz na nim polegać), ale z drugiej kładzie na nie ogromną presję. Udaje Ci się znaleźć złoty środek?

Moje serce zawsze będzie trzymało się wszystkiego, co artystyczne. Sztuka jest moją głęboką miłością, ale do aktorstwa jako do zawodu mam duży dystans. Nie jestem jedną z tych, które będą przepychać się na castingu o rolę. Ja aktorstwo traktuje jako niezwykły dar - swoistą trampolinę do tego, by powiedzieć o czymś, w mojej opinii, ważnym.

Dlatego, powiem Ci bardzo szczerze: ja tej presji nie czuję. Bo nie pozwalam się w nią wklejać. Prowadzę z moim mężem, Miłoszem dwie firmy (Tutti i Okolice Ciała); prowadzę warsztaty; biorę udział w kampaniach społecznościowych, które poszerzają świadomość społeczną w temacie chorób zapalnych jelit; przemawiam gościnnie na konferencjach medycznych w Polsce i za granicą. Aktorstwo jest piękne, ale nie jest dla mnie niczym większym niż po prostu pasją. Tu nie ma „na śmierć i życie”. Szkoda czasu na przepychania, presję i ocenę. Jeśli jakaś rola jest dla mnie, będzie na mnie czekać z otwartymi ramionami. Jestem pewna!

Po dostaniu się do warszawskiej Akademii Teatralnej zrobiłaś rzeczy niezwykłą: rzuciłaś studia. To wymaga sporo odwagi. Zresztą nie tylko wtedy się nią wykazałaś. Skąd czerpiesz odwagę do robienia rzeczy pod prąd, nieszablonowych, niepopularnych? Sporo ich w Twojej historii.

Nieszablonowe, niepopularne - to prawda. Chociaż ja nazywam je po prostu: autentyczne. Kiedy czuję zgrzyt między tym, co w sercu, a tym, co robię - rezygnuję.

Nie ma już we mnie zgody na pogwałcanie swojej intuicji i głosu, który dokładnie podpowiada, czy coś jest dla mnie czy nie do końca. My jako społeczeństwo ten swój wewnętrzny głos wyciszamy. Boimy się, że zrobimy zamieszanie, że ludzie źle zrozumieją, że coś zostanie jakoś odebrane, że przestaną nas lubić. I tak przez lata, rozdajemy kawałeczki siebie, sądząc, że jako źródło odnawialne, na pewno nigdy się nie zużyjemy. A potem pewnego dnia się budzimy… w żalu, że tyle czasu zmarnowanego. Ja mówię - bój się i rób.

Niech Cię źle rozumieją, niech Cię źle odbierają, niech Cię przestają lubić. To nie historia o mitycznych „NICH”, ale o Tobie. Przed każdym z nas stoją nowe przestrzenie - takie w zgodzie z własnym serduchem - ale dopóki odważnie w nią nie wejdziemy, nie będziemy wiedzieć, co w sobie zawiera. Życie jest bogatą opowieścią... albo nie, cofam to. Życie MOŻE BYĆ bogatą opowieścią, jeśli tylko pozwolimy sobie zadać głośne pytania i usłyszeć wyraźne odpowiedzi: Czy to miejsca/ludzie/przestrzenie/relacje/praca dla mnie? A może trwam w pewnym wyobrażeniu o awatarze, którym miałam być? Serce wie wszystko. Wystarczy rozpocząć dialog.

Niedawno stworzyłaś Okolice Ciała – przestrzeń, w której, jak sama mówisz, chcesz uczyć kobiety szacunku i delikatności wobec ich ciał i doświadczeń, chcesz mówić o seksualności, ciele, emocjach, granicach, relacjach i komunikacji. Chyba sporo jeszcze w materii jest do zrobienia?

Okolice Ciała to miejsce ukochujące kobiety w pełni: warsztaty indywidualne i grupowe, ebooki, blog, webinary, kursy, medytacje. To bezpieczna przestrzeń dla każdej, która mówi „TAK”. Na Okolice Ciała trafiają kobiety zdecydowane na nowe jakości w swoim życiu. To kobiety, które nie chcą już dźwigać, nie chcą ponad siły, nie chcą za kogoś. Są gotowe, by wyjść do nowego - a do tego możemy wyjść tylko wtedy, kiedy popatrzymy na to, co stare i jeszcze nieuznane. Kiedy obejmiemy swoim sercem, wszystko to, co było. Nie wejdziemy do nowego przez ucieczkę od starego. To zawsze musi być świadomy, wyraźny krok w swoją stronę. Wtedy to ma szansę się udać. Być częścią drogi tak odważnych kobiet: to dla mnie wielki przywilej.

Co daje Ci obecność w sieci?

Szczerze? To, że mogę trafić do większego grona kobiet. Nie myślę o lajkach, o obserwatorach ani o popularności Instagramowej. Taka motywacja, byłaby dla mnie na słabych nogach. Bardzo staram się, na tyle, na ile to możliwe, zostawiać w sieci ślady stóp. To takie ślady, w których ktoś może zobaczyć kawałek i swojej własnej historii.

Piszą do mnie kobiety ze stomią, piszą mamy, których dzieci odbudowały się po operacji, dzięki zdjęciom, które zostawiam. Piszą do mnie kobiety, które zaczynają rozpoznawać i kochać siebie. Piszą i te, które nie wiedzą, gdzie zacząć, ale już wiedzą, że tej zmiany chcą. To są naprawdę dziesiątki wiadomości dziennie. Dla nich to robię…

Czym jest dla Ciebie selflove? Jak rozumiesz to pojęcie?

Samo-miłość, jest dla mnie niczym więcej: jedynie czystą miłością.
Nie warunkową, ale taką, która przyzwala na błędy.
Nie perfekcyjną, ale taką, która przyzwala na zmarszczki i załamania.
To pozwolenie sobie na autentyczność w jej najczystszej postaci.
Przyzwolenie sobie na granice - takie, które czasami potrafią wylać się falą właściwego gniewu.
To przyzwolenie sobie na uczucia - nie zawsze te, którym lubimy strzelać foty, ale i te, które przychodzą z odpowiednim, dla każdego z nas cieniem.
Samo-miłość, to świadomość siebie. Bez wyobrażeń i idei o tym, „jaka mogłabym być, gdyby tylko …. „
Bo samo-miłość jest prawdą. Nawet tą najtrudniejszą. Nawet tą, do której nie lubimy się przyznawać.
Samo-miłość, nie musi być SAMĄ miłością.
Ale do tej miłości nas zbliża, kiedy stajemy w zrozumieniu dla własnej historii.

Jestem kobietą, mamą, żoną i stomiczką. Zawodowo aktorką, autorką, właścicielką dwóch firm, aktywistką ciała i samo-miłości – tak mówisz sama o sobie. Czy coś do tej listy chciałabyś jeszcze w mniej lub bardziej odległej przyszłości dopisać?

Na dziś jest najlepiej jak może być. Tu i teraz jest najlepszą ze wszystkich osi czasowych. Zostawmy to więc tak jak jest. A życie - niech się przytrafia, niech dopisuje, rozwija i zmienia. Tego sobie życzę!

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Marianna Gierszewska (@mariankagierszewska)

Marianna Gierszewska - urodzona w 1996 roku w Krakowie aktorka (znana m.in. z serialu TVN "Pułapka"), działaczka społeczna, aktywistka, autorka, właścicielka platformy Okolice Ciała oraz współzałożycielka i współwłaścicielka pierwszej w Polsce firmy produkującej bieliznę dla stomiczek, Tutti.  Od 2019 roku prowadzi warsztaty na terenie całej Polski, dzieląc się z kobietami swoim doświadczeniem i wiedzą z zakresu ciałomiłości, autentycznej komunikacji i pracy ze wstydem. Pochodzi z artystycznej rodziny - jej tata- Maciej Kowalewski to aktor i reżyser, mama Edyta Torhan jest aktorką. Starsza o rok siostra Zofia to z kolei reżyserska. Marianna od lat praktykuje jogę, medytuje, uwielbiam taniec i sport - przed ciążą regularnie wracała też na salkę bokserską. Pasją do boksu zaraził ją jej mąż Miłosz, trener bosku.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również