Nasze życie  to nie film: wywiad z Marcinem Dorocińskim
Fot. Michal Wozniak/East News

Nasze życie to nie film: wywiad z Marcinem Dorocińskim

Poznaje zwyczaje nietoperzy, chodzi po puszczy, spędza dzień zamknięty w klatce w schronisku – to nie przygotowania do roli, ale walka o nasze przetrwanie. – Ziemia otrzepie się jak zwierzę i zrzuci nas z grzbietu jak upierdliwe insekty. To będzie dla nas katastrofa – przestrzega Marcin Dorociński. Sam robi wszystko, by do niej nie dopuścić. 

Od wielu lat angażuje się w ochronę przyrody. Na profilu Marcina Dorocińskiego na Facebooku znacznie częściej niż informacje o nowych rolach czy zdjęcia z sesji można zobaczyć ogłoszenia o psach do adopcji, instrukcje segregowania śmieci czy raporty o kryzysie klimatycznym. 
W końcu ubiegłego roku ukazała się jego książka Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłości naszej planety. Z naukowcami, badaczami i aktywistami dyskutuje o lasach, wilkach i gazach cieplarnianych. – Ta książka jest po to, żeby zadawać pytania. Zadawać je ludziom, którzy dużo lepiej od nas na czymś się znają. Nie bójmy się pytać – zachęca aktor. My pytamy go o to, czego boi się najbardziej i na czym mu najmocniej zależy. Marcin Dorociński nie godzi się na czarny scenariusz – pisze własny.

Oto wybrane fragmenty z obszernego wywiadu, którego znany aktor udzielił naszej "męskiej odmianie", czyli Twój Styl Man. Rozmawiała nieoceniona Olga Wiechnik. 

Strażak z Jeżurkowa, Romeo ze Słowacji, Alan z Niemiec to bohaterowie twojego nowego projektu. Kim są? 
Marcin Dorociński: Strażak to mały, zapluty jeżyk. Miał złamaną kość nosową i już zawsze będzie miał skłonność do infekcji. Romeo i Alan to wilki, pierwszy przewędrował przez całe Alpy, Austrię aż do Włoch, pod Weronę. Drugi przepłynął Wisłę, a to dla wilka nie lada wyczyn. Ale oprócz nich bohaterami mojej książki są przede wszystkim ludzie, którzy poświęcają życie, żeby poznawać, badać i chronić przyrodę.

Aktor pisze książkę. Jak to się stało? 
Ta książka nie powstała dlatego, że mam ciągoty literackie, zresztą to jest dzieło wspólne – w realizacji pomogło mi kilka osób. Zrobiłem ją namówiony przez ludzi, którzy uznali, że mój głos może pomóc. Nie chciałem się mądrzyć, chciałem spotykać się z osobami, które mają ogromną wiedzę na temat naszej planety, i przekazać ją innym, którzy może dzięki temu zaczną 
o tę planetę dbać. Najwyższy czas.

Zagrałeś w spocie WWF, w którym demolujesz swoje mieszkanie, po czym mówisz do widza: „Dziwi cię to? Ty też to robisz. Niszcząc przyrodę, niszczysz własny dom”. Usłyszałeś, że przesadzasz. 
Tak, spotykałem się także z takimi reakcjami: że to za dużo, zbyt emocjonalne. Ale nie ma już czasu na ceregiele. Jest bardzo źle, a będzie jeszcze gorzej. Trzeba działać. Prawie 10 lat temu zaangażowałem się w działania na rzecz zwierząt i przyrody, zatem nie będę milczał tym bardziej teraz.

Dlaczego wielu ludzi to nie obchodzi?
Myślę, że zachłysnęliśmy się dostępnością wszystkiego. Najlepsze, najszybsze, najnowsze, wymieniane co pół roku telefony, premiery szminek i szpilek. Świat zwariował, a media – szczególnie społecznościowe – dokładają się do tego. Dlaczego ktoś ma rezygnować z latania samolotem, skoro mu wygodnie? Dlaczego ma nie jeść ulubionych ciasteczek tylko dlatego, że jest w nich olej palmowy? A co go to obchodzi, że pozyskiwanie tego oleju kosztowało życie setki tysięcy orangutanów, że karczujemy ich domy dla tych ciasteczek. To raz. 
A dwa, współczesna jednorazowość strasznie mnie irytuje. W skądinąd strasznych czasach komunizmu, w ciężkich latach 70. i 80., wspaniałe było to, że wszystko dało się naprawić. Na spodniach miałem łaty nie dlatego, że były modne, tylko dlatego, że o rzeczy trzeba było dbać. Bo więcej nie było. Starszy brat przekazywał ciuchy młodszemu. Większość ludzi tak żyła. Teraz wszystko można kupić tanio, wyrzucić po jednym razie.

Wszystko nam wolno, nic nie musimy? 
Tak, wszystko nam wolno powiedzieć i wszystko nam wolno zrobić. No i fajnie. Tylko to ma konsekwencje. Jako dorośli jesteśmy odpowiedzialni za to, co mówimy i robimy. A skoro produkujemy dużo śmieci, musimy po sobie sprzątać. Jeszcze kilka lat temu na trawnikach leżało pełno psich kup. Dziś trzeba mieć strasznego pecha, żeby w jakąś wdepnąć. I to jest super, że my, ludzie, się uczymy.

Jak nas w tych wysiłkach wspierać?
Nie atakować, nie zawstydzać. Wyciągać rękę. Dawno temu, kiedy jeszcze zbieranie kup nie było powszechne, podeszła do mnie pani, bo zobaczyła, że mój pies się załatwia, a ja nic z tym nie robię. „O, zapomniał pan worka, dam panu”, powiedziała w sposób niezwykle delikatny i uroczy.

A jak rozmawiać z sąsiadem, który nie segreguje śmieci, żeby nie powiedział „odwal się”? Ludzie źle reagują na coś, co odbierają jako pouczanie.
No bo trzeba rozmawiać, a nie pouczać. Wierzę w rozmowę. I dawanie przykładu. Nie ma nic fajniejszego, niż się przekonać, że człowiek, o którym mieliśmy złe wyobrażenie, jest w istocie lepszy, niż zakładaliśmy. Bo jak przekonać kogoś na wsi, kto trzyma psa na łańcuchu, żeby tego nie robił? Gdybym chodził i krzyczał na ludzi, że są głupi, że tak nie wolno robić, nie odniósłbym żadnego skutku. Ale kiedy z nimi rozmawiam, przekonuję, że pies będzie lepiej ich ochraniał, jeśli jemu samemu będzie lepiej: jak będzie miał ciepłą budę, pełną miskę i swobodę. Wierzę, że należy dbać o siebie nawzajem. Tak jak dbają o ciągniki, tak niech dbają o psa. Udało mi się namówić jednego gospodarza do uwolnienia psa z łańcucha. Ale to wymaga pracy.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również