Pięć pytań, które mogą uratować twój związek
Fot. iStock

Pięć pytań, które mogą uratować twój związek

Czasem nasze związki wpadają w koleiny. Nawykowo się krytykujemy, automatycznie podnosimy głos, obrażamy się i wychodzimy trzaskając drzwiami.  I tak w kółko, jakbyśmy krążyli po zapętlonym torze. Jak się z niego wydostać?

O co ci znowu chodzi?– rzucamy. A ty, to co - święty? Znów postawiłeś szampon na mojej półce, znowu brudny talerz, dlaczego mi to robisz? Podnosimy głos, obrażamy się, pytamy retorycznie, bo wcale nie jesteśmy ciekawe odpowiedzi, odburkujemy, trzaskamy drzwiami. I tak w kółko. Problemem w trwałych związkach są koleiny, utarte sposoby reagowania - na uwagi partnera, sytuacje konfliktowe. Te powtarzające się reakcje to nawyki. Nawyki - rzecz naturalna i ludzka – ale takie zabijają powolutku więź, niszczą poczucie bezpieczeństwa w związku, uniemożliwiają bliskość i okazywanie wsparcia. „Wyłączają” nas ze związku – nieraz na godzinę, nieraz na kilka cichych dni.

Siła nawyków leży w tym, że nasz mózg nie lubi się przemęczać. Tworzy sobie  tory neuronalne, dzięki którym oszczędza energię. I po pętlach tych torów potrafimy krążyć latami, w kółko reagując tak samo. 

Jeżeli chcemy wprowadzić zmianę, musimy nastawić się na wysiłek i zastąpić stare nawyki nowymi przyzwyczajeniami. Zacznijmy od zadania pytań – sobie i partnerowi. Takich, które rozbiją schemat i poprowadzą związek inną drogą.

Pytanie 1. O co mi chodzi?

Kłótnie o to, na której półce stoją buty, kto nie włączył zmywarki i ile się spóźnił, to dymne zasłony. U ich podstaw tli się rozdrażnienie, do którego się nie przyznajemy. Jedno rzuca uwagę, drugie podnosi głos, pada pytanie „O co ci chodzi?”. A powinniśmy spytać siebie nie partnera: O co MI chodzi? Co ze mną się dzieje? Jaki jest mój udział w tej sytuacji? Do czego ona ma doprowadzić? Do wybuchu? Może właśnie tak? Jeśli żyjemy w napięciu, którego nie potrafimy (lub nie możemy) rozładować aktywnością fizyczną, sportem – możemy ulec pokusie prowokowania awantury, żeby wyrzucić z siebie stres. Domowe wybuchy pełnią wtedy rolę regulatora emocji, wywołanych najczęściej gdzie indziej – np. w pracy. Napięcie spada, tylko koszty rodzinne są ogromne. Bo po pierwsze, mamy potem poczucie winy - więc przerzucamy ją na partnera. Po drugie, mamy też poczucie przykrości i samotności, bo partner jest urażony lub rozgniewany. Nie możemy z nim pogadać, nie dostaniemy wsparcia, dopóki się nie pogodzimy. Powtarzanie takich sytuacji stopniowo nadwątla poczucie bezpieczeństwa w związku i sprawia, że odsuwamy się od siebie.

Pytanie 2. Dlaczego tak mnie to boli?

Psychologowie mówią, że w codziennych utarczkach zapętlają się ci z nas, którzy nie dość dobrze siebie rozumieją.  Jeśli w sprzeczce padają zdania typu „A ty nie jesteś lepszy” - prawie na pewno mamy do czynienia ze strategiami obronnymi. Stosujemy je, gdy się boimy, że druga strona nas nie szanuje, nie akceptuje, może odrzucić. Czasem dlatego, że czujemy się nie wystarczająco dobrzy – wtedy rywalizujemy, wytykamy partnerowi głupie błędy: nie jesteś taki wspaniały, nie myśl sobie, nawet zakupów nie potrafisz porządnie zrobić. Kto czuje się gorszy, szuka dziury w całym i punktuje partnera. Bardzo często robią tak dorośli krytykowani w dzieciństwie.

Charakterystyczne są reakcje nieadekwatne do zachowań partnera: wielki krzyk o drobiazgi, straszne oburzenie o małą uwagę, wytaczanie ciężkich dział bo „jak on mógł mi zwrócić uwagę”, „jak on mógł znowu nie zatankować samochodu, przecież wiedział, że ja…” itd. Potrzebujemy skupić się na sobie, przestać tańczyć z partnerem ten taniec „A ty”… Spytajmy siebie: Dlaczego tak mnie boli, że on kładzie maszynkę do golenia na mojej półce? Co się ze mną dzieje, że mam ochotę krzyczeć, bo on się spóźnia, nie zadzwonił? Dlaczego tak szybko tracę nad sobą panowanie?

Pytanie 3. Naprawdę uważasz, że jestem głupia?

Najczęściej wyzwalaczem złości i chęci odwetu jest obawa, że słowa partnera lub jego zachowanie potwierdzą ukryte przekonanie:  jestem niewarta miłości, nie dość dobra, cos ze mną nie tak. Dlatego tak to boli.

Obelgi to ciosy zadawane na oślep. Słów które wydają nam się nieprawdziwe nie odbieramy jako trafienie – dziwią nas, zaskakują, mogą zaboleć, ale nie bierzemy ich poważnie. Mówisz to serio? –pytamy wtedy. I to jest dobry trop: wyłóż problem na stół, zamiast atakować. - Naprawdę uważasz, że jestem głupia? (zamiast: sam jesteś idiotą!) To stopuje emocje. Rzadko się zdarza, by poproszony o przemyślenie obelgi bliski człowiek ją potwierdził. Jeśli jednak to zrobi, dodaj:  Nie wiem co mam Ci odpowiedzieć, na takie słowa. Zostaw go z tym problemem:  jeśli ktoś rani przekracza granice powinien dostać czas na przemyślenie i przeprosiny. Dopóki okładamy się epitetami, to niemożliwe – obie strony przekroczyły granice, kto ma wyciągnąć rękę?

Pytanie 4. Co powinnam lepiej zrozumieć?

Ty możesz być tą osobą, która przerwie walkę na szpile, powie: zaraz, dokąd my zmierzamy? Nie podoba mi się to co powiedziałeś, boli mnie to co zrobiłeś. Ale czy my musimy się o to kłócić? Co powinnam lepiej zrozumieć? To ostatnie pytanie jest kluczowe. Psychologowie nazywają je gestem empatii. Kiedy pytam : „Co chciałbyś, abym lepiej zrozumiała?” zmieniamy dynamikę rozmowy – nie narzucamy już swojego punktu widzenia, lecz przestawiamy się na słuchanie i próbę zrozumienia partnera. To pomaga wyjść z impasu niezgody. Wsłuchujmy się w jego odpowiedź, aby zobaczyć jego perspektywę. Być może usłyszymy rzeczy, które nigdy wcześniej nie przyszły nam do głowy. A jeśli partner mówi rzeczy, które wydają się niesprawiedliwe i bolesne, chwyć jego dłoń. Bardzo ciężko się kłócić trzymając się za ręce.

Z błędnego koła powtórek nie wychodzi się łatwo. Trochę jak w filmie „Dzień Świstaka”- najpierw jak w jakiejś klątwie, w kółko robimy to samo, choć nie chcemy. Kombinujemy, myślimy: przetrzymam to. Przychodzi załamanie: już mi wszystko jedno. I wreszcie – zamiast zajmować się sobą, swoimi odczuciami i krzywdami - jak Bill Murray grający w filmie główna rolę – zaczynamy troszczyć się o innych.

Pytanie 5. A co ty o tym myślisz?

W wyjściu z zapętlenia pomaga ciekawość. Psycholog Bogdan de Barbaro powiedział kiedyś: ona sprawia, ze bardziej chcę zrozumieć niż wygrać, bardziej dowiedzieć się, niż zrealizować swój scenariusz. Powiedzmy, że rozmawiasz z partnerem o jego pracy. Czy ciekawi Cię, jak on widzi swoją sytuację, czy też słuchasz, szukając odpowiedzi na pytania, które Cię dręczą (czy on nie straci pracy, czy awansuje, ma szansę na podwyżkę)? Otwierasz się na jego świat, czy też prowadzisz „pedagogiczną” rozmowę, starając się na niego wpłynąć? Odbierasz jego emocje? Pytasz o nie?

Mamy dziś problem z zadawaniem pytań i odpowiedziami na nie w bliskich związkach. Wstydzimy się pytać: o czym marzysz, czego pragniesz, czego żałujesz? Wymyślamy cięte lub zabawne riposty. W wyjściu z zapętlenia pomaga ciekawość. Psycholog Bogdan de Barbaro powiedział kiedyś: ona sprawia, ze bardziej chcę zrozumieć niż wygrać, bardziej dowiedzieć się, niż zrealizować swój scenariusz. Powiedzmy, że rozmawiasz z partnerem o jego pracy. Czy ciekawi Cię, jak on widzi swoją sytuację, czy też słuchasz, szukając odpowiedzi na pytania, które Cię dręczą (czy on nie straci pracy, czy awansuje, ma szansę na podwyżkę)? Otwierasz się na jego świat, czy też prowadzisz „pedagogiczną” rozmowę, starając się na niego wpłynąć? Odbierasz jego emocje? Pytasz o nie?

Mamy dziś problem z zadawaniem pytań i odpowiedziami na nie w bliskich związkach. Wstydzimy się pytać: o czym marzysz, czego pragniesz, czego żałujesz? Wymyślamy cięte lub zabawne riposty, zamiast odpowiadać z serca. Zacznijmy więc od pytania: A co ty o tym myślisz? I słuchajmy odpowiedzi z zainteresowaniem, nie przerywając. Nie ma miłości bez ciekawości. 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również