Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki o pomaganiu: "Spłacamy dług za dobre życie!"
Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki w sesji dla magazynu Twój STYL
Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki o pomaganiu: "Spłacamy dług za dobre życie!"

Antoni Pawlicki pamięta z dzieciństwa, jak mama ratowała psa potrąconego przez samochód. Agnieszka Więdłocha jako młoda aktorka wspierała dzieci z porażeniem mózgowym. To w nich zostało. Nie godzą się na świat, gdzie zostawia się bez pomocy ludzi na granicy. Pomagają. Na przykład wiekowym już warszawskim powstańcom. Dostali za to tytuł Gwiazdy Dobroczynności, jednak nie o nagrody chodzi, ale o poczucie, że „życie nie po to tylko jest, by brać”.

 Pomaganie jest szlachetne, ale nie zawsze proste?

Agnieszka Więdłocha: Tak. Bo np. masz obawę: czy ten ktoś w ogóle będzie chciał twojej pomocy, czy się nie narzucasz? Pamiętam ciemny wieczór dobre 10 lat temu. Wyszłam z walizką z Dworca Centralnego – pusto, głucho. Nagle w okolicy Pałacu Kultury widzę dwoje młodych ludzi na wózkach. Zaklinowali się w szczelinach między płytami chodnika. Jedno drugiemu nie mogło pomóc. Pomyślałam: głupio podejść, może się przestraszą? Przełamałam się. Byli szczęśliwi: „Z nieba nam pani spadła! Utknęliśmy!”. Jakoś odblokowałam ich wózki i razem śmialiśmy się z tej akcji – miłe spotkanie. Dziś wiem, że warto najzwyczajniej w świecie podjeść i zapytać: potrzebujesz mojej pomocy? Jak nie, to idę.

Ale odmowa może zrazić. Jak nie zrezygnować, przeskoczyć dumę, bo ktoś powiedział: niczego nie potrzebuję?

Agnieszka Więdłocha: Myślę, że to kwestia przeniesienia ciężaru z własnej potrzeby pokazania, jakim jest się dobrym, na potrzeby innych. Nawet gdy na początku ich nie rozumiemy, błądzimy. Zdarzało mi się entuzjazmować: zrobię coś, zadziałam, będzie super! Mam zbędne ubrania, zabawki, książki – oddam do domu samotnej matki. Ale okazywało się, że pomoc w formie dla mnie łatwej po prostu nie jest potrzebna. Co nie znaczy, że ktoś ją odrzuca. Nauczyłam się, że najpierw należy wypytać. Kiedy nawiązałam współpracę z ośrodkiem wychowawczo-opiekuńczym w Łodzi, wiedziałam, że muszę pokombinować: może dziewczynom potrzebne jest spotkanie z kimś, kto je zainspiruje, pokaże, że chociaż na początku drogi dostały od życia kopa, da się to zmienić. Konkret w zgodzie z potrzebą. Czasami trzeba ujarzmić poryw serca, uruchomić rozum.

Antoni Pawlicki: Ja też to sobie w pewnym momencie uświadomiłem. Moim serdecznym kolegą jest Grzegorz Polakiewicz, przez niektórych nazywany „świeckim ewangelistą”. Kiedyś przed świętami zapytałem go, jak spędzi Wigilię. Powiedział: „Idę na Centralny do bezdomnych”. Jest inwalidą, nie ma nogi, porusza się o kulach. Mówię: „Czekaj, jak to do bezdomnych? –No, kupię tyle jedzenia, ile dam radę unieść, i ich odwiedzę. – To ja z tobą” – zadecydowałem. To było trudne doświadczenie. Ci ludzie bynajmniej nie przywitali nas z otwartymi ramionami: super, że przyszliście! Część z nich była nieufna, nastroszona. Przekonali się do mnie po jakimś czasie. Poczułem, że moja obecność jednak się liczy. Bycie obok, wysłuchanie. Zrozumiałem, że z jakichś powodów nie potrafią przyjąć pomocy, którą oferowałem w pierwszym odruchu. Pomyślałem: pomaganie wiąże się z wyrzeczeniem, wyjściem poza własną wygodę.

Agnieszka Więdłocha: Myślę, że także z obowiązkiem. Żyjemy w czasach najlepszych od dawna. Nie mówię o sytuacji politycznej w Polsce – trudno, jest, jak jest. Ale standard życia się poprawił. To nasz święty obowiązek, żeby oddać chociaż część dobra, które dostaliśmy od losu.

Antoni Pawlicki: Prawda, ale poprawa standardu, o której mówisz, dotyczy nas, świata zachodniego. Moim zdaniem mamy kredyt do spłacenia, bo żyjemy w dobrobycie kosztem innych. W Kenii widziałem hektary pól, po których jeździły nowoczesne maszyny. Zapytałem: „O co chodzi, do cholery? Produkuje się tutaj tyle jedzenia, a ludzie cierpią głód?”. Okazało się, że pola należą do korporacji zachodnich, które uprawiają zboża w Afryce, bo tam nie obowiązują wyśrubowane normy. Leje się mnóstwo chemii, nawozów sztucznych. Nie nasza ziemia jest niszczona. Dlatego uważam, że mamy obowiązek pomagania ludziom na innych kontynentach. Co nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Kiedy pieniądze z wygranej w programie Azja Express przeznaczyłem na fundację działającą w Kenii, nieraz słyszałem: „A dlaczego nie pomagasz dzieciom w Polsce?”. Dlatego, że na własne oczy widziałem tamte potrzeby.

Nam trudno złapać szeroką perspektywę, bo to, o czym mówisz, dzieje się daleko. To jest jakieś usprawiedliwienie?

Antoni Pawlicki: Moim zdaniem nie. Poza tym przybliżyły się do nas inne dramaty. I to jest rodzaj testu. Teraz rzeczy straszne dzieją się na naszej granicy, dwieście kilometrów od Warszawy. Wojna hybrydowa, prowokacja, wykorzystywanie uchodźców w próbie wywierania nacisku – znamy tę narrację. Rozumiem, że trzeba chronić granice. Ale okrutny push-back, odsyłanie ludzi, którzy weszli na terytorium Polski, ciężarówkami w głąb lasu, na to nie ma we mnie zgody. Są procedury, uchodźców można przetrzymać w ośrodku, sprawdzić, kim są, zadbać o ich zdrowie. Jeśli trzeba ich odstawić do miejsc, z których przyjechali – okej, ale róbmy to w cywilizowany sposób.

Agnieszka Więdłocha: Przecież mówimy o dzieciach, kobietach w tragicznej sytuacji. Nie wiem, jak ona się rozwinie, kiedy w grudniu przyjdą mrozy...

Antoni Pawlicki:  Myślę, że gdy będziemy siedzieli przy wigilijnych stołach, to tam, w lasach, będą ginąć ludzie.

Znam wiele osób, które w tym miejscu stwierdzą: skoro tak ci żal, weź potrzebującego pomocy pod swój dach...

Agnieszka Więdłocha: I to się wydarzyło, niedawno. Bez wchodzenia w szczegóły – udało nam się pomóc pewnym ludziom, to była szybka akcja. Znaleźliśmy ośrodek, wyprosiliśmy miejsce. Okazało się, że ktoś nas zna i lubi. Dzięki temu możemy pomagać – to dobra strona popularności.

Całość w grudniowym numerze Twojego Stylu. 

st_12_001

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 12/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również