Człowiek orkiestra. Wywiad z Jerzym Owsiakiem
Fot. AKPA

Człowiek orkiestra. Wywiad z Jerzym Owsiakiem

Kolorowy ptak, ale też gość z charyzmą. Na jego wpisy w mediach odpowiada kilka milionów osób. Z rockowego koncertu umie zrobić lekcję solidarności. Jego apele o pomoc poruszają nawet tych, którym nic się nie chce. Teraz też, jak Batman, przylatuje tam, gdzie kryzys, i... pojawiają się łóżka szpitalne, środki ochrony. Kogo, jak nie jego, pytać, skąd brać siłę w trudnym czasie, jak wierzyć w dobro, co robić, by czuć się przyzwoitym. Pachnie patosem? Na pewno nie u Jurka Owsiaka.

Zabawowy? Rockandrollowy? Rozrywkowy? Też. Ale nie tylko. Jeśli któraś z publicznych postaci wymyka się ze schematu, on na pewno. Opiniotwórczy amerykański dziennik „The New York Times” pisał o nim wiele razy jako o twórcy najbardziej znanej w świecie polskiej fundacji, pomysłodawcy największej w skali globu akcji charytatywnej (Finał Wielkiej Orkiestry), ale też animatorze najciekawszego w Europie festiwalu muzycznego i osobie wpisanej na listę kandydatów do Pokojowej Nagrody Nobla. Komuś innemu uderzyłaby sodówka. A Jurek? Przeprasza, że trochę spóźnił się na wywiad, wita szerokim uśmiechem i mówi: „To co, lecimy? Bo nie mam dziś chwili do stracenia”.

Budzisz się teraz co dzień rano i myślisz...

Jerzy Owsiak: Moja codzienność jest tak poukładana, że nawet nie muszę myśleć. Od świtu jest do zrobienia ileś rzeczy, wstaję i robię. W fundacji na początku pandemii padło hasło: wszystkie ręce na pokład, ruszyliśmy z akcją „Wygramy i pójdziemy wszyscy na spacer”. Otwieram oczy i zastanawiam się: ile pakietów ochronnych dla medyków damy radę dziś zrobić w magazynie wynajętym nam przez dobrych ludzi za symboliczną złotówkę? Na naszym kanale KręciołaTV pokazujemy dwugodzinny program, żeby oderwać ludzi od problemów. Choćby nie wiem co się działo, jestem w studiu i mówię z uśmiechem: „Cześć, kochani, witam was serdecznie, posłuchamy dobrej muzy i obejrzymy parę dokumentów z tego, co przez 28 lat zrobiła Orkiestra...”. Mamy ogromny materiał filmowy z naszych Finałów i Przystanków Woodstock. Sam nie miałem pojęcia, jaka w tym jest energia. Całe rodziny nas oglądają. I to jest moja codzienność dzisiaj.

Akcja, akcja, akcja. U ciebie zawsze musi się dziać?

Ludzie potrzebują teraz i sprzętu, i dobrej energii. Staram się dawać jedno i drugie. A w pracy z misją im więcej robisz, tym bardziej ładują ci się akumulatory. Wywiesiłem na balkonie flagę z hasłem Orkiestry: „Wygramy i wszyscy pójdziemy na spacer”. Ktoś obok powiesił prześcieradło z wypisanym dziecięcą ręką tekstem: „I będziemy zdrowi!”, ktoś inny dodał karton z „Razem damy radę”. Poszła iskra optymizmu. Uskrzydla mnie też Stefan, lat pięć. Ogląda z rodzicami KręciołaTV i wysyła rysunki do „wujka Jurka”. Piękne są. Powiedziałem rodzicom, że chłopak ma talent. A Stefanowi, że daje mi pozytywnego kopa.

W pracy z misją im więcej robisz, tym bardziej ładują ci się akumulatory.

Wielu ludzi „leci dziś na oparach”, a ty wciąż wulkan energii. Nie masz kryzysów?

Wulkan ma to do siebie, że jest erupcja, a później syczy albo i zastyga. Mam momenty przycięcia energii, ale ich świadkiem nie musi być cały świat. Bywa Dzidzia, moja żona. I tak niech zostanie. Nakręca mnie to, że wykonuję wolny zawód i sam sobie tworzę pracę. Nigdy nie obudziłem się z myślą: „Ratunku, muszę iść do roboty!”. No, może z wyjątkiem czasu, gdy w młodości zarabiałem, myjąc wagony. Później, jak miałem pracownię witraży, mogłem do niej przyjść albo nie, a pracowałem po 12 godzin, bo robiłem to z pasją. Wiele razy, kiedy coś zaczynałem, nie miałem pojęcia, na jaką skalę się rozkręci. Wielka Orkiestra to miała być przecież jednorazowa akcja. Pamiętam słowa Niny Terentiew: „Jurek, dobra, raz się udało, ale nie rób drugiego Finału, bo będzie klapa i wstyd”. Wybłagałem wtedy w telewizji: „Jeszcze tylko raz!”.

I dzięki Orkiestrze bijemy rekordy szczodrości od 28 lat.

To samo z Przystankiem Woodstock. Branża muzyczna traktowała festiwal jak prowincjonalną imprezę z podrzędnymi artystami. Aż w 2015 roku dostałem zaproszenie do Los Angeles na galę International Music Industry Awards, cholernie prestiżową imprezę – i to w skali świata. Jako organizator Przystanku zostałem nominowany do nagrody roku razem
z twórcami największych światowych festiwali! No dobra – pomyślałem – jadę. Nikt mnie nie znał. Jak potem ze sceny padło: „The winner is Jułek Ołsiak”, to prawie spadłem z krzesła.

Walter Chełstowski, twój przyjaciel, powiedział, że Owsiak to kosmita, który przyleciał z cywilizacji bardziej rozwiniętej niż nasza, gdzie to, czego my się uczymy, jest już oczywiste. Może dlatego wychodzą ci rzeczy niewyobrażalne?

 Ja widzę w sobie kosmitę, gdy ktoś mi każe rozwiązać krzyżówkę. Padam na prostych hasłach. Gdyby IQ było mierzone biegłością w krzyżówkach, okazałoby się, że go nie mam. Pisma urzędowego też poprawnie nie wypełnię. Jak zaczynam się zastanawiać, czym narodowość różni się od obywatelstwa, to iskrzy mi na łączach... Daleki jestem od takiego „hej, wszystko się da zrobić!”. Niektórych rzeczy się nie da. Ale mam zasadę, że jak mi zależy, zanim skapituluję, sprawdzam i… zdarzało mi się pozytywnie zdziwić, bo nagle dołączają ludzie, potencjał się mnoży i robi się z tego petarda. Prowadzę wykłady motywacyjne dla liderów. Powtarzam im: „Porzućcie myślenie, że lider ma ludzi kontrolować i pilnować. Lider ma umieć zbudować zmotywowany zespół, pokazać cele, które uruchomią energię, a potem ufać zespołowi, powierzać mu odpowiedzialność, dawać poczucie sprawczości. Wtedy dopiero jest liderem, a nie grającym na siebie szefem solistą”.

Ale bywało, że inni mieli wątpliwości, a ty parłeś do celu wbrew wszystkiemu. Jest historia w twojej książce Obgadywanie świata: Grecja, na plaży grupa turystów, znacie się tylko z widzenia i...

... nagle orientujemy się, że nie ma pani Lucynki. Ktoś dostrzega, że dryfuje na materacu już na pełnym morzu, ledwo widoczna. I kilkunastu facetów heroicznie rzuca się do wody.

Kawalkada ratowników płynie, ale po kolei odpadają – jeden, drugi, piąty i w końcu do materaca
z przerażoną kobietą dopływasz tylko ty.

Też przerażony zresztą. Bo pływam może i nieźle, ale gdy jestem sam w morzu, wyobraźnia podsuwa mi scenariusze grozy, że ośmiornica mnie wciągnie pod wodę albo że pojawi się żarłoczna ryba. Wtedy, dopóki płynął ze mną choć jeden chłopak, nie było problemu. Ale gdy dał znać, że dalej nie da rady, wpadłem w panikę. Bo też opadałem z sił, no i włączyły mi się te lękowe wizje.

Co sobie wtedy powiedziałeś, że jednak nie zawróciłeś z innymi?

To nie była żadna bohaterszczyzna, tylko zadaniowa kalkulacja. Popatrzyłem na brzeg, potem na dryfujący materac i oceniłem, że do pani Lucynki mam już bliżej. W miarę, jak zbliżałem się do niej, przestawałem też czuć się sam. U mnie z ludźmi zawsze raźniej... Krzyczałem tylko, żeby nic nie robiła, bo się bałem, że jak się mnie z przerażenia złapie, oboje pójdziemy na dno. I tak doholowałem ją jakoś do brzegu. Okazało się, że jest dentystką i w rewanżu zaproponowała podreperowanie mojego uzębienia. I zrobił się happy end.

Mnie tą historią zaimponowałeś. A ciebie ktoś rzucił ostatnio na kolana? Tak,
że twoja wiara w ludzi się wzmocniła?

Te dwie panie pielęgniarki z DPS-u, które zostały same z kilkudziesięcioma podopiecznymi, gdy reszta personelu uciekła. Bo wiem, jaki w tych domach jest dramat. Czasem jedna osoba ma pod opieką 40 zniedołężniałych pacjentów i dosłownie pada na twarz. A tu jeszcze wirus, zagrożenie, bo w tych miejscach pielęgniarki pracują w warunkach urągających zasadom bezpieczeństwa. Wiem, bo wysyłamy w te miejsca zestawy ochronne. Powiedzieć sobie w takiej sytuacji – zostanę, przecież tu są ludzie, za których jestem odpowiedzialna... no, to jest odwaga. Wielki szacun.

Tylko że dziś te osoby muszą się jeszcze mierzyć ze społeczną niechęcią. Wyprasza się je ze sklepów itp. Co powiesz tym, którzy hejtują pielęgniarki, lekarzy ze szpitali zakaźnych?

Mam spore doświadczenie w byciu hejtowanym, więc powiedziałbym lekarzom: nauczcie się to lekceważyć. Róbcie swoje, bo wasza praca ma wielką wartość. A hejterom? Niektórzy to przypadki nieuleczalne, defekt psychiczny. Jak jakiegoś łapano, okazywało się, że to frustrat, który sam w życiu niczego nie osiągnął. Poza tym cała masa hejtu jest dziś produkowana na zamówienie.

Pokazał to film Hejter. Wylewanie pomyj na osoby publiczne to obecnie biznes, który udaje opinię społeczną.

Kulturalni z pozoru ludzie, nawet urzędnicy, piszą anonimowo wrogie teksty albo je zlecają, bo chcą dostać awans, podwyżkę, przypodobać się zwierzchnikom. Sporo ludzi hejtuje za pieniądze. Traktują to jak zwykłą pracę. Co można powiedzieć komuś takiemu? Czy on będzie chciał coś zrozumieć? Może jak lekarz z oddziału zakaźnego będzie ratował mu życie, to wtedy coś dotrze? A na co dzień? Omijać, nie czytać, nie poświęcać temu swojej energii. Zwłaszcza teraz, gdy są ważniejsze sprawy. Ja tak robię.

Olga Tokarczuk powiedziała, że ten trudny czas jest też po to, żebyśmy wrócili
do wartości, o których zapomnieliśmy. O jakich wartościach zapomnieliśmy?

O szacunku, również dla ludzi od nas innych. Ja wierzę w sens zasady: traktuj innych tak, jak byś sam chciał być traktowany. Kocham ideę społeczeństwa obywatelskiego, bo ludzie czują się w nim szanowani, wiedzą, że mają wpływ na świat wokół, a wtedy bardziej im się chce – reagować, działać, angażować się. W takim społeczeństwie nikt nie czuje się lepszy ani gorszy, bo jego siłą jest różnorodność. Bądźmy różnorodni! Będzie koszmarnie, jak wszyscy zaczną tak samo myśleć i to samo wyznawać. Kiedy możemy być różni, czujemy się wolni. Na festiwalu Pol’and’Rock spotykają się różne subkultury i pokolenia, ludzki miszmasz w wielkim tłumie. Ostatnio mieliśmy 800 tysięcy uczestników, mogłaby być mieszanka wybuchowa, a jest spokój, pokojowa atmosfera i dużo uśmiechu.

Jaki jest twój patent na uczenie ludzi szacunku?

Zawiązujemy umowę. Mówię ze sceny: „Pamiętajcie, obowiązuje tu prosty regulamin i musicie się do niego stosować. Jak coś nie pasuje, mówcie, ale nie próbujcie tego wyrażać agresją. Zobaczycie wszystkich artystów, których wam obiecaliśmy. My umowy na pewno dotrzymamy. A wy pamiętajcie, że tu wszyscy odnosimy się do siebie z szacunkiem”. I tyle! To się sprawdza, a przecież tam nie przyjeżdżają anioły. Widzę, że my, Polacy, podzieleni i skaczący sobie do oczu tacy też możemy być. Daliśmy się na siebie poszczuć, ale wierzę, że się z tego otrząśniemy, pokażemy nasze lepsze cechy.

A tobie jaka cecha pomogła w życiu najbardziej?

Konsekwencja. Gdy coś zaczynałem, trudno mnie było zniechęcić. Jak pojawiały się trudności, mówiłem: „nic się nie dzieje, brnę w to dalej”. Trzymam się też od lat swoich pasji. W szkole byłem mistrzem prywatek. Wiedziałem, jak rozkręcić ludzi do zabawy, gdzie schować przed rodzicami wino, oczywiście do pralki Frania, między ciuchy. W tych pasjach, pozornie o charakterze wyłącznie zabawowym, tkwił potencjał. Dziś też rozkręcam ludzi do różnych działań. Muzyki również nie odpuściłem – organizuję Najpiękniejszy Festiwal Świata. Nie mówię, że najlepszy, bo może są lepsze, ale nasz jest niepowtarzalny i z darmowym wstępem. Udaje mi się też czasem porysować, projektuję obrazki na koszulki Wielkiej Orkiestry. I jest jeszcze coś… zawsze miałem marzenia, ktoś mógłby powiedzieć – śmiałe. I one też mnie nakręcają. Szczęściem jest, że i rodzice, i Dzidzia, moja żona, powtarzali: „nigdy nie mierz niżej!”. U mnie musi być zawsze dalej, wyżej, więcej niż dotąd. Jak byłem młody, marzyłem, by grać w zespole. Puszczaliśmy z kolegami Zeppelinów i graliśmy na szczotkach. Muzykiem nie zostałem, choć na perkusji trochę gram, ale rok
w rok stoję na scenie, a przede mną pół miliona ludzi, po widnokrąg, jak na legendarnym Woodstocku. Krzyczę „Siema!”, ludzie odpowiadają, więc marzenie o euforii na scenie też mi się spełniło.

Człowiek wszechstronnie spełniony? Czegoś w życiu żałujesz?

Spełniony to może być ktoś, kto czuje, że zrobił już wszystko, co chciał. To nie o mnie. Mnie są potrzebne nowe wyzwania. W tym roku postanowiliśmy, że jako jedyni na świecie nie odwołamy letniego festiwalu i zorganizujemy Pol’and’Rock internetowo. Zrobimy Najpiękniejszą Domówkę Świata! Ludzie w ogródkach, na balkonach, w mieszkaniach… W czwartek 30 lipca o 15 Roman Polański odgwiżdże początek i będzie się działo. Czy po tym festiwalu będę spełniony? Raczej będę myślał, kogo zaprosić na następny i jak zorganizować kolejny Finał Orkiestry. A z tym żałowaniem... jedno, czego żałuję, to, że skończyłem naukę na maturze, bo wiedza rozkręca umysł.

Spełniony to może być ktoś, kto czuje, że zrobił już wszystko, co chciał. To nie o mnie. Mnie są potrzebne nowe wyzwania. 

Właśnie patrzę na dyplom doktora honoris causa, który przyznał ci Uniwersytet Jagielloński.

To autentyk. Nie żadna ściema drukowana w Chinach, jak certyfikaty na maseczki, które sprzedała nam poważna firma. To też nagroda dla ludzi, którzy ze mną pracują. Moje nazwisko jest tylko szyldem. Wspomniałem o tym w przemówieniu z okazji przyznania mi tego doktoratu. Opierało się na wykładzie o Fafiku z „Przekroju”, czasopisma mojej młodości. Złote myśli Fafika do dziś mi się sprawdzają.

Która najbardziej?

Że każdy Fafik ma swoją drogę, ale przede wszystkim – swojego pana.

Zaskoczyłeś mnie. Stawiałabym, że jesteś wolnym duchem. Bez pana...

JO: Fafik uznaje za pana tego, kogo sam w tej roli obsadzi. Może moim jest Dzidzia? Na pewno jest moim drogowskazem i wsparciem. Nikt nie zna mnie lepiej od żony. Mam tak, że jak koszę trawę, a to moja nowa pasja, przy okazji rozprawiam się z trudnymi sprawami, a czasami też z ludźmi. Wszystko dzieje się w mojej wyobraźni i przypomina scenariusze z ostrą akcją. Z niektórych można by zrobić film „Kosiarka 5”. Nikomu o tym nie mówię, tylko idę przez ogródek tam i z powrotem i koszę. A Dzidzia wszystko rozumie. I jak kończę robotę, pyta: „To z kim się dzisiaj rozprawiłeś?”. Jej jednej to zdradzam. „Męczyli się?” – dopytuje. „Piekielnie” – mówię i już mogę się pośmiać z czegoś, co chwilę wcześniej było nie do zniesienia. Jak ktoś ma co kosić, polecam.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 06/2010
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również