Gosia Mielech i Ray Wilson, czyli polska miłość wokalisty Genesis
Gosia Mielech i Ray Wilson.
Fot. Zosia Promińska

Gosia Mielech i Ray Wilson, czyli polska miłość wokalisty Genesis

Solistka baletowa z Polski i sporo starszy od niej Szkot, były muzyk słynnego zespołu Genesis. Związkowi Gosi i Raya nikt nie dawał szans. A oni od ponad 10 lat tworzą jedną z najbardziej zakochanych i szanujących się par w show-biznesie.

Gosia Mielech o mężu Ray'u Wilsonie: Kiedy się poznaliśmy, nie miałam pojęcia, kim jest.

To był splot niezwykłych zbiegów okoliczności. Miałam 20 lat, zostałam solistką w Polskim Teatrze Tańca w rodzinnym Poznaniu. Pewnego majowego wieczoru w 2008 roku spacerowałam z koleżanką po Starym Mieście. Dostrzegli nas znajomi, stali pod jednym z klubów, i zaprosili do środka. Akurat skończył się jakiś koncert, było tłoczno i głośno, ale miejsce tętniło dobrą energią. Podczas rozmów z kolegami zauważyłam, że co chwilę przechodzi obok nas intrygujący i przystojny mężczyzna, który bacznie mi się przygląda. Gdy nasze oczy spotkały się po raz pierwszy, poczułam, jakby świat na ułamek sekundy się zatrzymał. Aż zagadał do mnie po angielsku. Wkrótce przenieśliśmy się na after party, gdzie kontynuowaliśmy rozmowę i... przepadliśmy.

Mijały godziny, wszystko wokół nas przestało istnieć. Urzekła mnie jego wrażliwość w połączeniu z pewnością siebie i niekłamaną skromnością. Już wtedy czułam się w jego towarzystwie na tyle komfortowo i bezpiecznie, aby bez skrępowania rozmawiać o wszystkim. Miałam wrażenie, jakbyśmy znali się od lat.

Późnym wieczorem, po wymianie numerów telefonów, rozstaliśmy się. Ray poleciał do Francji, ja wróciłam do domu. Rano wpisałam w Google imię i nazwisko chłopaka, który mnie tak zafascynował: szalenie ciekawa byłam jego twórczości. Ray wspomniał tylko, że jest muzykiem. Ilość informacji na jego temat w internecie mnie zaskoczyła. Kiedy posłuchałam utworów Raya i usłyszałam jego hipnotyzujący, głęboki i ciepły głos, zauroczyłam się nim jeszcze bardziej. Tego samego dnia zadzwonił, zaplanowaliśmy kolejne spotkanie. 

Dwa tygodnie później przyleciał do Poznania na jeden wieczór, specjalnie na mój spektakl w Teatrze Wielkim. Znowu wielkie emocje: samolot się spóźnił, nie byłam pewna, czy Ray w ogóle zdąży. Niemalże cały zespół był zaangażowany w to, aby Ray dotarł na widownię – misja zakończyła się sukcesem! Mieliśmy jeszcze kilka takich "wyrywkowych" spotkań, aż zdecydowaliśmy, że spędzimy wspólnie 7-tygodniowe wakacje. Zjechaliśmy samochodem spory kawałek Europy, byliśmy też w domu Raya, w Szkocji, gdzie poznałam jego rodziców i przyjaciół. To był wspaniały czas, pełen przygód, miłości i nowych doświadczeń. Mieliśmy okazję lepiej się poznać. Chociaż wiele nas różniło, to te różnice tylko wzbogaciły nasz związek i dodały trochę ognia do pierwszych sprzeczek. Wyjazd zaowocował podjęciem decyzji o wspólnym życiu. Pozostało tylko pytanie gdzie. W Edynburgu czy w Poznaniu? Ray postanowił, że przeniesie się do Polski.

Ten związek zweryfikował moje przyjaźnie, wiele osób ostrzegało, że ta relacja skończy się dla mnie szybko i boleśnie. Oczywiście żadna z tych osób nie znała Raya. Ja się tym nie przejmowałam. Wiedziałam, że nawet jeśli nie przetrwamy jako para, to on mnie nigdy świadomie nie skrzywdzi.

Szanuję w nim to, że można na nim polegać. Zawsze dotrzymuje słowa. Jest niezwykle troskliwy, czasem mam wrażenie, że zgaduje moje potrzeby, zanim ja je sobie uświadomię. Zna swoje atuty i słabości, wie, w czym jest dobry, a w czym nie. Nie ma w nim ani goryczy, ani zawiści. Poza tym cenię go jako artystę. Kiedy zaczęłam poznawać jego twórczość, każdego dnia zakochiwałam się w jego głosie na nowo. Nadal potrafię się wzruszyć do łez, słysząc, jak Ray przejmująco śpiewa utwór "Alone”.

Gdy jestem na jego koncercie, prowadzimy ze sobą rodzaj flirtu. Spaceruję wśród publiczności. Obserwuję, jak Ray poszukuje mnie wzrokiem ze sceny. Jeśli w końcu mnie dostrzeże, uśmiecha się i zmienia nieznacznie tekst piosenki, aby przekazać mi, że już mnie znalazł. Uwielbiam to. 

Ray gra ponad sto koncertów rocznie w całej Europie. Ja też jestem w ciągłej podróży: albo tańczę na scenie, albo prowadzę warsztaty gaga. Ostatnie półtora roku z małymi przerwami spędziłam w Tel Awiwie, brałam udział w programie nauczycielskim gaga. Odwiedzaliśmy się z Rayem, gdy tylko nadarzyła się okazja, jednak tak długa rozłąka była wyzwaniem dla naszego związku. Poradziliśmy sobie. Zdarza nam się współpracować, na przykład zatańczyłam w teledysku do jego piosenki "Not Long Till Springtime". Napisał ten utwór specjalnie dla mnie. Nawiasem mówiąc, ostro się kłóciliśmy podczas pracy nad klipem, każde z nas miało nieco inną wizję. I on, i ja jesteśmy "control freaks", jak żartuje Ray. Uwielbiamy mieć wszystko pod kontrolą. Myślę, że daję mu dużo pozytywnej energii. A Ray pomaga mi zdobywać pewność siebie. Nawzajem mobilizujemy się do działania i twórczo stymulujemy. 

Nie lubimy przesytu. Wierzymy, że mniej znaczy więcej. Nie mamy samochodu. Kochamy kontakt z naturą i podczas wakacji największym luksusem jest dla nas zaszyć się na kilka dni w chatce w górach. Nasz styl życia wymyka się standardom, sporo w nim spontaniczności i ukradzionych momentów, aby być tu i teraz. "Ray jest tylko mój!" – taką wiadomość dostałam ostatnio na Facebooku. Pisują do mnie fanki mojego partnera. To mnie bawi, nie irytuje. Od początku naszej relacji wyraźnie czułam, że mogę Rayowi całkowicie zaufać, dlatego nie ma i nie było we mnie zazdrości. Ray nigdy nie zrobił niczego, co by to zaufanie zachwiało. 

Gosia Mielech – tancerka, choreografka, nauczycielka gaga (rodzaj tańca stworzony przez Ohada Naharina, izraelskiego tancerza, choreografa), prowadzi warsztaty gaga w Polsce, pedagog tańca, joginka. W latach 2007-2012 solistka w Polskim Teatrze Tańca. Założycielka zespołu tańca współczesnego DanceLab, z którym realizuje spektakle. Występuje m.in. w Londynie, Lizbonie, Tel Awiwie, Sztokholmie, Berlinie.  

Ray Wilson o żonie Gosi Mielech: Dom jest tam, gdzie serce. A moje jest przy Gosi.

Od 10 lat tworzymy związek oparty na wielkiej bliskości i porozumieniu. Uzupełniamy się. Ona jest tancerką, pochodzi z artystycznego świata, ale jednak innego niż mój, muzyczny. Gosia zajmuje się tańcem współczesnym, to wciąż jest awangarda. Na przestrzeni lat widziałem wiele spektakli z jej udziałem i jeśli mam być szczery, większość z nich mnie zachwyciła, ale parę spowodowało senność. (śmiech) Nie odmawiam jednak temu, co robi Gosia, piękna i głębi. Dla mnie związek z taką kobietą jak ona ma wymiar duchowy. Podobnie jak to, że ją spotkałem, gdy przyjechałem na koncerty do Polski.

Zauważyłem ją od razu. Piękna sylwetka, wielkie oczy. Nie jestem typem podrywacza, poza tym byłem świeżo po rozstaniu. Wcale nie było mi łatwo podejść do Gosi i ją zagadnąć. A kiedy wreszcie zaczęliśmy rozmawiać, już nie przestaliśmy... Ona nie miała pojęcia, kim jestem. Byłem dla niej jakimś gościem z baru i tyle. 

Jedno z naszych pierwszych silnych wspomnień, które przechowuję w pamięci: siedzimy w pustym przedziale. W pociągu do Malborka, gdzie mam zagrać koncert na zamku. Pierwszy, na który Gosia jedzie ze mną. I nagle okazuje się, że ona nie słyszała jeszcze, jak ja śpiewam na żywo. Więc zaczynam tylko dla niej śpiewać i grać, tam, w tym przedziale. Kilka godzin później dałem koncert na zamku, wpatrując się w Gosię wśród publiczności. Widziałem, jak się wzruszyła. Żartuję nieraz, że Gosia śpiewa równie dobrze, jak ja tańczę. Jedną z pierwszych piosenek, które mi zaśpiewała, jest ta: "Dzień dobry, kocham cię, już posmarowałem tobą chleb" zespołu Strachy na Lachy. Lubimy nucić ten kawałek. Czasem urządzamy sobie w domowym studiu sesje nagraniowe. Tworzymy piosenki, które są tylko dla nas. 

Decyzja o tym, aby się przenieść do Poznania, wcale nie była dla mnie trudna. Zakochałem się. Najważniejsze decyzje w życiu podejmuję z serca, a nie z głowy. Tylko wtedy życie ma smak!

Jasne, gdybym miał zostawić w Szkocji rodzinę z dziećmi, to wcale nie byłoby takie proste. Ale mój poprzedni związek się rozpadł, nie miałem nic do stracenia. Nie musiałem mieszkać w mojej ojczyźnie, przecież i tak koncertuję w różnych krajach. Jak każdy potrzebowałem czasu, aby zapuścić korzenie w nowym miejscu. Lubię nasze mieszkanie w poznańskiej kamienicy, w centrum miasta. Dobrze się w nim czuję. 

Oboje jesteśmy w ciągłych rozjazdach, więc spędzamy tutaj razem zaledwie kilka weekendów w roku. Kiedy się widujemy? Dobre pytanie. Zwłaszcza że Gosia spędziła ostatnie kilkanaście miesięcy w Izraelu, szkoląc się w języku ruchowym gaga. O ironio, to ja spędzałem wtedy więcej czasu w jej ojczyźnie niż ona. Cieszę się, że Gosia polubiła też moje rodzinne strony, często tam jeździmy. Pokazałem jej wszystkie ukochane miejsca. Uwielbiamy Edynburg za zieleń i piękne zabytki, schodziliśmy to miasto wzdłuż i wszerz.

Przyzwyczaiłem się, że sporo czasu spędzam w pojedynkę. Nie mam o to żalu. To są nasze wspólne ustalenia. Być może dzięki rozłące doceniamy nasz wspólny czas jeszcze bardziej. Cieszymy się każdą chwilą. Prywatnie jesteśmy całkiem zwyczajną parą. Jeździmy na rowerach, chętnie chodzimy do kina i do restauracji. Najbardziej komfortowo czuję się wtedy, kiedy Gosia jest w domu. Nie musimy siedzieć nawet w jednym pokoju, gadać godzinami.

Ja po prostu uwielbiam, kiedy ona znajduje się gdzieś obok, gdy krąży dookoła. Dlatego na pytanie, co dla mnie jest najważniejsze w miłości, zawsze odpowiadam, że duchowe połączenie. To coś, czego nie jesteśmy w stanie uchwycić, dotknąć. Mam u swego boku artystkę, wolnego ducha, takiego jak ja.

Każda strona musi mieć swoją własną cząstkę życia, co nie zmienia faktu, że oboje z Gosią jesteśmy bardzo zaangażowani w swoje własne światy i w światy tej drugiej strony. Rozumiemy, co to znaczy być artystą, z czym to się wiąże. I to wiele ułatwia. Myślę, że nasz związek sprawdza się też dlatego, że Gosia jest bardzo dojrzała. A ja często czuję się jak nastolatek. Chociaż jako bardzo młody człowiek ciągle żyłem pod presją własnych ambicji, to teraz już nie muszę nikomu nic udowadniać. Mam w sobie znacznie większy spokój, nie przejmuję się rzeczami, które nie są tego warte. Na pewno także dzięki temu, że jestem z nią. 

We wrześniu skończę 50 lat. Ponieważ nie lubię przerw w pracy, to również w tym czasie będę grał koncerty: 7 i 8 września w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. To bardzo piękne i urokliwe miejsce. Gosia rozumie moją potrzebę działania. Wie, że dziś każdy, kto ma swój biznes, prowadzi podobny styl życia. Ja mam dwie firmy: jedną w Poznaniu, drugą w Berlinie, często się przemieszczam pomiędzy tymi miastami, do tego ciągle koncertuję. Zapowiedziałem jednak Gosi, że z okazji okrągłych urodzin chciałbym coś w tej kwestii zmienić. Ilość koncertów zaczyna mnie przytłaczać. Nawet kiedy staję na scenie, to w istocie nie "tworzę", tylko pracuję. Odtwarzam coś, co już przecież stworzyłem. Chcę stać się w jeszcze większym stopniu artystą, a w mniejszym biznesmenem. Gosia mocno mi kibicuje. 

Ray Wilson – szkocki wokalista, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów, członek zespołów Guaranteed Pure, Stiltskin, Cut, a w latach 1996-1998 wokalista legendarnego zespołu Genesis. Wydał kilkanaście solowych płyt. Przez "Classic Rock Magazine" został uznany za jednego z najlepszych wokalistów w historii brytyjskiego rocka.  

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2018
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również