Aktorzy Maria Dębska i Marcin Bosak mówią o swoim związku. "Marysia działa na mnie jak magnes"
Maria Dębska i Marcin Bosak
Fot. Marta Rybicka

Aktorzy Maria Dębska i Marcin Bosak mówią o swoim związku. "Marysia działa na mnie jak magnes"

Maria Dębska i Marcin Bosak poznali się podczas pracy nad spektaklem. On jest nią wciąż oczarowany. Ona dla niego straciła głowę i nadal… jej nie odzyskała. Jak kochają się Maria Dębska i Marcin Bosak? 

 

Maria Dębska: Na początku była przyjaźń. Wcześniej pierwsze spotkanie, o którym Marcin nie wiedział. Miałam zagrać z nim w spektaklu Radka Rychcika „Ripley pod ziemią”. To był mój debiut teatralny, nie znałam Marcina, tylko o nim słyszałam, postanowiłam więc zobaczyć, jaki jest ten Bosak. Wybrałam się na przedstawienie, w którym grał. Scenę i widownię podzielono na pół, dwie ekipy aktorskie grały symultanicznie. Spotkałam koleżankę i mówię jej, że przyszłam zobaczyć Marcina Bosaka, a ona się śmieje, że to będzie trudne, bo on gra, ale nie w tej ekipie. Światła już zgasły, w ciemności przebiegłam na drugą stronę, zajęłam miejsce w pierwszym rzędzie. Przedstawienie było świetne, rola Marcina też bardzo mi się podobała. Potem spotkaliśmy się już w pracy, w teatrze. Byłam onieśmielona, dopiero kończyłam szkołę. Pamiętam moją pierwszą próbę na scenie: mieliśmy razem wbiec na dość strome schody i byłam tym zestresowana. Marcin chwycił mnie za rękę i szepnął: „Od lewej, wchodź od lewej”. Rzeczywiście, było lepiej, a szept i uścisk ręki dodały mi odwagi. Podczas pracy nad tym spektaklem po raz pierwszy dostałam od kogoś na scenie tak dużo wsparcia. Miłość przyszła później i nie była łatwa, bo Marcin kończył poprzedni związek, a ja chciałam, żeby sobie najpierw sam wszystko poukładał. To był proces, ale dzięki temu jesteśmy nie tylko parą, ale i przyjaciółmi, możemy o wszystkim porozmawiać. Nigdy nie mam dosyć rozmowy z Marcinem. Jest bardzo emocjonalny, zamyka się czasem przed światem, ale gdy uchyli drzwi i kogoś wpuści, to pokazuje fascynujące wnętrze. Znamy się już kilka lat, a ja wciąż je odkrywam… I jest jeszcze coś: czasem się dla kogoś traci głowę i ją straciłam. (…)
Urzekł mnie tym, że zawsze mogę na niego liczyć. Mimo swojej siły i męskości jest romantykiem, niesamowicie wrażliwy, i na tym poziomie się spotykamy. Różnimy się za to w podejściu do zawodu. Ja się emocjonuję rolą, wręcz się spalam. Marcin stawia zdrowe granice, potrafi grać postacie odległe od siebie i zachować spokój. Bardzo mi tym imponuje, ale to nas różni i czasem ostro się spieramy. Nikt mnie nie denerwuje i nikt nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi tak jak on. Czasem mam ochotę go zabić i myślę, że on mnie też. Kiedy przygotowywałam się do filmu „Bo we mnie jest seks” o Kalinie Jędrusik, był bardzo cierpliwy, ale myślę, że miał mnie dość. Sprowadziłam mu do domu jakąś inną kobietę. Kilka miesięcy mówiłam zupełnie innym głosem, obsesyjnie słuchałam piosenek Kaliny. On sam równie solidnie przygotowuje się do ról, ale nie przeżywa tego tak jak ja.

Marcin urzekł mnie tym, że zawsze mogę na niego liczyć.

Pochodzę z rodziny o włoskim temperamencie, u nas zawsze wszystko było żywe i na wierzchu, wszyscy głośno się śmiali, kłócili, potem płakali i się godzili. Marcin jest z rodziny mocno tradycyjnej, u nich panowała większa skrytość uczuć. Kiedy ludzie pochodzą z różnych domów, połączenie puzzli bywa trudne, ale ciekawe i budujące. Dla mnie patchwork był rzeczą znaną, bo odkąd pamiętam, tata miał już drugą żonę, mama wyszła za mąż, gdy miałam 16 lat. Miałam szczęśliwych i żyjących w zgodzie ze sobą rodziców. To pomaga mi teraz, gdy sami stworzyliśmy rodzinę patchworkową. Marcin ma dwóch synów z pierwszego związku, a ja cieszę się, że mam takie doświadczenie, i myślę, że wiem, czego chłopcy oczekują ode mnie. Marcin da sobie radę z każdym wyzwaniem w domu. Nie mamy podziału na role męskie i kobiece. Dużo lepiej gotuje ode mnie, choć ja robię niezłe śniadania. Jestem dość poukładana, Marcin roztargniony. Nie opłaci jakiegoś drobiazgu i robią się z tego problemy. Ja się wściekam, on mówi, że zapomniał, bo zajmował się czymś innym. Czym? „Życiem i miłością”… I co z takim typem robić? Po burzy musimy poczekać dzień, dwa, żeby nam przeszło, ale potem staramy się to przegadać jak partnerzy. Usłyszałam kiedyś, że wszystko może się wydarzyć w ciągu dnia, ale zasnąć trzeba na jednej poduszce. Coś w tym jest, uczę się tego! 
Dużo się komplementujemy i zależy mi na jego zdaniu. Niby ta męska akceptacja nie jest nam niezbędna, ale dobrze nastraja. Gdy musiałam przytyć do roli Kaliny, niemało, bo osiem kilo, trochę się gryzłam, a Marcin był zachwycony. Więcej ciała do kochania. Widziałam, że był szczęśliwy, i to mi bardzo pomogło. Przy nim też uaktywniło mi się pragnienie ślubu, małżeństwa, choć nigdy nie snułam marzeń o białej sukni z welonem. Marcin oświadczył mi się po dwóch miesiącach bycia razem. Zaskoczył mnie tym i rozzłościł, ale gdy ochłonęłam, stwierdziłam, że może to nie jest zły pomysł. Odkładaliśmy ślub, bo praca, pandemia, aż na początku lata, leżąc na kocu w ogrodzie, stwierdziliśmy, że może to ten moment. I to była fantastyczna decyzja. Dzień ślubu zapamiętam na zawsze. Udało nam się zebrać najbliższych, widzieliśmy tylko ich oczy, bo wszyscy byli w maseczkach. Kiedy składaliśmy sobie z Marcinem przysięgę, poczułam siłę wspólnoty: rodziny, przyjaciół, to był magiczny moment. Więc jednak w głębi duszy o tym marzyłam… A jak nazwać naszą miłość? Może: do utraty tchu! 

Maria Dębska - aktorka. Po pierwszym roku Akademii Muzycznej w Łodzi w klasie fortepianu zdała egzamin na Wydział Aktorski łódzkiej PWSFTviT i tam studiowała. Zadebiutowała w filmie „Demon” Marcina Wrony, zagrała m.in. w „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego, w dwóch filmach Kingi Dębskiej (prywatnie mamy): „Moje córki krowy”, „Zabawa, zabawa”. Na premierę czeka film, w którym wciela się w Kalinę Jędrusik „Bo we mnie jest seks” Katarzyny Klimkiewicz. Ma 29 lat.

 

Marcin Bosak: Piękna młoda kobieta w zielonej sukni… taką Marysię zobaczyłem po raz pierwszy na fotografiach z festiwalu w Rzymie. Zdjęcia pokazał mi Radek Rychcik, kiedy rozmawialiśmy o realizacji drugiej części „Ripleya…”. Miała mi partnerować w spektaklu. OK, czemu nie! Kiedy spotkałem się z nią na próbie, zobaczyłem, że ma energię osoby dojrzalszej, niż wskazywał na to wiek, że jest bardzo otwarta, bez trudu wchodzi w nowe środowisko. Zaczęliśmy razem pracować, rozmawiać i nagle się okazało, że spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę. Przyjaźń przerodziła się w gorące, namiętne uczucie, które nie mija. To jest miłość temperamentna, taka we włoskim stylu, dynamiczna, ale jedno jest niezmienne: Marysia wciąż mnie intryguje. Szalenie i nieustannie. Uwielbiam ją obserwować, fotografować, kiedy przygotowuje się do roli albo kiedy czyta. Gdy siada przy fortepianie i gra, jest wtedy cholernie sexy!
Jestem oczarowany, kocham ją i to jest nieporównywalne z niczym, co mi się zdarzyło do tej pory. Wiąże się to oczywiście ze szczyptą niepokoju, bo niepokój i pewna niewiadoma są składnikami miłości. Wiąże się to też ze szczyptą zazdrości, bo przy tak dużej namiętności i zawodzie, który wykonujemy, zazdrość musi się pojawić. Ale o ile nie jest chorobliwa, sprzyja miłości. Marysia jest piękna, trudno mi wskazać jeden dominujący element tej urody. Ma przepiękne oczy, usta, figurę, absolutnie szałowe włosy. Ale najbardziej fascynujące jest jej wnętrze. Ma pewien czar, emanuje niezwykłą energią i muszę przyznać, że działa na mnie jak magnes. (…) 
Pracujemy razem, nieustannie rozmawiamy, gdy wracamy ze zdjęć, opowiadamy sobie, co się działo. Teraz przygotowujemy sztukę teatralną w reżyserii Tomka Sapryka, więc jesteśmy razem na próbach, wymieniamy uwagi. To się odbywa bez spięć, nasze artystyczne ego nam nie doskwiera. Nie czuję się też mistrzem z racji większego doświadczenia. My z Marysią zupełnie inaczej podchodzimy do budowania roli, ale kiedy widzę, jak ona pracuje, często podważam swoją pewność, bo przecież mogę nie mieć racji. A do tego szalenie ciekawi mnie to, co ona robi, by zrozumieć i poczuć graną postać. W końcu nie ma czegoś takiego jak jedna metoda. To jak ze sztukami walki. Zacytuję Bruce’a Lee, który powtarzał: „Nie ma jednego stylu, liczy się to, co jest skuteczne”. Nigdy bym się nie odważył powiedzieć: „Ja ci powiem, jak grać, bo wiem”. Mogę najwyżej zapytać: „Co myślisz o tym, żeby spróbować inaczej?”. Marysia to niezwykle utalentowana aktorka. Mocno angażuje się w proces twórczy i uwielbiam patrzeć, jak się zmienia, także fizycznie, jak wówczas, kiedy musiała przybrać na wadze do roli Kaliny Jędrusik. Czyta, inspiruje się, przeżywa – jest w tym magnetyczna i fascynująca. Teraz, w  czasie pandemii, często pierwszym etapem castingu jest nagrywanie w domu tzw. self tape, więc partnerujemy sobie w tym i pomagamy. Uważam, że zespół może osiągnąć więcej niż jedna osoba, i myślę, że jesteśmy fajnym zespołem. 

Marysia wciąż mnie intryguje. Ma pewien czar i działa na mnie jak magnes.

W codziennym życiu też udaje nam się dobrze współpracować. Uzupełniamy się: kiedy Marysia ma dużo pracy, ja przejmuję domowe obowiązki i vice versa, i to się dzieje spontanicznie. Oboje nie potrafimy pracować w bałaganie, więc w tej przestrzeni jesteśmy dogadani. Nasza suczka Tola jest strażnikiem porządku, bo jeśli nie schowamy kurtek, potem znajdujemy je na podłodze w słabym stanie. Tola zresztą świetnie się wpisuje w naszą rodzinę, bo ma duży temperament, patrząc na nią, potrafimy oboje się uśmiać… Czasem po jej akcjach trzeba coś naprawić, ale męskie prace domowe nie są mi straszne. Potrafię naprawić kran, przepchać prysznic. Pochodzę z Łodzi, z  tradycyjnej robotniczej rodziny, ojciec był budowlańcem i hydraulikiem, a dziadek stolarzem, mam to w genach. Marysia miała inne dzieciństwo, jesteśmy z różnych gniazd, ale łączy nas to, że dom był dla nas ważny i bardzo potrzebujemy wspólnego, rodzinnego czasu. Potwierdził to czas pandemii: przed pierwszym lockdownem tak dużo pracowaliśmy, że nawet padło zdanie: „Marzę o tym, żeby dwa tygodnie spędzić tylko z tobą”. I za chwilę to się stało! Odizolowani od świata funkcjonowaliśmy ze sobą znakomicie, rozmawialiśmy non stop, nawet nie czytaliśmy, mieliśmy tak duży głód bycia razem. Było nam bardzo dobrze, wpadali moi synowie, chodziliśmy z psem, dzieliliśmy się obawami i marzeniami. Teraz, przy drugim zamknięciu teatrów, zrobiło się trudniej zawodowo, trochę ratują nam skórę seriale i plan filmowy. Tęsknimy za normalnością, ale nie dramatyzujemy, bo szczęśliwie, kiedy jedno wpada w dołek, to drugie go wyciąga, gdy jedno nurkuje w smutek czy lęk za głęboko, druga strona argumentuje i racjonalizuje. Przyjemnie jest usłyszeć od żony, że cokolwiek by się działo, będzie dobrze, bo jesteśmy razem. Wiedzieć to nawet bez słów, bo Marysia to pierwsza osoba na tym świecie, z którą mam telepatyczną wymianę myśli. Ja coś pomyślę, ona to mówi… Dziwne, ale tak jest. A jak nazwałbym nasz związek, miłość? Tylko tak: do utraty tchu! 

 

Marcin Bosak - aktor, absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Związany był z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, gdzie grał w spektaklach, m.in. Krystiana Lupy, Pawła Miśkiewicza, Piotra Cieślaka, Andrzeja Domalika. Jego monodram „Rachatłukum” na podstawie powieści Jana Wolkersa grany w Teatrze Studio cieszył się ogromną popularnością. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Pręgi” Magdaleny Piekorz, „W ciemności”, „Pokot” – oba w reż. Agnieszki Holland. Ma 41 lat.

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 03/2021

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 03/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również