Jak być matką nastolatki i nie zwariować
Fot. iStock

Jak być matką nastolatki i nie zwariować

Konflikty matek z nastoletnimi córkami? Znamy to. Nagle przestają nam mówić o swoich sprawach, wszystko je drażni, bo „niczego nie rozumiemy”. Emocje eskalują z byle powodu. Pora się martwić? Popełniamy jakiś błąd? Lisa Damour, psychoterapeutka dorastającej młodzieży i autorka książki Zaplątane nastolatki, tłumaczy, co naprawdę chce powiedzieć córka, gdy trzaska drzwiami, i dlaczego kłótnie z nastolatką powinny nas... czasem cieszyć.

Znajoma matka czternastolatki wpadła w panikę. Jej do niedawna grzeczna córka, która chętnie się zwierzała, stała się opryskliwa, nieprzystępna. Niemal każdy dzień w ich domu zaczyna się teraz od kłótni, a zdesperowana koleżanka albo oskarża siebie, że jest złą matką, albo lamentuje, że ma niezrównoważone dziecko.
Lisa Damour:
Proszę jej powiedzieć, żeby wzięła głęboki oddech, pogratulowała sobie i szczerze się ucieszyła, bo wygląda na to, że jej córka rozwija się prawidłowo.

Czego ma sobie pogratulować?
Najwyraźniej potrafiła dziecku dać tyle przestrzeni i miłości, że ono ma teraz odwagę, żeby się buntować i zaznaczać swoją rodzącą się niezależność. Jednak nie dziwi mnie, że ta kobieta się obwinia i zamartwia. Większość matek nastoletnich dziewczynek żyje w poczuciu winy. Przeżywają szok, gdy ich miłe córeczki gdzieś w okolicach 13. roku życia, czasem wcześniej, zaczynają się zachowywać, jakby były obrażone na cały świat, permanentnie czymś poirytowane, nieszczęśliwe. Grzeczne dotąd dzieci nagle trzaskają drzwiami, zamykają się w swoich pokojach niczym w twierdzach, robią łaskę, że dołączają do rodzinnej kolacji, a ich pomysłowość w kwestii tego, o co można mieć pretensje do matki, naprawdę jest imponująca.

Znajoma zaczęła się zastanawiać: „Czy moja córka jest kosmitką? W jednej chwili potrafi wykrzyczeć: nienawidzę cię!, a pięć minut później mówi: jesteś najfajniejszą mamą.
W tym sensie „kosmitkami” są wszystkie prawidłowo rozwijające się nastolatki. Gwałtowne huśtawki nastrojów u nich to standard wynikający z fizjologii. Najnowsze badania neurologiczne dowodzą, że mózg w okresie dojrzewania rozwija się gwałtowniej, niż sądziliśmy do niedawna. Przy czym jego płat czołowy, odpowiadający za zrównoważone reakcje, wykształca się wolniej niż ciało migdałowate, rejestrujące emocje. Efekt jest taki, że każda, choćby drobna emocja brzmi w mózgu nastolatka jak dzwon, który zagłusza racjonalne myślenie. Stąd wybuchy złości czy euforii z błahych powodów. Trudno nam je znieść, ale nie ma w nich nic niepokojącego. Jeśli chcemy pomóc córce, nauczmy ją nazywać emocje, mówiąc np. „widzę, że jesteś oburzona, wściekła, smutna itd. Na pewno jest ci z tym trudno”. To może zachęcić do rozmowy. Nazwanie trudnego uczucia przynosi ulgę i pomaga dziecku je opanować. Jeśli zaakceptujemy fakt, że tak prawidłowo wygląda ta faza rozwojowa, nam też będzie lżej. Anna Freud (córka Zygmunta, psychoterapeutka zajmująca się dziećmi – przyp. red.) powiedziała kiedyś, że „typowa nastolatka zachowuje się w swoim domu, jakby wynajmowała tam pokój i nie była zadowolona z kwatery”.

Gdy się jest matką, która staje na głowie, by zapewnić córce wszystko, co najlepsze, a potem od rana ogląda jej niezadowoloną minę, wiedza, że tak przebiega dorastanie, nie rozwiązuje problemu. Czasem to nas po prostu przerasta.
Zawsze powtarzam rodzicom, że wychowanie nastolatek to nie zajęcie dla mięczaków. (śmiech) Pewnie nieraz będzie trudno, ale inaczej przejdziemy przez takie sytuacje, jeśli zrozumiemy, że córka nie robi uciążliwych dla nas rzeczy ani przeciwko nam, ani ze złośliwości, ani dlatego, że coś jest z nią nie w porządku. Zachowuje się tak, bo nie ma innego wyjścia. Nagła potrzeba wyrwania się spod naszej kontroli i samodzielnego eksperymentowania ze światem jest dla niej czymś równie naturalnym jak to, że w pewnej chwili wypadają jej mleczaki, a na ich miejsce rosną stałe zęby. Po prostu około 12. roku życia u córek pojawia się podświadome pragnienie oddalania się od rodziców, szczególnie od matek. To instynkt, który prowadzi je do dorosłości.

Dlaczego nastolatki mają szczególną potrzebę oddalania się od matek?
Bo dotąd z matkami łączyły je najbliższe więzi: najwięcej mówiły nam o sobie i najbardziej były przez nas kontrolowane. Znałyśmy ich sekrety, planowałyśmy zajęcia, wybierałyśmy ubrania, książki, zabawki. A teraz one chcą mieć dużo więcej swobody, więc gwałtownie zmieniają zasady obowiązujące w tej relacji. Nastoletnie córki z równą determinacją, z którą dotąd chciały być takie jak mama, teraz chcą się od niej różnić. Nagminne jest to, że jeśli matka np. nie przesadza z makijażem i nosi sportowe rzeczy, córka będzie miała skłonność do radykalnych eksperymentów z wizerunkiem i kupi sobie kilka krzykliwych ciuchów. Niewykluczone, że niestosownych.

Nastoletnie córki z równą determinacją, z którą dotąd chciały być takie jak mama,

teraz chcą się od niej różnić. 

Mamy pozwolić, by w takim stroju pokazała się na mieście w imię wspierania jej niezależności? 
Nie, ale byłoby dobrze, gdybyśmy nie zaczynały interwencji od pogardliwej dezaprobaty: „wyglądasz jak kobieta spod latarni!” czy apodyktycznych zakazów „wyjdziesz tak po moim trupie!”.

Bo córka może wyjść i nie będzie wiadomo, co zrobić? 
Na przykład. Idealnie byłoby, gdybyśmy potrafili w takiej sytuacji opanować emocje i możliwie spokojnym tonem zainicjować z nią rozmowę na temat tego, że nasz wygląd budzi w innych określone skojarzenia. A zbyt śmiała stylizacja może narazić na nieprzyjemne sytuacje. Można posłużyć się własnym przykładem i powiedzieć: „wiesz, jak miałam 15 lat, też się kiedyś ostro wymalowałam, wyszłam na ulicę w mini i potem jakiś mężczyzna wulgarnie mnie zaczepiał. Nie chcę, żeby ci się coś takiego przydarzyło”.

Pani wierzy, że to zadziała? 
Jestem przekonana. Ale raczej nie tak, że córka przyzna nam rację, powie „dziękuję, mamo”, uśmiechnie się z wdzięcznością i ubierze się w coś grzecznego. Córka jednej z moich pacjentek kupiła sobie sukienkę, która składała się z czarnych majtek i stanika spiętych koronką. Gdy matka powiedziała jej kilka zdań, które wcześniej przećwiczyłyśmy w moim gabinecie, dziewczyna najpierw się nabzdyczyła: „Jasne, najlepiej, jakbym się ubierała tak nudno jak ty. Może w przeciwieństwie do ciebie mam indywidualność i chcę ją pokazać!”. Ta kobieta była już na szczęście na tyle świadoma, że nie wzięła zaczepek do siebie, tylko spokojnie obserwowała, co zrobi córka. A ona poszła do swojego pokoju, trzasnęła drzwiami, po czym wyszła ubrana w coś innego, rzucając jednak zaczepnie w stronę matki: „Pewnie jesteś zadowolona, wyglądam bez sensu, ale przecież to cię w ogóle nie obchodzi!”.

Pani uważa to za wychowawczy sukces? 
I to spory. Z relacji matki wynikało, że jej córka nigdy potem nie ubrała się w tamtą kontrowersyjną kreację. Moim zdaniem matka skutecznie włożyła jej do głowy trochę wiedzy o tym, jak odbierają nas inni i jakie to może mieć konsekwencje. Przy okazji była na tyle mądra, że zaakceptowała jej niezadowolenie i towarzyszące mu emocje. Nastoletnie córki rzadko przyznają matkom rację wprost, to prostu nie mieści się w kanonie ich buntowniczości. Ale pomimo buzujących w nich emocji nadal są istotami refleksyjnymi. Jeśli pod wypływem naszej interwencji korygują swoje zachowanie, to znaczy, że jednak przyznały nam rację, tyle że nie bezpośrednio. Warto to docenić i nie walczyć z nimi wtedy o każde słowo. Nawet jeśli przy okazji „dla równowagi” są demonstracyjnie obrażone.

Słyszałam, jak pewna nastolatka powiedziała „nie ma nic lepszego od wygranej dyskusji z dorosłymi”.
Dla dorastającego dziecka często oznacza to, że do niego należy ostatnie słowo. Kiedy zna się ten mechanizm, łatwiej odpuścić, zamiast wchodzić w rolę drugiego dziecka, które koniecznie musi spuentować sprzeczkę. W przypadku nastolatek nie należy też brać wszystkiego, co mówią, do siebie. Bo czasem komunikat „jesteś najgorszą matką, jaką znam!” może oznaczać „miałam straszny dzień, pokłóciłam się z koleżanką i ona mnie teraz obgaduje”. Mama jest dla córki bezpiecznym poligonem do detonowania trudnych emocji. Nastolatki często bywają nieznośne wobec rodziców, gdy nie radzą sobie w swoim świecie. Oczywiście, idealnie byłoby, gdyby potrafiły powiedzieć „miałam trudny dzień, mamo, jestem rozdrażniona, nie chcę teraz rozmawiać z tobą o tym, że mam bałagan w pokoju, możemy później?” Ale nie mają takiej dojrzałości.

Nastoletnie córki rzadko przyznają matkom rację wprost, to prostu

nie mieści się w kanonie ich buntowniczości. Ale pomimo buzujących w nich emocji

nadal są istotami refleksyjnymi.

Co zrobić, gdy słowa córki naprawdę ranią. Niektóre nastolatki bywają okrutne. 
Pierwsza faza dojrzewania to odcinanie się od rodziców, druga – odpychanie ich od siebie. Wtedy dzieciaki sięgają po złośliwości, docinki. Potrafią okrutnie obgadywać rodziców przed kolegami. Ale na pocieszenie powiem, że z kolei gdy ktoś nas przy nich atakuje, potrafią nas zażarcie bronić.

Musi być tak trudno?
Wszystko zależy od tego, jak interpretujemy te zachowania. Jeśli będziemy pamiętać, że to norma w tym wieku, będzie łatwiej. Ale jeśli mamy uczyć dzieci inteligencji emocjonalnej, powinniśmy tłumaczyć, że też mamy uczucia i pewne ich zachowania nas ranią. Można powiedzieć: „Było mi przykro, kiedy w ten sposób się do mnie odezwałaś. Znam się na żartach, ale ten był nieprzyjemny”. Jeżeli czujemy się tak zranieni, że trudno nam zapanować nad emocjami, można poprosić o pomoc drugiego rodzica. Niech ojciec powie córce: „Przesadziłaś, mama ugotowała tyle dobrych rzeczy, bo zaprosiłaś koleżanki, a ty jej przy nich docinałaś”. To da dziecku do myślenia. Przy takich interwencjach nie powinniśmy krzyczeć, zawstydzać ani szydzić. Pełne złości połajanki przynoszą jedynie chwilową ulgę rodzicom, ale zaogniają sytuację.

Znam matkę, która w takich momentach macha ręką i mówi tylko: „głupi wiek, kiedyś jej przejdzie”. 
Samo może nie przejść. Świat jest pełen dorosłych, których nikt nie nauczył szanować uczuć innych. Dorastanie to nie tylko wiek, w którym nasze dzieci powinny uczyć się niezależności, ale też szacunku. Poza tym nastolatki doskonale wiedzą, kiedy przekraczają dozwolone granice, i dziwią się, gdy dorośli na to nie reagują. Jedną z najmądrzejszych rzeczy, jakie powinniśmy robić, jest stawianie im granic. Także takich, które wyznaczą, na co im pozwalamy wobec siebie.

Z pani opowieści wynika, że dojrzewanie córek to z natury rzeczy okres burzy i naporu, ale przecież zdarzają się nastolatki ułożone, skoncentrowane na nauce, zawsze zgodne z matkami. 
Najczęściej tak zachowują się dzieci poddane jakiejś manipulacji, np. te, dla których matki „strasznie dużo poświęciły” i od dzieciństwa im to uświadamiają, oczekując wsparcia i dozgonnej wdzięczności. Nie wszystkie dzieci dają się wkręcić w takie manipulacje, ale niektóre im ulegają w przekonaniu, że ich matka, dla której są całym światem, nie przeżyłaby, gdyby „wycięły jakiś numer”. W takich relacjach jest dużo niewyrażonej złości, która kiedyś eksploduje, możliwe, że po latach. I egoizmu matek. Gdyby nastoletnia córka pozostała grzeczną i miłą dziewczynką, która robi tylko to, czego chce mama, nauczyłaby się głównie bezradności i bierności. W późniejszych latach nie umiałaby o siebie zawalczyć ani nikomu się przeciwstawić, bo niby skąd miałaby umieć, skoro w okresie, gdy kształtowało się jej poczucie mocy, zamiast mierzyć się z trudnymi sytuacjami, była posłuszna mamie. Matkom, dla których niezależność córek jest problemem, mówię: Wyobraźcie sobie, że wasza córka to pływaczka, wy jesteście basenem, a woda to świat. Córka chce nurkować, pluskać się, przemierzać coraz dłuższe dystanse. Interesuje ją głównie woda. Ale gdy się zmęczy, będzie się chciała przytrzymać brzegu basenu. Jeśli jednak nigdy go nie puści, w ogóle nie nauczy się pływać. W życiu jest tak samo – są okresy, gdy dzieci nas nie zauważają, a nawet odpychają, a świat koleżanek, kolegów i nowych doświadczeń przesłania wszystko. Ale w końcu przychodzi moment, gdy bardzo nas potrzebują. Pocieszające jest to, że brzegiem basenu będziemy dla nich zawsze.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również