Tomasz Organek: Jestem bezpiecznym powiernikiem
Fot. Kuba Wlodek/REPORTER/EASTNEWS

Tomasz Organek: Jestem bezpiecznym powiernikiem

Zaprasza do teledysków zwykłych ludzi i pokazuje ich emocje, występuje na koncertach Męskiego grania, pisze hity, przy których potem płacze (lub skacze) Polska. Kim jest Tomasz Organek, który chowa się za brodą i przydługą grzywką?  

 
 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Tomasz Organek (@tomasz_organek)

Przeprasza za spóźnienie. – Byłem w szpitalu u pana Stanisława. Znamy się z teledysku do piosenki Niemiłość. Podupadł na zdrowiu i postanowiliśmy z zespołem go odwiedzić. Może nabierze chęci do życia? Wpadł w depresję po odstawieniu leków uspokajających, które od lat przepisywał mu lekarz. A jest już po osiemdziesiątce! Taki jest Tomek Organek. Niby gwiazda, bilety na koncerty znikają w kilka minut, a autografy po występie rozdaje dłużej niż gra. Sam prowadzi facebookowe profile: jeden – Organek, związany z muzyką, drugi – Tomasz Organek, z książką Teoria opanowywania trwogi, bo nie chce mieszać tych dwóch światów. No i sam odpisuje na mejle. O czym ludzie piszą do Organka? – Zwierzają się z życiowych kłopotów. Piszą o problemach w rodzinie, o hejtowanym synu geju albo że boją się raka.

- Ludziom brak bliskości, nie mają z kim rozmawiać. Ja jestem bezpiecznym powiernikiem. I na te listy odpisuję, bo po drugiej stronie czeka człowiek! Mówią, że siedzę przyklejony do telefonu, a to nie dlatego, że surfuję w necie, tylko nie chcę zerwać kontaktu. Czuję się odpowiedzialny za relację, która się wydarzyła. 

„Relacja” to ważne słowo dla Tomka. – Sława? Dzisiaj jest, jutro nie ma. Jeśli ludzie przestaną kupować moje płyty, będzie znaczyło, że straciliśmy porozumienie. A dla mnie sukces to więź, nie błyskotliwe płyty i piosenki. Wszystko już było – muzyka to recykling, powstaje z resztek. Piosenki zespołu Ørganek są sumą tego, czego w życiu słuchałem. A powodzenie polega na tym, że nawiązałem z ludźmi dialog. Dlatego chcą przychodzić na koncerty i kupować płyty. Dobrze im z nami.

Nie śpiewać o bzdurach

Tomek śpiewa o rzeczach niełatwych, jak w piosence Niemiłość, która wiele tygodni zajmowała pierwsze miejsce na Liście Przebojów Trójki.

I idę ulicą, i słyszę, jak krzyczą/ że racja jest jedna, ponad wszystko, nie dwie jesteś z nami czy przeciw/ mamy gaz i kastety/ i Bóg z nami jest, nie wiem, czy wiesz (…)/ i tylko nie ma miłości...

– Ta piosenka powstała po zabójstwie prezydenta Adamowicza, choć już wcześniej myślałem, żeby o tej niechęci, nienawiści i agresji napisać. Społeczeństwo jest podzielone przez politykę. Czasami w rodzinie nie potrafimy zjeść wspólnie obiadu, bo jeden głosował na tego, a drugi na tamtego. Brakuje tolerancji, szacunku. 

Tomek nie chce pisać o bzdurach. Piosenka ma nieść treść, zmuszać do refleksji. 

– Nagrywając teledysk, byliśmy w klubie seniora, na treningu kickboxerów, u młodzieży niepełnosprawnej, w Fabryce Cukierniczej Kopernik w Toruniu, gdzie robią pierniki, w szwalni. Pytaliśmy ludzi o skojarzenia związane z miłością/niemiłością. Łzy, które widać na klipie, są prawdziwe – ta kobieta, Ukrainka, rozpłakała się, gdy zaczęła nam opowiadać, z jaką niechęcią spotyka się na co dzień. 

– Świetnie żyję z tego, że płyty i koncerty się sprzedają. Ale kiedy zakładałem zespół, nie myślałem o tym, ile zarobię. Wiedziałem, że dzięki muzyce mogę powiedzieć światu o rzeczach dla mnie ważnych. Pieniądze pojawiły się jako „efekt uboczny”. 

Wagabunda i wolny duch

Skąd się wziął Organek? Z Raczek, wioski niedaleko Suwałk. – Piękna natura, nieco mniej piękna zabudowa – śmieje się. – Prowincja rodziła kompleksy. Poczułem to, kiedy zacząłem oglądać MTV. Tam było inne życie, inny świat, kolorowy, szybki, wydawał się lepszy. Byłem go ciekaw. Zacząłem uczyć się angielskiego, by rozumieć, co mówią. Z książek kuzyna, który chodził do technikum i pomieszkiwał u nas. To chyba naturalna tęsknota młodego człowieka, żeby zobaczyć, przeżyć coś więcej. Po maturze wyjechałem do Torunia, studiowałem anglistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, potem na Akademii Muzycznej w Katowicach. Tak, trudno mi usiedzieć w miejscu. Mam to po tacie. Był wolnym duchem. Robił różne rzeczy, żeby zarobić na dzieci: miał taksówkę, prowadził sklep, grał w zespole na gitarze, w hotelu Hańcza obstawiał dancingi, wyjeżdżał do pracy do Niemiec, skąd wracał mercedesem wypchanym towarami. To było coś! Pierwszy mercedes w Raczkach! A mama? – Tancerka zespołu Podlaskie Kukułki do Raczek przyjechała na praktyki do technikum rolniczego w Dowspudzie, tam poznała ojca. Młodzi byli, po jakieś 20 lat. Zakochali się, romans, pojawiły się dzieci. Dzisiaj patrzę na nich jak na bohaterów romantycznych. Tylko że tata za dużo pił, umarł, kiedy miałem 16 lat. 

Tomek, choć dojrzewał bez ojca, był odpowiedzialnym człowiekiem.

– Po śmierci taty zostałem najstarszym mężczyzną w domu. Dostałem dużo wolności, nie miałem się przeciw czemu buntować. Mama nie stawiała mi granic. To ja opiekowałem się nią, nie ona mną. I ta odpowiedzialność mi została.

Wypadek czy przypadek?

Nie wyobraża sobie pracy od 9 do 17, a przecież zaczynał jako nauczyciel – w latach 90. na prowincji szukano anglistów. – Pracę w szkole przerwał wypadek. Dowożono nas na zajęcia samochodem, zimą auto wpadło w poślizg. Dochodziłem do siebie rok. Kiedy leżałem unieruchomiony w łóżku, postanowiłem, że nie będę już uczył, bo skoro tak łatwo można umrzeć, lepiej robić w życiu coś, co się lubi.  Stąd się wziął zespół Sofa. – Na koncerty jeździłem jeszcze o kulach – wspomina Tomek. Sofa miała sukces: w 2007 roku zgarnęła Fryderyka za Debiut Roku, była nominowana do Paszportów Polityki. – Tak stałem się muzykiem, nauczyłem warsztatu, pracy w studiu, pisania tekstów. Bo nie ma „szkół estrady”, do wszystkiego trzeba dojść samemu. Ale nie wytrzymaliśmy ciśnienia, zaczęliśmy się kłócić. Kiedy zrozumiałem, jak się konstruuje zespół, założyłem Ørganka. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Tomasz Organek (@tomasz_organek)

Zespół To Świętość

Chemia w zespole jest ważniejsza niż umiejętności. – Kumple z Ørganka to najbliżsi mi ludzie, od pięciu lat jesteśmy w trasie, zamknięci w małym busie. Kiedyś powiedziałem chłopakom, że życie nam ucieka i przez te koncerty nie mamy czasu na normalne rzeczy. Oni się śmieją, że jestem malkontentem, bo nasz sukces to właśnie jest życie. Mamy swoją grupę mailingową – nazwaliśmy ją ZTŚ, czyli Zespół To Świętość. (śmiech) Gdy wracamy do domu albo rozjeżdżamy się na wakacje, tęsknimy, więc piszemy, wysyłamy zdjęcia. Z komentarzem „patrz, prawdziwe życie”. Dostajemy nagrody, gramy na festiwalach, ale nie ma nic za darmo. Mnóstwo rodzin się przez takie kariery rozpada. Przecież nas nie ma w domu 150 dni w roku! Wyobraź sobie małżeństwo z małym dzieckiem. On jeździ na koncerty, jej się wydaje, że to zabawa. Ona dba o dom, a on myśli, że nic nie robi. Frustracja się nawarstwia, a że brakuje bliskości, kryzys gotowy, rozjeżdżają się światy. I to jest koszt tej wspaniałej przygody.

O swoim intymnym życiu Tomek nie opowiada. Ale na szczęście je ma. – Moja dziewczyna jest zaangażowana w to, co robię, jeździ ze mną. 

A on w końcu, w wieku 43 lat, kupił mieszkanie w Toruniu. Już za chwilę będzie mógł tam przewieźć rzeczy. – Chyba się starzeję, bo poczułem, że chcę mieć coś na własność. I swoje książki, instrumenty do tej pory rozsiane w wielu miejscach – wreszcie pod ręką. 

Dlaczego Toruń? – Jest spokojny, przyjazny, piękny. Chodzę z psem na spacery nad Wisłę i czuję, że ciśnienie tutaj jest niższe niż w Warszawie.

Teoria Opanowywania Trwogi

Co to takiego? – Pojęcie z psychologii, któremu podporządkowane jest nasze życie. Każdy czuje lęk przed śmiercią i stara się go zagłuszyć, szukając sensu każdego dnia i nadziei w swoim światopoglądzie. To chroni przed apatią, poddaniem się – mówi Tomek.

Ale Teoria opanowywania trwogi to również tytuł jego powieści. Pisanie pomaga mu spalać emocje. – Robiłem to od studiów. Na lektoracie z francuskiego przydzielili mnie do niezaawansowanej grupy, więc się nudziłem. Pisałem. Kilka opowiadań mi wydrukowali. Uwierzyłem, że to ma sens. – W zespole pracujemy nad piosenkami razem, są negocjacje, kompromisy. Kiedy piszę, jestem sam. Ogranicza mnie tylko warsztat i wyobraźnia. Piszę nocami. W dzień mam kłopot ze skupieniem się. Lubię, kiedy świat dokoła gaśnie. Wszyscy poszli spać i nikt nie będzie zawracał głowy. Zaczynam słyszeć siebie. 

Rozmawiamy w kawiarni i widzę, że Tomek się męczy. Rozprasza go dźwięk parzonej w ekspresie kawy, rozmowy, chichoty. – Mam nadwrażliwość dźwiękową. Przytłacza mnie ilość bodźców. Kupiłem zatyczki do uszu. Używam ich, kiedy piszę albo jadę pociągiem. Lubię się odłączyć – mówi. – Nawet muzyki słucham mało. Od czwartku do niedzieli gram koncerty, non stop jestem otoczony dźwiękami, potem więc wyłączam wszystko. Bycie muzykiem odciąga mnie od słuchania. 

Po co ci szczęście?

Nie jest optymistą. Nie powie: „Wszystko jest możliwe, wystarczy tylko chcieć!”. Nie twierdzi, że znalazł sposób na szczęście.

Mam skłonności depresyjne, na szczęście im jestem starszy, tym lepiej sobie z nimi radzę. Próbowałem farmakologii, małych cudownych tabletek, ale to nie dla mnie. Odcinają od emocji, czuję się po nich jak za szybą. Wyciszają lęki, wyrównują nastrój, ale dają poczucie, że nic mnie nie dotyczy, nie obchodzi. Na proszkach nie umiem z siebie nic kreatywnego wykrzesać, nie idzie pisanie tekstów, piosenek. Muszę sobie radzić inaczej, wszystko jest w głowie, gorsze momenty trzeba po prostu... zracjonalizować. 

Tylko że stłumiona emocja nie znika. – Moi bliscy wiedzą, mogę nieoczekiwanie wystrzelić. Powiem coś, czego potem żałuję. I od nowa tłumaczę sobie, że trzeba zwolnić, wyluzować, bo ta bieganina, te nerwy nie mają sensu. Żyjemy po to, żeby było nam przez chwilę dobrze, żeby się spełnić, a potem? Nie będzie równoległego świata, lepszego przyszłego życia. Nie będę żył wiecznie, więc wolę wykorzystać dany mi czas. I tak spotka nas, co ma spotkać. Trzeba żyć tak, żeby dobrze czuć się ze sobą i z ludźmi dookoła – mówi muzyk, który został pisarzem. I jakoś mu wierzę. 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również