Katarzyna Bonda: Najciekawsze jest to, co pośrodku. Czy autorka "Lampionów" mogłaby napisać romans?
Fot. Tamara Pieńko

Katarzyna Bonda: Najciekawsze jest to, co pośrodku. Czy autorka "Lampionów" mogłaby napisać romans?

Jej książki rozchodzą się w setkach tysięcy egzemplarzy. Cieszą się popularnością poza Polską. Również filmowcy docenili pełne tajemniczych zwrotów akcji historie pisarki. Pod koniec listopada do księgarń trafiła najnowsza książka Bondy, "Miłość leczy rany", a 13 stycznia w telewizji wyemitowany zostanie pierwszy odcinek serialu "Żywioły Saszy - Ogień", który jest adaptacją jej powieści "Lampiony".

W rodzinnym domu Katarzyny Bondy nie było ściany, która nie byłaby obłożona książkami. Ale gdy rodzice usłyszeli, że sama zamierza pisać, usłyszała: „Oszalałaś”. Ładna i zdolna Kasia owszem, miała zdobyć wykształcenie, ale po studiach czekało na nią miejsce w domu w rodzinnej Hajnówce.

Romanse mnie nie interesowały

– Pochodzę z małego miasteczka. Każdy ma tam do odegrania konkretne role. Moi rodzice byli cenieni, szanowani, więc naturalnym było, że jako dziewczyna z inteligenckiego domu skończę studia, zamieszkam z mężem w domu obok rodziców i będę rodziła dzieci – wyznała w jednym z wywiadów. Bonda miała jednak na siebie zupełnie inny pomysł. Jako nastolatka marzyła o karierze pianistki, ale konfrontacja z występami na żywo ostudziła jej zapał. Wtedy do głowy przyszło jej pisanie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Bonda (@katarzynabonda)

Na praktyki w „Kurierze Podlaskim” zgłosiła się przed osiemnastką. Niedowierzającemu redaktorowi naczelnemu oznajmiła, że zamierza być ich korespondentem z Hajnówki. Machnął ręką i kazał napisać tekst na próbę. – Napisałam o prywatyzacji jednego z największych zakładów pracy w moim rodzinnym mieście – opowiadała w „Vivie!”. Pełnokrwisty tekst zrobił wrażenie i ku zgrozie dyrektora sprywatyzowanego przedsiębiorstwa został opublikowany. – On mi wszystko powiedział, bo przecież nie potraktował mnie jak poważnej dziennikarki. Nie sądził, że ktokolwiek opublikuje to, co napiszę. Rodzice kazali mi przepraszać, a ja nie chciałam. Przecież miałam wszystko nagrane na pożyczonym dyktafonie. I dostałam staż – mówiła. Gdy przyszło do wyboru studiów, nie miała wątpliwości – dziennikarstwo na UW. Rodzice byli poważnie zaniepokojeni. Ojciec uważał, że z jej osobowością pewnie od razu wyślą ją na jakiś wojenny front. Mimo wszystko wspierali ją w wyborze. Wiedzieli, że z raz podjętą decyzją Kaśki trudno dyskutować. Charakter odziedziczyła przecież po mamie, którą sama opisuje jednym słowem: harda. Nina Załuska-Bonda zawsze była dla niej wzorem. „Wszystko, co osiągnęła w życiu, zdobyła sama” – tak przed dwoma laty pisarka żegnała mamę w nekrologu.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Bonda (@katarzynabonda)

W rodzinnym domu obowiązywała tylko jedna zasada: mama ma zawsze rację. Pani Bonda jako mała dziewczynka została osierocona. Jej matka, babcia Katarzyny, była jedną z ofiar pacyfikacji wsi, dokonanej w 1946 roku przez oddział Romualda Rajsa ps. Bury. Odtąd zawsze radziła sobie sama. Pracowała w zakładach drzewnych jeszcze jako młoda dziewczyna, potem skończyła studia i zrobiła doktorat, została chemiczką w laboratorium. Praca nie pozostała obojętna dla jej zdrowia. Wykryto u niej nowotwór, gdy córka była w liceum. Nie poddała się. Zostawiła ukochaną profesję, przekwalifikowała się na bibliotekarkę i nigdy nie narzekała. Dzięki pracy mamy Katarzyna miała dostęp do najciekawszych nowości literackich, choć jej gust zadziwiał… – Często w tamtym czasie wypożyczałam horrory. Nie wiem, dlaczego akurat je, ale romanse mnie nigdy nie interesowały, a powieści grozy owszem, bardzo. Moja matka przeprowadziła rozmowę z ojcem, który z kolei przeprowadził rozmowę ze mną, ponieważ podejrzewali mnie o ciągoty satanistyczne – śmiała się pisarka.

Nie miała czasu użalać się nad sobą

Coś w tym jest. Mroczna strona człowieczeństwa zawsze ją fascynowała. Chociaż ubiera się wyłącznie w kolorowe sukienki, w torebce nosi zawsze długopis i czerwoną szminkę, Bonda nie należy do kruchych kobietek. Sama o sobie mówi, że jest silna, niecierpliwa i… leniwa. Nigdy nie należała do tych twórców, którzy jako 5-letnie dzieci oprawiają już swoją pierwszą powieść. Ona zawsze do pisania musiała się zmuszać. – Właściwie, ja nadal nie chcę pisać (...). Jestem z natury bardzo leniwą osobą i chciałam mieć zupełnie inne życie, naprawdę. Trudno w to uwierzyć.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Bonda (@katarzynabonda)

Bonda dla pisarstwa poświęciła karierę dziennikarki. Przez 12 lat pracowała m.in. w „Super Expressie”, „Newsweeku”, „Wprost”. Gdy jej debiutancka książka „Sprawa Niny Frank” została świetnie przyjęta przez krytykę i publiczność, po dwóch latach wahania wreszcie zdecydowała się zostać pełnoetatową pisarką. Koledzy z redakcji pukali się w głowę, ona tym mocniej zaciskała zęby. Jako samotna matka nastoletniej dziś Niny nie miała czasu użalać się nad sobą. – Pamiętam, jak zbliżał się Dzień Dziecka i chciałam kupić córce lalkę Barbie lub rower. Nie było mnie na to stać, więc szukałam używanych rzeczy. To było dla mnie upokarzające. Zwłaszcza że jako dziennikarka zarabiałam naprawdę dobrze i byłam przyzwyczajona do wysokiego poziomu życia. Gdy zaczęłam pisać książki, zostałam nędzarzem – mówiła. Nauczyła się zarządzać skromnymi zaliczkami z wydawnictw, przeniosła córkę z prywatnego do publicznego przedszkola, sprzedała połowę mebli. Decyzji nie zmieniła. Pożyczki spłacała na czas, dziś to ona pomaga przyjaciołom w potrzebie.

Miłość otworzyła mnie na nowe

Jej powieści rozchodzą się w setkach tysięcy egzemplarzy i cieszą się popularnością także poza Polską. Do niedawna specjalizowała się w analizowaniu ciemnych stron ludzkiej natury, coś jednak zaczęło się zmieniać. Pod koniec 2019 roku ukazała się „Miłość leczy rany”. To oczywiście nie romans, ale Bonda po raz pierwszy pisze o miłości. Nieprzypadkowo. Po latach uczuciowych niepowodzeń, gdy właśnie kupiła mieszkanie, nie przewidując tam miejsca dla mężczyzny, zakochała się. Literacki światek zawrzał, gdy na jaw wyszło, że ukochanym jest nie kto inny, jak Remigiusz Mróz.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Bonda (@katarzynabonda)

Królowa polskiego kryminału wreszcie spotkała swojego króla, pisano. Zakochanym tak kibicowano, jak doszukiwano się w ich relacji zwykłego chwytu marketingowego. Najgorętszy związek polskiej sceny literackiej zdążył się już co prawda zakończyć, ale Bonda wyszła z niego odmieniona. – Głównie składałam się z ran, wprawdzie już zabliźnionych, ale bóle fantomowe emocjonalne doskwierały mi latami. Byłam przekonana, że resztę życia spędzę w samotności – mówiła już po rozstaniu. – Tak, miłość otworzyła mnie na nowe, ukoiła i zmieniła. Odnalazłam siebie, jakiej już nie pamiętałam: ufną, spokojną, czerpiącą radość z życia, czułą. Dziś cieszy się z każdego poranka, a jeśli jest coś, czego mogłaby sobie życzyć, to tylko dwóch rzeczy: po pierwsze, by od zgarbienia nad biurkiem nie bolały jej plecy, po drugie... chciałaby się znowu zakochać. – Wszystko inne już ma – mówi.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Bonda (@katarzynabonda)

 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również